**Zegar z kukułką po babce**

twojacena.pl 5 dni temu

Zegar z kukułką wisiał w kuchni, odkąd sięgałam pamięcią. Miał wyblakłą tarczę, na której cyfra siedem dawno straciła połowę farby, a kukułka wychylała się ze swojego okienka z takim skrzypieniem, jakby za każdym razem robiła to niechętnie. Babcia mówiła na niego „Franio”, bo ponoć kupiła go od zegarmistrza Franciszka z Bytomia za dwieście siedemdziesiąt złotych w osiemdziesiątym trzecim.

Mój syn, Ignaś, nazywał go „ptaszek z domkiem”. Miał cztery lata, kiedy pierwszy raz usłyszał kukułkę i z wrażenia upuścił na podłogę kubek z kakao. Plama na sosnowej podłodze została do dzisiaj, tuż przy nogach od stołu. Nikt jej nie szlifował, bo dziadek powiedział, iż to nie plama, tylko pamiątka.

Nigdy nie przypuszczałam, iż to właśnie ten zegar stanie się kością niezgody, przez którą przestanę odbierać telefony od własnej siostry.

Wszystko zaczęło się na stypie po mamie. Siedzieliśmy w ciasnym salonie, parzyłam herbatę w kółko, bo ludzie przychodzili i wychodzili, a powietrze zrobiło się gęste od zapachu goździków i wilgotnych płaszczy. Mój mąż, Tomek, roznosił talerzyki z sernikiem. Siostra, Danuta, stała przy oknie i patrzyła na podwórko, jakby wypatrywała kogoś, kto się spóźnia. Jej mąż, Rysiek, siedział w fotelu dziadka i przeglądał telefon.

— To co z mieszkaniem? — zapytała Danuta, nie odwracając się od okna.

Poczułam, jak Tomek przystaje w pół kroku. Sernik na talerzyku drgnął.

— A co ma być? — odparłam. — Trzeba je najpierw posprzątać, przecież nie ma pośpiechu.

— Jest pośpiech. Czynsz sam się nie zapłaci. Media. Podatki. Nie wiem, czy ty się orientujesz, ile to teraz kosztuje.

— Orientuję się.

— No to super. Rysiek mówi, iż najlepiej sprzedać.

Odwróciłam się. Danuta dalej patrzyła w okno, ale Rysiek podniósł głowę znad telefonu i kiwnął, jakby właśnie to zdanie przygotowywał od tygodnia.

— Nie sprzedamy — powiedziałam.

Wtedy się odwróciła. To była jedna z tych chwil, kiedy człowiek widzi, iż rozmowa, o której myślał, iż będzie trudna, dopiero zaczyna być nie do wytrzymania.

— To jest nasze po połowie — powiedziała cicho, ale w taki sposób, iż Tomek postawił talerzyk na stole i już go nie podniósł. — Ty nie możesz sama decydować.

— Nie decyduję sama. Mówię, iż nie ma pośpiechu.

— Dwa miesiące. Tyle to trwa. A potem pieniądze dzielimy.

I wtedy padło to, przez co wszystko poleciało. Rysiek wtrącił niby od niechcenia:

— A z rzeczy to zostaje ten stary zegar i reszta szmelcu. Meble na śmietnik, bo nikt tego nie weźmie. Tylko mieszkanie ma jakąś wartość.

Zegar z kukułką. Ten sam, przy którym mama piła poranną kawę, kiedy byłam mała. Którego Ignaś słuchał, siedząc dziadkowi na kolanach. I nagle słyszę, iż to „szmelc”.

Nie pamiętam dokładnie, co powiedziałam. Pamiętam tylko, iż Danuta podniosła torebkę, iż Rysiek wstał z fotela, iż Tomek chciał ich zatrzymać, ale tylko otworzył usta i nic z tego nie wyszło. Wyszli, trzasnęły drzwi, a w kuchni Franio wydzwonił piątą po południu, chociaż była dopiero czwarta dwadzieścia. Zawsze śpieszył się z tymi godzinami.

Mama umarła w lutym. Do kwietnia myślałam, iż jakoś to się ułoży. Że Danuta ochłonie, iż Rysiek wróci do przeglądania telefonu i przestanie nazywać nasze dzieciństwo szmelcem. Ale nie.

W kwietniu dostałam list polecony. Danuta skierowała sprawę do sądu o dział spadku i zniesienie współwłasności. Do koperty dołączone było wyliczenie, ile według niej warte jest mieszkanie: trzysta dwadzieścia tysięcy złotych. I jej żądanie: sprzedaż, bo „mienie jest niepodzielne, a wspólne zarządzanie utrudnione”. Znałam to słownictwo z jakiegoś darmowego poradnika prawnego dla upierdliwych spadkobierców.

Zadzwoniłam. Po raz pierwszy od stypy.

— Danka, naprawdę idziemy do sądu?

— jeżeli się dogadamy, to nie idziemy. Proponuję układ.

— Jaki?

— Ty zatrzymujesz mieszkanie. Spłacasz mnie. Sto sześćdziesiąt tysięcy. Proste.

Zamilkłam. Na klatce schodowej sąsiadka z trzeciego piętra trzepała dywan, słyszałam rytmiczne uderzenia, jakby ktoś walił w ścianę.

— Nie mam takich pieniędzy — powiedziałam.

— To po co ta rozmowa? — usłyszałam, zanim się rozłączyła.

Rysiek dobił mnie tydzień później. Podjechał pod moją kamienicę swoim srebrnym audi, tym, które codziennie parkuje pod bankiem, bo pracuje w dziale windykacji. Wyszedł, oparł się o maskę i czekał. Widziałam go z okna kuchni, przez firankę, która była do prania już od miesiąca.

Zeszłam.

— Bez nerwów, dobrze? — powiedział, zanim zdążyłam cokolwiek w ogóle powiedzieć. — Ja nie chcę wojny. Ja chcę po ludzku.

— Po ludzku to jest list od prawnika?

— To nie jest od prawnika, to jest z sądu. A po ludzku to jest propozycja. Spiszemy umowę u notariusza. Ty dostajesz mieszkanie, my dostajemy spłatę.

— Właśnie ci powiedziałam, iż nie mam…

— To weź kredyt. Jest na to produkt. Hipoteka konsolidacyjna, gotówka też. Wiem, co mówię, w końcu w tym siedzę. Mieszkanie jest twoje, nam spłacasz przez lata, wszyscy żyją w zgodzie.

— Tylko iż przez lata żyję w kredycie.

— A teraz żyjesz w czym?

Stał tak, oparty o samochód, i mówił o moim życiu, jakby to była oferta promocyjna. Pamiętam, iż pomyślałam o Ignasiu, który wtedy był w świetlicy. O tym, iż za rok będzie szedł do komunii. O tym, iż obiecałam mu rower marki Kross, o którym marzył od urodzin. Boże, rower. A tu się okazuje, iż mam wziąć kredyt na mieszkanie, w którym się wychowałam, bo siostra i jej mąż chcą pieniędzy.

Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie to, iż znalazłam potem segregator mamy.

Stał w szafie, za pudłami z firankami, ten sam niebieski segregator z popsutym zamkiem, w którym mama trzymała wszystkie dokumenty. Brałam go do ręki z myślą, iż znajdę akt własności, żeby sprawdzić numer księgi wieczystej. Znalazłam coś innego.

Wypisana ręką mama kartka z zeszytu, brzeg postrzępiony, atrament wyblakły. „Danuta – 40 000 zł. Pożyczka na remont. Nie zwrócono. Umowa ustna.” Data jedenasta luty dwa tysiące piętnastego.

Kartka wyleciała mi z rąk. Potem usiadłam na podłodze, plecami o szafę, i jeszcze raz przeczytałam. Trzynaście lat. Trzynaście lat ta kartka tu leżała i żadna z nas o niej nie wiedziała.

Nie, nieprawdopodobne, żeby Danuta o niej nie wiedziała.

I wtedy przypomniałam sobie remont, który robiła w swoim mieszkaniu w tym właśnie roku. Panele, nowa kuchnia, łazienka od zera. Mówiła, iż Rysiek dostał premię w banku. Teraz ta kartka mówiła, iż nie. Mama dała im pieniądze. Większość swoich oszczędności, pewnie. I nie zobaczyła ani złotówki z powrotem.

A teraz oni żądają ode mnie stu sześćdziesięciu tysięcy na czysto.

Siedziałam tak długo, iż od podłogi zrobiły mi się zimne łydki. W kuchni Franio wydzwonił szóstą. Kukułka wychyliła się, popatrzyła na mnie jednym czarnym okiem i schowała się z powrotem. Po raz drugi w życiu miałam wrażenie, iż ten zegar kpi sobie ze mnie. Pierwszy raz był wtedy, gdy mama umierała i czekaliśmy na karetkę, a on wydzwonił czwartą, chociaż była trzecia czterdzieści.

Zadzwoniłam do Danuty. Nie sms, nie e-mail. Zadzwoniłam i powiedziałam:

— Przyjedź. Muszę ci coś pokazać.

— Nie mam czasu.

— To znajdź.

Powiedziałam to takim głosem, iż się zgodziła.

Przyjechała tydzień później. Z Ryśkiem oczywiście. Siedli do stołu w kuchni, pod zegarem, i oboje patrzyli na mnie z miną ludzi, którzy przyszli odebrać towar. Rysiek rozpiął kurtkę, ale jej nie zdjął. Jakby chciał w każdej chwili wyjść.

Położyłam kartkę na ceracie. Tą jedną, wypisaną ręką mamy.

Danuta wzięła ją do ręki. I widziałam, jak czyta. Widziałam dokładnie moment, kiedy dociera. Palce jej zadrżały. Otworzyła usta, zamknęła, znowu otworzyła. Potem, nie patrząc na Ryśka, podała mu kartkę.

Rysiek przeczytał. W dwa razy.

— Co to ma być? — zapytał.

— To się nazywa dowód. A przynajmniej potwierdzenie długu twojej żony wobec naszej mamy, które teraz wchodzi do masy spadkowej.

— To nie ma żadnej mocy. To jest jakaś kartka. Nie wiadomo nawet, kto to pisał.

— To pismo mamy. Poznasz. A ty pracujesz w windykacji, to wiesz, iż umowa ustna do dziesięciu tysięcy nie wymaga formy. Czterdzieści to inaczej, ale nikt z nas nie był mamie dłużny w rozumieniu prawa. Po prostu ci to pokazuję, żebyś zrozumiał, iż ja wiem.

Zapadła cisza. Taka, w której słychać tykanie zegara. I nagle Franio, jak na złość, wydzwonił dwunastą w środku dnia, a kukułka wyskoczyła z wściekłym skrzypieniem, jakby mówiła: brawo.

Danuta wyrwała Ryśkowi kartkę i rzuciła ją na stół.

— To i tak nic nie zmienia. Mieszkanie jest nasze po połowie.

— Jest. I ja go nie chcę sprzedawać.

— To mnie spłać.

— Nie mam cię z czego spłacić. Ale mogę ci coś zaproponować.

Zamilkła.

— Darowujecie mi tę pożyczkę czterdziestu tysięcy razem z tym, co mama wam przebaczyła milczeniem. A ja nie dochodzę jej od was w sądzie. Co nie znaczy, iż nie mogę.

— Grozisz mi.

— Nie. Mówię, co jest. A co do mieszkania — to wejdę w spłatę, tylko w ratach. Sąd i tak może przyznać mi możliwość spłaty w rozsądnym terminie. A z twojej strony, z Ryśka strony, to tyle, ile zechcesz z tym zrobić.

Nie patrzyłam na Ryśka. Patrzyłam na Danutę, bo to z nią mam wspólną krew, nie z nim.

Wstała. Złożyła kartkę na pół, chciała coś zrobić, schować? Nie wiem. Złożyła ją jeszcze raz, potem zgniotła w dłoni i cisnęła na podłogę, obok spodu lodówki, tam gdzie zawsze odkładałyśmy kapcie, jak byłyśmy dziećmi.

— Zobaczymy, co powie sąd — powiedziała.

Mój Boże, jak ja znam ten jej ton.

Wyszli. Tomek wyszedł z pokoju, gdzie cały czas coś niby składał, a tak to podsłuchiwał, usiadł obok mnie i powiedział:

— Ty wiesz, iż ona tego nie zostawi.

— Wiem.

— To co robimy?

A ja popatrzyłam na zegar. Na to wytarte siedem, podsłuchane kakao na podłodze i na zgniotłą kartkę, która wciąż tam leżała. Pomyślałam o tym, iż najgorsze w tej całej sprawie jest to, iż mama nosiła w sobie to żywe poczucie krzywdy i jednocześnie zwykłą miłość do obu córek. Nie chciała nic mówić. Chowała rachunek w segregatorze, jakby chciała dać nam szansę, żeby ona może sama go znajdzie.

Ale nie dała rady. I teraz ja muszę.

Wstałam, podniosłam kartkę, wygładziłam ją na kolanie. Potem zrobiłam to, co robi się z rzeczami, które mają być podjęte jutro: włożyłam ją do portfela, do tej samej przegródki, gdzie trzymam dowód osobisty i kartę do biblioteki.

Następnego dnia umówiłam wizytę u notariusza. Tego samego, u którego mama spisywała swój pierwszy testament. Pamiętam go, bo notariusz nazywał się pan Zagórski i zawsze moczył palec wskazujący, przewracając strony. Poszłam do niego bez Tomka, bo to była sprawa między mną, mamą i Danutą.

Pokazałam kartkę. Pan Zagórski założył okulary na końcu nosa, obejrzał, oddał.

— To jest dokument prywatny. Sąd może go brać pod uwagę, ale jako dowód z dokumentu prywatnego, nie jako dowód bezwzględny. Rozumie pani?

— Rozumiem.

— Co pani chce z tym zrobić?

— Nie chcę dochodzić pieniędzy. Chcę, żeby siostra przestała mnie szantażować. I chcę, żeby to, co za to dostanę, było warte więcej niż czterdzieści tysięcy.

Tego dnia wyszłam od notariusza i zrobiłam rzecz, na którą wcześniej bym się nie zdobyła: zadzwoniłam do mojego kuzyna, Pawła, który jest adwokatem w Katowicach. Nie w sprawie rozwodu, nie w sprawie podziału spadku. Po prostu chciałam, żeby mi powiedział, czy czterdziestotysięczna pożyczka mamy dla Danuty, przy jej dzisiejszych roszczeniach, to jest coś, co mogę wykorzystać.

Paweł milczał przez chwilę.

— Wiesz, co by zrobiła babcia? — zapytał.

— Co?

— Nic. Wszystko wam by oddała i pomodliła się za was. I tak być może powinnaś.

— Ale nie jestem babcią — odparłam.

— No właśnie.

I tyle. Resztę wiedziałam sama.

Dwa tygodnie później przyszło pismo z sądu o dział spadku. Otworzyłam je w kuchni, pod zegarem. Franio milczał, bo była godzina jedenasta dwadzieścia dwie i nie pora na kukułkę.

Wezwanie na rozprawę. I jeszcze jedno załączone: wniosek Danuty o zarządzenie sprzedaży mieszkania „w celu zniesienia współwłasności w drodze licytacji”. Proponowana cena wywołania: dwieście czterdzieści tysięcy złotych.

Czyli mogli wziąć mniej, byleby wziąć.

Zadzwoniłam do Pawła.

— Złóż wniosek o wyznaczenie terminu spłaty — powiedział. — Wtedy sąd rozłoży ci to na raty, jeżeli się dogadacie co do kwoty. A co do pożyczki mamy — wciągnij to do sprawy.

— Na jakiej podstawie?

— Bo dług wchodzi do spadku. A ty jesteś spadkobiercą, tak samo jak ona. To znaczy, iż połowa długu jest twoja, a połowa jej. To się nazywa konfuzja, ale nie musisz znać szczegółów. Ważne, iż jej udział w roszczeniu wobec samej siebie to nie jest sprawa między tobą a nią. To jest matematyka.

Zadzwoniłam do Danuty tego samego wieczoru.

Wiedziałam, iż nie śpi, bo słyszałam w tle telewizor, ten sam program, który mama oglądała wieczorami, „Jaka to melodia”.

— Właśnie dostałam wezwanie z sądu.

— Tak.

— Danka, zawrzyjmy ugodę. Nie w sądzie. U notariusza. Jutro, pojutrze. Cokolwiek.

— Po co? Żebym to ja źle wyszła? Wolę sąd.

— Ja też wolę. Tylko iż sąd zobaczy, iż zrzekasz się stanowiska w sprawie pożyczki, którą zaciągnęłaś u mamy. A wtedy moje sto sześćdziesiąt tysięcy przestanie być takie proste.

Milczała. W tle usłyszałam dzwonek telefonu w „Jaka to melodia”, taki strasznie stary, zmiksowany.

— Zawsze byłaś taka…

— Jaka?

— Taka.

I się rozłączyła.

Nie było rozprawy w czerwcu, bo adwokat Danuty wniósł o przełożenie ze względu na urlop. Wiem, kuriozalne. W lipcu też nie. I wtedy zrozumiałam, iż to ze mną wojna na zmęczenie. Że chcą, żebym opadła z sił, spłaciła byle ile, podpisała byle co. Zmęczeni ludzie podpisują byle co.

Ale ja nie byłam zmęczona. Byłam jak ten zegar Franio: stara, z wytartym siedem, ale wciąż kurczowo trzymająca się swojego rytmu.

I w pewien czwartek napisałam do Danuty smsa.

„Oddaj cię bez sądu. Nie spłacę cię. Ale ty możesz kupić zegar.”

Po godzinie oddzwoniła.

— Co ty wymyślasz?

— Nic. Proponuję handel. Ty nie wchodzisz mi w drogę co do mieszkania, a ja tobie daruję to, co mama zapisała. Nie dochodzę. Zamykamy temat po cichu.

— Tak po prostu? Czterdzieści tysięcy i ty nie dochodzisz?

— Tak. Pod jednym warunkiem.

— Jakim?

— Zegar.

— Co?

— Zegar z kukułką, Franio. Odstępujesz mi go aktem notarialnym. Osobnym. Nie jako część spadku. Ty jako współwłaścicielka.

— To jest jakiś żart.

— To nie jest żart. To jest uczciwa oferta. Ty dostajesz ode mnie zwolnienie z długu. Ja dostaję od ciebie zegar. Nikt nie płaci gotówką. Zostaje między nami, jak chciała mama.

Znów milczenie. Takie tykanie w słuchawce.

— Ty jesteś chora — powiedziała. — Jak można się kłócić o stary zegar?

— No widzisz. A jak można nazywać go szmelcem?

Rozłączyła się.

Tydzień później rozmawiałyśmy już przez adwokatów. Tyle iż tym razem to ja rozdawałam karty. Na pierwszej rozprawie zjawiłam się z segregatorem. Tym samym niebieskim z popsutym zamkiem. Adwokat Danuty domagał się przerwy na zapoznanie się z nowymi dowodami. Sędzina, zmęczona kobieta koło sześćdziesiątki, popatrzyła na mnie znać okularów i powiedziała:

— Pani chce zgłosić dług z masy spadkowej?

— Tak.

— Wysokość?

— Czterdzieści tysięcy.

— I nie dochodzi pani tego na drodze procesu?

— Dochodzę. Ale tylko o tyle, o ile jest to konieczne, żeby druga strona przestała żądać tego, czego nie wypracował.

Sędzina uniosła brwi. Adwokat Danuty zaczął coś mówić o przedawnieniu. O tym, iż roszczenie mamy wygasło, bo nie było wkraczania w termin.

— Moja matka nie była stroną postępowania w tej sprawie — powiedziałam. — To znaczy, iż termin liczy się od jej śmierci.

Nie byłam pewna, czy dobrze to formułuję. Ale Paweł siedział obok i nie prostował.

Skończyło się na tym, iż Danuta sama wyszła na korytarz i zaczęła krzyczeć. Nie na Ryśka. Na nikogo. Po prostu stanęła przy dystrybutorze z wodą i powiedziała: „Ja pierdzielę, ja pierdzielę”. Tak, jakby to było jedyne, co może z siebie wykrztusić.

I wtedy Rysiek podszedł do mnie. Pierwszy raz bez kurtki, pierwszy raz po ludzku.

— Rozumiem, iż się śpieszy pani do domu. Ja też.

— Nie śpieszę się.

— To gadajmy.

No i gadaliśmy. Nie ja i Rysiek, ale Paweł i adwokat Danuty, przy mnie. Rysiek podpierał ścianę. Powiem szczerze, iż wyglądał na człowieka, który z przerażeniem zaczyna liczyć, ile go będzie kosztować nie tylko ta sprawa, ale i życie z Danką.

Dzień przed Wigilią, bo sąd przyspieszył rzecz o tyle, o ile się dało, podpisaliśmy ugodę. Bez sprzedaży mieszkania. Danuta zrzekała się roszczeń o dział spadku w zakresie żądania licytacji. Ja zrzekałam się roszczeń z pożyczki. Zegar przechodził na mnie.

Wystarczyło, iż zjawiliśmy się u notariusza — znowu pan Zagórski, znowu palec mokry przy stronach, znowu ta sama kancelaria, w której mama siedziała dwadzieścia lat temu przy swoim testamencie.

Kiedy wychodziliśmy, padał śnieg. Taki gęsty, iż na parkingu zniknęły wszystkie samochody prócz tych najbliższych. Danuta szła przede mną, a Rysiek z tyłu, obok mojego Tomka. I w pewnym momencie Danuta się zatrzymała, nie odwracając się, i powiedziała:

— Odpuść mi. Nie chcę, żebyś do mnie dzwoniła.

Myślałam, iż to pytanie. Ale to nie było pytanie.

I ostatnie, co zrobiłam w tej sprawie: poszłam do kancelarii, do sekretariatu, i zostawiłam na biurku podaniowym spisany manualnie dokument, iż rezygnuję z ewentualnego wstąpienia na ścieżkę egzekucji długu po mamie. Pod spodem podpisałam i postawiłam datę. Tego samego dnia, kiedy odebrałam klucz do mieszkania. Tego samego dnia, kiedy Franio, pierwszy raz od trzydziestu lat, bo nakręcił go jeszcze dziadek, wydzwonił punktualnie dwunastą.

Nie przez przypadek.

Tomek mówi, iż to najdrożej nabytego bibelotu w dziejach mojej rodziny: czterdzieści tysięcy i trzynaście lat milczenia, żeby dostać się do tego, co i tak było nasze. Ale to nie o zegar chodziło. I nie o te pieniądze, których nikt z nas nie dostał.

Chodziło o to, żeby kiedyś, kiedy Ignaś będzie się zastanawiał, dlaczego u cioci Danusi nie jesteśmy na świętach, pokazać mu mały, skrzypiący, stary kurant. Z kukułką, która wychyla się z okienka. O siódmej rano, kiedy pozostało prawie ciemno. I powiedzieć:

— To jest Franio. Moja mama go słuchała. I ja go słuchałam. I ty go będziesz słuchać.

A potem posprzątać plamę po kakao z podłogi, udając, iż to przypadek.

Bo myślę, iż to jedyne, co mogę zrobić.

Jedyne, co muszę.

Niczego więcej.

Nie teraz.

Idź do oryginalnego materiału