Zostać samej po pięćdziesiątce
Tęsknię za tobą, kotku. Kiedy znów się zobaczymy?
Małgorzata z niedowierzaniem usiadła na skraju łóżka, trzymając w ręku telefon męża. Piotr zostawił go na szafce nocnej. Ekran nagle się rozświetlił nową wiadomością. Imię kobiece, nieznane. Gdy zaczęła przewijać rozmowę, trzydzieści lat wspólnego życia rozpadały się na kawałki z każdą kolejną linijką. Czułe słówka. Zdjęcia. Plany na weekend, gdy on rzekomo jeździł z kolegami na ryby.
Małgorzata spokojnie odłożyła telefon na miejsce i przez chwilę po prostu siedziała w ciszy. W kuchni tykał zegar, zza ściany było słychać telewizor sąsiadów, a ona czuła, iż doskonale wie, jak ten scenariusz się potoczy. Każda wymówka, każdy gest już to widziała. choćby nie raz, a dwa.
Piotr wrócił do domu koło jedenastej, zmęczony i zniechęcony. Rzucił torbę w przedpokoju, poszedł do kuchni, gdzie Małgorzata parzyła sobie herbatę.
Cześć, Małgosiu. Jest coś do jedzenia?
Bez słowa podsunęła w jego stronę telefon, leżący wyświetlaczem do góry. Piotr chwycił go odruchowo i dopiero wtedy zorientował się, o co chodzi. Nagle posmutniał.
Małgosiu, ja
Błagam, tylko nie mów, iż to służbowa korespondencja Małgorzata odwróciła się do kuchni. Choć raz bądź szczery.
Nie odpowiedział. Usiadł, potarł czoło. Małgorzata odwróciła się do niego, oparta o blat.
Kto to?
Nikt ważny. Przepraszam Tak jakoś wyszło. Głupota.
Głupota powtórzyła cicho.
Dwa dni później Piotr wrócił z ogromnym bukietem czerwonych róż, owiniętych w elegancki papier. Postawił je na stole, a Małgorzata zauważyła, iż trzęsą mu się palce.
Małgosiu, porozmawiajmy spokojnie. Proszę.
Zalała sobie szklankę wody i usiadła naprzeciwko.
Mów.
Wiem, zawiniłem. Trzeci raz, wiem, iż liczysz. Ale jesteśmy razem tyle lat, mamy dzieci, wspomnienia. Czy to się naprawdę nie liczy?
Małgorzata obracała szklankę w dłoniach.
Przysięgam, to się już nie powtórzy. Nie wiem, co we mnie wstępuje, ale naprawdę cię kocham Piotr wyciągnął do niej rękę, ale Małgorzata ją odsunęła. Małgosiu, dokąd ty pójdziesz? Zostań sama, masz prawie pięćdziesiąt lat. Po co ci to? Zapomnijmy o tym. Zacznijmy od nowa.
Patrzyła na róże, na męża, na obrączkę na jego palcu. Pamiętała, jak wierzyła w te obietnice rok temu. I trzy lata temu. Myśląc, iż to ostatni raz.
Przemyślę to powiedziała w końcu, tylko po to, by zakończyć rozmowę.
Przez kolejne tygodnie żyli obok siebie. Piotr się starał wracał na czas, pomagał, był uprzejmy. Ale Małgorzata zaczęła widzieć szczegóły. Jak odwraca telefon ekranem do stołu, kiedy wchodzi do pokoju. Jak trzęsie się przy każdym dźwięku powiadomienia. Jak wzrokiem omiata młode kasjerki w Biedronce trochę zbyt długo.
Co się tak patrzysz? zapytała kiedyś przy kasie.
Ja? Przestań, nic takiego odwrócił się zbyt szybko. Chodź, bo samochód stygnie.
Z biegiem czasu Piotr zaczynał się irytować błahostkami. Burczał, gdy wchodziła zbyt nagle do pokoju, gdy pisał coś na telefonie. Korespondencja chyba trwała nadal, tylko lepiej ukrywana. Małgorzata nie sprawdzała nie musiała. Wszystko było jasne.
Nocami leżała w ciemności, wsłuchując się w oddech męża obok, i myślała. Już nie o nim o sobie. Czy kocha jeszcze tego człowieka? Od kiedy nie czuła się przy nim szczęśliwa? A może to tylko przyzwyczajenie, wspólne życie, dzieci? Strach? Tak. Zdecydowanie głównie strach. Miała czterdzieści osiem lat. Co będzie robić sama?
Pewnego wieczoru wybrała numer córki. Kinga odebrała po trzecim sygnale.
Mama? Stało się coś?
Nie, niezupełnie Małgorzata zamknęła oczy. Kingo, możemy szczerze porozmawiać?
Oczywiście, mów.
Opowiedziała. O zdradzie. Trzeci raz. O różach i pustych zapewnieniach. Że nie wie już, co dalej.
Kinga słuchała spokojnie.
Mamo, a ty czego chcesz?
Sama nie wiem odpowiedziała szczerze Małgorzata.
Jednego zapamiętaj: nie musisz tego znosić. Nic nie jesteś mu winna. Trzydzieści lat? To nie powód, by dać się nieustannie ranić.
Ale dokąd ja
Do mnie przerwała Kinga stanowczo. Mam wolny pokój. Zamieszkasz, odpoczniesz, nabierzesz sił. Pracę znajdziesz, księgowa zawsze się przyda. Wynajmiemy ci mieszkanie. To nie koniec świata, to nowy początek. jeżeli tylko będziesz chciała.
Małgorzata trzymała telefon przy uchu.
Pomyśl dodała Kinga. Zawsze cię wesprę.
Nie naciskała. Opowiadała, iż tuż obok jest do wynajęcia kawalerka, niedroga i właścicielka jest w porządku. Że wnuki będą szczęśliwe codziennie widzieć babcię, nie tylko raz w miesiącu na święta. Praca też by się znalazła w rejestracji przychodni szukają księgowej z doświadczeniem.
Mama, zasługujesz na normalne życie, bez ciągłego upokorzenia.
To były pierwsze słowa od lat, które sprawiły, iż Małgorzata poczuła się kimś ważnym dla siebie, nie tylko dla innych. W końcu ktoś powiedział jej, iż może być szczęśliwa. Nie powinna tylko znosić wybaczania i trwać przy mężu za wszelką cenę.
Odsuwała rozmowę z Piotrem jeszcze trzy dni. Przygotowywała się w głowie. Aż w końcu rano przy śniadaniu, pomiędzy jajecznicą a kawą, powiedziała:
Składam pozew o rozwód.
Piotr zamarł z kubkiem w dłoni. Patrzył na nią tak, jakby mówiła w obcym języku.
Co? Mówisz to poważnie?
Całkowicie.
Daj spokój odstawił kubek, uśmiechnął się krzywo. Przecież pokłóciliśmy się, każdemu się zdarza. Po co od razu rozwód?
To nie zwykła kłótnia, Piotrze. Trzy zdrady w pięć lat. Mam dość.
Dość? uśmiech zniknął z jego twarzy. A ja? Myślisz, iż mi było łatwo trzydzieści lat z tobą?
Małgorzata nie odpowiedziała. Dopiła herbatę i wstała od stołu.
Zaczekaj! Piotr zastąpił jej drogę. Co ty robisz? Gdzie zamierzasz iść? Komu jesteś potrzebna?
Sobie.
Sobie?! zaśmiał się, ale w tym śmiechu było więcej złości niż wesołości. Spojrzałaś w lustro? Pięćdziesiątka na karku, nikt na ciebie nie czeka.
Nie potrzebuję kolejki.
To czego chcesz? zbliżył się do niej. Karmiłem cię, ubierałem, dach dałem. A ty? Co takiego zrobiłaś, żeby mnie do domu chciało się wracać?
Małgorzata patrzyła mu prosto w oczy na jego zaczerwienioną twarz, żyłkę na skroni, ślinę w kąciku ust.
To ja jestem winna twoim zdradom?
A kto, jak nie ty? Popatrz na siebie! Szlafrok, papcie, twoje zupy Marazm. choćby nie da się z tobą porozmawiać urwał, machając ręką. Sama to sprowadziłaś, a teraz dumę pokazujesz.
Małgorzata zrobiła krok do tyłu. Od pięciu lat wypatrywała w nim skruchy, oczekiwała prawdziwego żalu. Tego nie było nigdy, choćby dziś. Piotr nie martwił się, iż straci ją martwił się o wygodne życie: uprasowane koszule, ciepłą kolację, czyste cztery kąty.
Wiesz co powiedziała cicho dziękuję ci.
Za co niby?
Za tę rozmowę. Wątpiłam, teraz nie.
Minęła go i wyszła z kuchni. Piotr krzyczał coś o niewdzięczności, zmarnowanych latach i iż jeszcze pożałuje. Ona nie słuchała. Pakowała rzeczy.
Miesiąc później stała pośród małej kawalerki na trzecim piętrze, dwie tramwajowe przystanki od mieszkania Kingi. Za ścianą buczała lodówka, pachniało świeżą farbą i jabłkami. W kącie piętrzyły się kartony z rzeczami. Nowe życie. Było trochę strasznie, niezwykle, ale pierwszy raz od lat poczuła, jak głęboko oddycha.
Wnuki wpadły już pierwszego wieczoru. Pięcioletnia Hania obiegła mieszkanie i stwierdziła, iż tu brakuje kota. Ośmioletni Kacper przyniósł swój stary koc, żeby babci nie było zimno. Kinga pojawiła się z garnkiem zupy i butelką szampana.
Na nowe mieszkanie, mamo.
Małgorzata się zaśmiała. Jezu, kiedy ostatni raz śmiała się tak głośno, bez lęku, iż ktoś zaraz będzie narzekał na hałas?
Pół roku później do miasta przeprowadził się syn Bartek z żoną i rocznym dzieckiem. Znalazł pracę, wynajął mieszkanie w sąsiedztwie. Niedzielne obiady u Małgorzaty stały się rodzinną tradycją. Mała kuchnia, gwar rozmów, dzieci biegające między nogami, Kinga spierająca się z bratem o politykę.
Stojąc przy garach, mieszając sos, Małgorzata myślała, iż samotność, której tak się bała, okazała się złudzeniem. Więzieniem, do którego przez lata zamykała się z własnego strachu. Prawdziwa rodzina była tutaj: tam, gdzie kochano ją ot tak, bezwarunkowo, gdzie doceniano jej obecność, nie wyłącznie zasługi.
Piotr czasem dzwonił. Prosił, aby wróciła. Twierdził, iż zrozumiał, iż się zmienił. Małgorzata słuchała spokojnie, życzyła mu dobrze i odkładała słuchawkę. Bez żalu, bez złości. To był już dla niej ktoś obcy.
Babciu, a pójdziemy jutro do parku? Wróciły kaczki! szarpała ją za spódnicę Hania.
Pójdziemy, oczywiście.
Małgorzata się uśmiechnęła. Życie układało się od nowa.
Człowiek często zapomina, iż zasługuje na szczęście i czasem musi stracić wszystko, by zacząć oddychać naprawdę, już dla siebie.











