Jest mroźny, grudniowy poranek. Za oknem ciemno, choć pobłyskuje świeża warstwa puchatego śniegu w nielicznych światłach ulicznych latarni.
Zaczęła się zima. Zaczął się Adwent i codzienne Roraty.
Dziewczynka, obudzona przez mamę, gwałtownie ubiera się, wkłada paltocik i czapkę. Wychodzi przed blok, w którym mieszka i czeka, aż dołączy do niej koleżanka z pierwszego piętra kamienicy.
Dziewczynki mają po dziesięć lat i uważa się, iż są już na tyle duże, iż same mogą iść do kościoła, mimo, iż jest ciemno. Zresztą kościół jest niedaleko i tylko przez jedną ulicę, wówczas niezbyt ruchliwą, trzeba przejść.
Dziewczynki nie mają lampionów, to jeszcze nie ten czas; takie „wynalazki” pojawią się znacznie, znacznie później, kiedy wreszcie coś będzie można kupić w sklepach.
A w kościele nie czeka na nich żadna „słodka niespodzianka” (jak to teraz bywa), jako nagroda za udział w roratach. Nie po to się tu przychodzi skoro świt.
W kościele fioletowe szaty liturgiczne, witraże, których barwy wydobywa światło świec i starodawne pieśni o Zwiastowaniu i oczekiwaniu Bożego Dzieciątka. Słowa pieśni są archaiczne, nie zawsze zrozumiałe, ale zadziwiają i budzą zainteresowanie. I ta linia melodyczna pieśni: prosta, ale chwytająca za serce.
Dziewczynka jeszcze tego nie wie, ale na zawsze już w niej zostanie zachwyt językiem staropolskim, który wydaje się chropowaty, a jednak tyle odcieni uczuć potrafi wyrazić. Długo, długo potem, kupi „Księgę Psalmów” w tłumaczeniu Jana Kochanowskiego i będzie tam znajdować zrozumienie wszystkich rzeczy, które się w jej życiu przytrafiają. Nie mówiąc o pięknie słowa.
Kiedy gasną świece w kościele, szybciutko do domu, bo przecież za chwilę trzeba iść do szkoły.
Dziewczynka tego jeszcze nie wie, ale właśnie tak, teraz, kształtuje się jej codzienność wpleciona w odwieczny rytm dziedzictwa pokoleń.
Cdn…












