Nazywam się Dariusz Konieczny i jestem lekarzem rodzinnym w Rzeszowie. Ten tekst piszę, bo ktoś musi powiedzieć to z drugiej strony — ze strony człowieka, którego moja była szwagierka, dziennikarka, opisała jako „ideologicznego manipulanta żerującego na śmierci własnej żony". Nazywam ją byłą szwagierką, bo po tym artykule przestaliśmy się odzywać. Rodzina się na pół rozpadła, a ja wciąż nie wiem, czy miałem rację.
Moja żona Beata zachorowała na raka jajnika jesienią 2021 roku. Diagnoza przyszła w listopadzie, w szarym korytarzu Szpitala Wojewódzkiego nr 2, pod neonówką, która migała tak, iż Beata zażartowała, iż to jak w horrorze. Śmiała się jeszcze wtedy. Lekarz prowadzący, pani doktor Wasilewska, mówiła konkretnie: stadium III, operacja, potem chemioterapia, rokowania niepewne, ale są szanse.
Zgodziliśmy się na wszystko. Operację, chemię, każdy cykl. To nieprawda, iż odmawiałem konwencjonalnego leczenia — to kłamstwo, które powtórzono w tamtym artykule, i akurat to mnie boli najbardziej, bo sprawdzić można było jednym telefonem do onkologii. Po trzecim cyklu chemii Beata ważyła czterdzieści sześć kilogramów. Nie mogła utrzymać łyżki. Wtedy, równolegle, nie zamiast, zaczęliśmy szukać czegoś więcej — dietę ketogenną, witaminę C w wysokich dawkach, suplementację, o której czytałem w zagranicznych publikacjach, niektóre rzetelne, niektóre pewnie nie. Nie wiem do dziś, które z tego pomogły, a które były tylko iluzją kontroli nad czymś, nad czym kontroli nie mieliśmy żadnej.
Mieszkaliśmy wtedy na Baranówce, w bloku z lat siedemdziesiątych, gdzie w zimie piekarnia na dole pachniała przez całą klatkę schodową świeżymi rogalami, a Beata mówiła, iż to jedyny zapach, który jeszcze czuje — chemia zabrała jej węch na wszystko inne. W telewizorze u sąsiadów zawsze szły wiadomości o siódmej, słyszałem je przez ścianę, i to był jedyny zegar, jaki miałem w tamtych miesiącach, bo przestałem liczyć dni inaczej niż „dzień po chemii", „dzień przed kontrolą".
Pisałem o tym na swoim blogu zdrowotnym — mam go od lat, piszę tam o medycynie konwencjonalnej i o tym, czego lekarze czasem nie mówią pacjentom o skutkach ubocznych. Nie jestem antyszczepionkowcem. Jestem lekarzem, który uważa, iż system bywa głuchy na cierpienie, które sam powoduje w imię leczenia. To różnica, której nikt w tamtym artykule nie chciał zauważyć.
Beata zmarła w marcu 2025 roku, w hospicjum przy ulicy Lwowskiej, w pokoju z widokiem na kasztanowiec, który akurat zaczynał pokazywać pierwsze listki. Pielęgniarka, pani Halina, przyniosła mi tej nocy herbatę w kubku z napisem „Najlepsza Babcia", bo innego nie było pod ręką, i powiedziała tylko: „Niech pan się prześpi, ja posiedzę." Nie usiadłem. Trzymałem jej rękę do rana, czekając na uścisk, który już nie nadchodził.
Dziesięć dni po pogrzebie napisałem na Facebooku długi post. Napisałem w nim, iż walczyliśmy cztery lata, iż system onkologiczny czasem traktuje pacjentkę jak numer w kolejce, a nie jak Beatę — kobietę, która uczyła chemii w liceum przy ulicy Hoffmanowej przez dwadzieścia dwa lata i pamiętała imię każdego ucznia. Napisałem, iż szukaliśmy wszystkiego, co mogło dać jej więcej czasu, bo kochałem ją i nie chciałem jej stracić. To był krzyk człowieka, nie manifest ideologiczny.
Artykuł, który się wtedy pojawił, nazwał mnie propagandystą. Cytował komentarz jednego aktywisty, zignorował fakt, iż jestem lekarzem z dwudziestoletnim stażem, i napisał, iż „wykorzystałem śmierć żony do promowania pseudonauki". Moja była szwagierka, Jolanta, podała ten tekst dalej ze swojego konta z podpisem: „Oto człowiek, który zabił moją siostrę ignorancją."
Zadzwoniłem do niej tego samego wieczoru. Rozmowa trwała cztery minuty. Powiedziała, iż nie chce już ze mną rozmawiać, iż widziała, jak Beata chudła, i iż według niej to ja przekonałem ją, żeby nie dokończyła drugiej linii chemioterapii po nawrocie w 2023. To nieprawda — to Beata podjęła tę decyzję sama, po rozmowie z onkologiem, kiedy organizm już nie wytrzymywał kolejnych cykli, a lekarz powiedział jej wprost, iż korzyść jest wątpliwa. Ale nie mogłem jej tego udowodnić przez telefon. Nie dało się.
Dwa tygodnie temu dostałem od niej mail. Jedna linijka: „Chcę odzyskać album ze zdjęciami mamy i Beaty z dzieciństwa, ten z czerwoną okładką. Resztę sobie zostaw." Żadnych pretensji, żadnego pojednania. Tylko ten album.
Pojechałem do niej w sobotę, do jej domu na Zalesiu, zabrałem pudło, w którym były wszystkie rodzinne fotografie Beaty — razem trzysta dwadzieścia zdjęć, segregowane po latach, bo Beata zawsze wszystko segregowała. Oddałem jej całe pudło, nie tylko album z czerwoną okładką. Powiedziałem: „Weź wszystko. Ja mam swoje wspomnienia, nie potrzebuję papieru, żeby je mieć." Jolanta stała w drzwiach, nie zapraszała mnie do środka, trzymała pudło pod jedną ręką, a drugą opierała się o framugę.
Nie powiedziała „przepraszam". Nie powiedziała też nic więcej. Zamknęła drzwi, a ja usłyszałem, jak zasuwa łańcuch — ten sam dźwięk, który pamiętałem z czasów, kiedy Beata jeszcze żyła i przychodziliśmy tu na niedzielne obiady, a Jolanta zawsze zapominała otworzyć do końca i trzeba było przeciskać się bokiem.
W poniedziałek wysłałem do wydawnictwa, które opublikowało ten artykuł, formalne żądanie sprostowania wraz z kopią wypisu ze szpitala i zaświadczeniem od onkologa potwierdzającym, iż leczenie konwencjonalne było prowadzone przez cały okres choroby. Redaktor naczelny odpisał po trzech dniach, iż „stoi za tekstem swojej autorki" i iż „komentarz pod artykułem jest jedynym sprostowaniem, na jakie mogę liczyć". Opublikowałem więc ten komentarz sam, pod własnym imieniem i nazwiskiem, z numerem prawa wykonywania zawodu lekarza widocznym na stronie internetowej mojego gabinetu — żeby każdy mógł zweryfikować, iż nie jestem anonimowym blogerem, tylko człowiekiem, który tę kobietę kochał i leczył razem z lekarzami, nie wbrew nim.
Album z czerwoną okładką nie wrócił.










