Zniknięty termos

polregion.pl 2 dni temu

— Bartek, widziałeś moje kalosze? — Michał wychylił się z przedpokoju kamienicy przy Grunwaldzkiej.

— A komu one potrzebne, te twoje łódki czterdzieści pięć? Szukaj lepiej! — odkrzyknęła z kuchni Kasia.

— Przecież już wszystko przewróciłem! Nasze mieszkanie ostatnio przypomina jakąś strefę anomalii — wszystko w niej znika! — Michał zaczynał się nakręcać. — Najpierw stara kurtka, którą chciałem oddać na działkę pracowniczą, potem ocieplane spodnie, teraz kalosze. I chyba wiem, jak ta anomalia się nazywa.

Kasia machnęła ręką znad garnka z rosołem: nie wymyślaj.

Mieszkali w bloku na Bemowie, trzy pokoje, winda co drugi dzień w remoncie. Pół roku temu wprowadziła się do nich teściowa Michała — Danuta, matka Kasi. Kobieta cicha, nikomu nie wadząca. Do niedawna mieszkała sama pod Grójcem, w domku z ogródkiem, hodowała pomidory i gadała przez płot z sąsiadką. W miejskie sprawy córki i zięcia nie wtrącała się nigdy.

Ale dom pod Grójcem spłonął. Jak to się stało — nikt do końca nie wiedział. Danuta nie piła, papierosów w łóżku nie paliła, przepisy przeciwpożarowe znała lepiej niż niejeden strażak. Kasia zabrała matkę do siebie, bo tak wypadało. Działką z zgliszczami zajmować się nie było kiedy — zarastała łopianem i pokrzywą.

Danuta pogoduła trochę i postanowiła, iż życie toczy się dalej. Dostała mały pokoik po byłym gabinecie, robiła na drutach skarpetki, na balkonie w skrzynkach hodowała szczypiorek i pietruszkę zamiast pomidorów.

Michał nie protestował. Rodzinie trzeba pomagać, zwłaszcza iż jego własni rodzice już dawno nie żyli, a ojciec Kasi też odszedł kilka lat wcześniej.

Tylko od pewnego czasu z mieszkania zaczęły ginąć rzeczy. Same męskie, i to zawsze stare.

— Ty, Kasiu, tę mamę mojego domowego trzymasz w piwnicy, czy jak? — rzucił żartem Michał, choć sam siebie zdziwił tym pytaniem.

— Zostaw jej te graty w spokoju! Zniknęło i dobrze — mniej wyrzucania! — odburknęła żona.

Rozmowa z teściową też niczego nie wyjaśniła.

— Danusiu, a pani przypadkiem nie brała moich rękawiczek? — spytał kiedyś wprost, przy niedzielnym obiedzie.

Teściowa energicznie pokręciła głową.

— A po co mi one, Michałku? — Wyciągnęła w jego stronę drobne dłonie. — Mnie by choćby jako kapcie były za duże…

— Michał, zostaw mamę! Po co jej twoje rupiecie! — Kasia zjawiła się w progu z ręcznikiem kuchennym. — Chyba masz jakąś paranoję z wiekiem.

Może i tak. Ale Michał nie dawał za wygraną.

Beztroska Kasi zniknęła, kiedy okazało się, iż stare graty męża to nie jedyna strata.

— Michał, ty zjadłeś tę pasztetową z szafki? — spytała kiedyś, wynurzając się z kuchennego kredensu.

— choćby nie wiedziałem, iż tam jest! A dokąd miałaby zniknąć? Chyba jeszcze przy zdrowych zmysłach jestem, dwie puszki tam stały!

Kasia zajrzała do sąsiedniej szafki i znalazła kolejną stratę — nie było starego garnka w brzydkie różowe kwiatki, tego, którego zresztą nigdy nie lubiła. Potem zniknął komplet plastikowych pojemników na wywczasy i kilka paczek zupek chińskich, które trzymała na wyjazd na Mazury.

— Może to jednak twoja mama… — zasugerował Michał kolejny raz.

— Po co mamie ta chińszczyzna? W domu pełno normalnego jedzenia. To tylko na wyjazd, jak jeżdżę sprzątać domek nad jeziorem…

Michał postanowił poszpiegować teściową. Kasia pojechała na cały weekend do siostry do Radomia, on i Danuta zostali sami.

Rano, wychodząc do pracy, słyszał z jej pokoju zdrowy chrapiący oddech. Kiedy wrócił w środku dnia — w mieszkaniu panowała cisza.

Na ławce przed klatką, gdzie zbierał się miejscowy „klub emerytów-detektywów", Danuty nie było. Zresztą nigdy nie lubiła plotkować z sąsiadkami.

Michał poszedł do sklepu po chleb. Zjeżdżał windą i nagle usłyszał mamrotanie zza uchylonych drzwi piwnicy.

— Wacusiu, moi coś podejrzewają… — mówiła Danuta, tego był pewien.

— Ech, ile ci problemów narobiłem… — odpowiedział niewidoczny Wacuś.

— Może już czas wyjść na światło dzienne? — zaproponowała teściowa.

— Nie wiadomo, jak się to skończy. Może być gorzej, niż jest — zawahał się Wacuś.

Michał cofnął się do windy najciszej jak potrafił. Zapomniał, po co w ogóle szedł do sklepu.

— Już jesteś, Michałku? — Danuta zajrzała do kuchni, gdzie zastała go nad talerzem żurku.

— Sobota, krótki dzień w robocie. A pani gdzie była?

— Wyszłam się przewietrzyć, nie będę cały czas w czterech ścianach siedzieć.

„Znam ja te przewietrzanie się po piwnicach" — pomyślał Michał, ale postanowił jeszcze poczekać.

— Kasiu, ona w piwnicy jakiegoś faceta trzyma, głowę daję! — chodził wieczorem po pokoju wzburzony.

— Głową to nie rzucaj, drogo teraz kosztuje — odparła zmęczona Kasia, świeżo po powrocie z Radomia. — Wydaje mi się, iż tu ktoś zwariował. Albo ty, skoro ci się takie rzeczy śnią, albo mama, jeżeli rzeczywiście to widziałeś.

— No jasne, iż widziałem! Jeszcze mi trochę do demencji! Trzeba spytać Danusię, co to było. Tylko nie wiem jak — chyba nie chce się tym dzielić, bo dawno by sama powiedziała.

Następnego dnia zniknął jeszcze kubek termiczny, który Michał czasem brał do pracy.

— choćby się nie zastanawiam, dokąd on poszedł — mruknął i poszedł do teściowej.

— Danusiu, ja wszystko wiem — zaczął bez owijania w bawełnę.

Teściowa wyprostowała się na krześle.

— O czym, Michałku?

— O tym, iż pani nosi rzeczy komuś do piwnicy!

— Skąd ci to przyszło do głowy…

— Niech pani nie zaprzecza, słyszałem, jak pani tam gadała z jakimś Wacusiem. choćby mu pani proponowała „wyjść z podziemia"!

Danuta zamilkła, już rozumiejąc, iż została przyłapana.

— Mamo, nie będziemy się kłócić — powiedziała Kasia, stając w drzwiach. — Nie żal nam tych nieszczęsnych makaronów i pasztetowej, kalosze zresztą i tak były stare. Powiedz prawdę.

Danuta spojrzała na córkę, westchnęła i opowiedziała wszystko.

Okazało się, iż jeszcze pod Grójcem poznała mężczyznę. Wacław był samotny, pracowity i bezdomny. Wędrował, dorabiał sobie, gdzie się dało: komuś płot naprawi, komuś drewno na zimę porąbie. Mieszkał, gdzie popadło — czasem w opuszczonym domu, czasem w namiocie na skraju lasu. O tym, jak trafił na ulicę, mówić nie lubił.

„Rodzinie zacząłem przeszkadzać, więc się mnie pozbyli" — to jedyne, co kiedyś powiedział Danucie.

Najpierw było jej żal, zaproponowała, żeby został — miejsca starczy, a w gospodarstwie pomoc się przyda. A potem…

— Wie pan, ja sama nie sądziłam, iż w naszym wieku coś takiego może się jeszcze zdarzyć — Danuta wpatrywała się w splecione na kolanach dłonie. — Zbliżyliśmy się. Może to była miłość, może coś innego. Ostatnia euforia w życiu. Sąsiedzi oczywiście osądzali. Przestali się choćby ze mną witać, za to zaczęli gadać niestworzone rzeczy. A potem był pożar. Przeprowadziłam się do was, a Wacław nie chciał zostać beze mnie.

— Czyli on teraz mieszka w piwnicy jak bezdomny?! — nie mogła uwierzyć Kasia.

— A gdzie ma się podziać? Kategorycznie zabronił mi o sobie opowiadać. Nie ufa ludziom — swoi wyrzucili, to skąd ma wierzyć, iż obcy będą dobrzy. Boi się, iż go stąd wygonicie. Próbowałam go załatwić do noclegowni… Tam młodsi go obrażają. Raz choćby pieniądze mu zabrali.

— Boże, to jakiś koszmar. A jak to się stało, iż go z piwnicy nie wygonili?

— Próbowali — westchnęła Danuta. — Przyszedł kiedyś jakiś facet ze wspólnoty mieszkaniowej. Najpierw krzyczał na Wacka i kazał się wynosić. A potem, jak Wacek złożył się na butelkę, od razu zmiękł. „Mieszkaj, kolego! Człowiek człowiekowi powinien pomagać!" — powiedział. Teraz od czasu do czasu wpada i prosi na klina. Wacek daje, bo co ma robić.

— No dobra, z tym jednym się dogadaliście. A jak ktoś inny się zjawi? — dopytywał Michał. — Na wszystkich butelek nie napaście.

— Nie przyjdzie! — machnęła ręką teściowa. — Ten konserwator, jak wypił, powiedział Wackowi, iż ma szczęście — w administracji brakuje ludzi, więc oprócz niego, Sylwka, nikt tu jeszcze ze sto lat się nie pojawi.

— No dzieje się… A myje się gdzie, do toalety gdzie chodzi?

— Myje się w łaźni miejskiej przy Woronicza. A toaleta… to też jakoś ustaliliśmy. Piwnicy nie brudzimy — zawstydziła się Danuta.

Michał nie dopytywał o szczegóły.

— Przepraszam was za te wasze rzeczy. Wacek po pożarze prawie nic nie miał. choćby nie miał w czym wyjść na ulicę. Teraz próbuje dorabiać, tylko niechętnie go biorą w mieście — wiek.

— Nie martw się, mamo. Zapomnij o tych rupieciach. Trzeba wymyślić, co dalej — Kasia potarła nasadę nosa i spojrzała na męża.

— Wymyślimy — obiecał Michał.

Wieczorem siedzieli w kuchni.

— Trzeba brać kredyt i odbudowywać mamin dom. Innego wyjścia nie widzę — rozważała Kasia.

— Trzeba — zgodził się Michał. — A tę teściową miłość na razie weźmiemy do siebie. Pokoik mały, ale w ciasnocie, nie w krzywdzie. Nie godzi się, żeby starszy człowiek po piwnicach się tułał. Wezmę go na razie do siebie do pracy, u nas w firmie ochroniarze są potrzebni.

Kasia trochę powzdychała, ale się zgodziła.

— Co robić… Oby to nie trwało zbyt długo.

Danuta aż się popłakała, gdy usłyszała decyzję rodziny. Wacław się zgubił zupełnie, kiedy przyszła po niego do piwnicy. Długo nie mógł uwierzyć, iż tak bywa.

— Swoi wyrzucili, a obcy przygarnęli… Cud jakiś… Dziękuję — powtarzał, ukradkiem ocierając oczy rękawem.

Michał, jak obiecał, załatwił Wacławowi pracę. I ani przez chwilę tego nie żałował.

— Dobrego mi faceta poleciłeś! Odpowiedzialny! Dzięki! — dziękował mu szef ochrony po miesiącu. — W telefonie nie siedzi, krzyżówek nie rozwiązuje, na dyżurze nie śpi! Masz jeszcze takich?!

— Nie, on jest jeden w swoim rodzaju — uśmiechał się Michał. A w duchu myślał: i dobrze.

W domu Wacław też starał się być użyteczny — ręce miał złote. Naprawił wszystko, co wymagało naprawy, czym zdobył sympatię Kasi, która na początku patrzyła na przymusowego lokatora piwnicy z podejrzliwością.

Wkrótce małżeństwo wzięło kredyt, wynajęło ekipę i zajęło się odbudową domu pod Grójcem.

— Dzieci, dziękuję! Oddam powoli, z emerytury będę przelewać! Wacek też bez roboty nie usiedzi! Na pewno się rozliczymy! — wzruszała się Danuta, obejmując na przemian Michała i Kasię.

— Zostaw, mamo, tę swoją emeryturę! Jakoś się dogadamy! — zawstydzona Kasia machała ręką. — Córka ci jestem, czy nie? Żyjcie szczęśliwie!

Kiedy dom stanął na nowo — dach z blachodachówki, ganek, choćby nowa szopa na narzędzia — Danuta i Wacław wrócili na wieś. Wzięli ślub w urzędzie stanu cywilnego w Grójcu, w listopadzie, przy pierwszym śniegu, i zaczęli wspólne gospodarstwo.

Michał i Kasia często do nich jeżdżą, zwykle w niedziele, z ciastem z osiedlowej cukierni i termosem kawy na drogę.

Michał swojego śledczego zacięcia jednak nie porzucił. Na działce kazał zamontować dwie kamery — jedną nad furtką, drugą przy szopie. Bardzo mu się nie spodobał ten fragment historii teściowej, gdzie sąsiedzi najpierw obgadywali, a potem nagle wybuchł pożar.

Może to i zbieg okoliczności. Ale ostrożności nigdy za wiele.

Idź do oryginalnego materiału