Trzysta złotych i bułki z ziarnami
— Mamo, czemu wzięłaś ten zwykły ser? — Iga wyciągnęła z torby opakowanie podlaskiego w kostce, obróciła je w palcach jak znaleziony w piasku kamyk. — Marcel prosił o serek topiony, taki z ziołami. Jemu po twardym robi się ciężko na żołądku, a akurat teraz musi mieć świeżą głowę, bo składa CV.
— Składa CV — powtórzyłam, zdejmując kurtkę. Moje kapcie stały przyciśnięte do ściany, bo pół chodnika zajmowały buty Marcela, rozjechane, z rozwiązanymi sznurowadłami.
— No właśnie. I gdzie moje witaminy? Byłaś w aptece?
W łazience huczała pralka. Trzeci raz tego dnia. Marcel prał codziennie, bo miał tylko dwie pary spodni, a jedną — tę lepszą — zakładał na „rozmowy”, które jakoś nigdy nie dochodziły do skutku.
— Nie byłam — powiedziałam, wchodząc do kuchni. — Witaminy kosztują sto dwadzieścia złotych. Twój serek topiony z ziołami — osiem. Do pierwszego zostało mi trzysta sześćdziesiąt złotych na cały tydzień.
Z pokoju dobiegł huk. Marcel grał w strzelankę, klnąc pod nosem, co chwilę poprawiając słuchawki. Miał dwadzieścia trzy lata. Iga — dziewiętnaście i szósty miesiąc ciąży.
— No mamo, błagam cię! — Iga oparła się o framugę, podtrzymując brzuch, chociaż jeszcze tydzień temu biegała po schodach. — Ginekolog powiedziała, iż kwas foliowy to minimum. Chcesz, żeby twój wnuk urodził się z wadą cewy? I w ogóle prosiłam o mięso mielone, a nie jakąś łopatkę. Marcel po łopatce ma zgagę.
Otworzyłam kran. Woda leciała zimna, bo bojler znowu nie dogrzał — Marcel wczoraj brał kąpiel przez godzinę, „dla relaksu, bo nerwy nie te”. Wytarłam ręce w ścierkę, na której jeszcze rano widniał ślad po jego kawie zbożowej.
— jeżeli Marcel chce dobrego mięsa, może zejść na dół, do Lidla, i kupić je za własne pieniądze.
— On szuka pracy! — głos Igi skoczył o pół oktawy. — Wszędzie oferują grosze, po osiemnaście złotych za godzinę! On nie po to skończył kurs na trenera personalnego, żeby teraz roznosić ulotki! Potrzebuje czasu, żeby się odnaleźć. Jak facet nie ma przestrzeni, to się wypala. Chyba nie chcesz, żeby ojciec twojego wnuka chodził na terapię?
Z telewizora ryknął wybuch. Potem zapadła podejrzana cisza. Marcel musiał usłyszeć, iż mowa o nim, bo po chwili w korytarzu skrzypnęła podłoga — uciekł do łazienki, żeby nie słuchać dalej.
Wyjęłam z lodówki garnek z zupą pomidorową, wczorajszą. Postawiłam na gaz. Płomień zaskoczył z trzaskiem.
Marcel zjawił się w kuchni po dziesięciu minutach. Nie zapukał, nie przywitał się. Usiadł ciężko, wciągnął brzuch, wyciągnął talerz.
— Nie ma pieczywa? — spytał, patrząc na pajdę chleba, którą położyłam obok. — Prosiłem o bułki z ziarnami, te z Biedronki. Takie świeże, chrupiące.
Zgasiłam gaz. Nie trzasnęłam palnikiem. Po prostu go przekręciłam — wolno, do oporu, aż zapadła cisza tak głęboka, iż Marcel przestał żuć.
— Od jutra — powiedziałam cicho — obowiązują nowe zasady.
— Jakie zasady? — Iga uniosła głowę znad telefonu.
Marcel przełknął. Głośno.
— Wy w tej chwili gawędzicie w moim mieszkaniu — ciągnęłam. — W moim. Kupionym za moje pieniądze z dwudziestu dwóch lat pracy w przychodni jako rejestratorka. Czynsz, prąd, gaz, internet, jedzenie — wszystko z mojego konta. choćby papier, na którym Marcel drukuje niby-CV, jest mój. I póki co mam zamiar płacić dalej, bo mieszka tu moja córka. Ale od jutra to mieszkanie przestaje być darmowym hotelem.
Iga poruszyła ustami, jakby chciała coś powiedzieć, ale Marcel ją ubiegł. Podniósł się z krzesła, talerz zostawił, serwetkę zgniótł w dłoni. Popatrzył na Igę, potem na mnie, z takim wyrazem, jakbym to ja wtargnęła do jego domu.
— Warunki są trzy — powiedziałam. — Po pierwsze, Marcel zaczyna płacić za siebie od następnego tygodnia. Nie musi od razu pół czynszu. Wystarczy trzysta złotych na jedzenie. Trzysta. To mniej niż jedna sesja u psychologa, gdyby się wypalił.
Marcel sapnął. Chyba chciał powiedzieć, iż trzysta to dużo, ale Iga zaczęła pierwsza:
— Mamo, on nie ma dochodów! Z czego weźmie trzysta złotych?
— Po drugie — nie dałam się wciągnąć. — Dwie godziny dziennie, w tym co najmniej godzina między ósmą a piętnastą, Marcel spędza poza mieszkaniem. Może chodzić. Może siedzieć w bibliotece. Może dzwonić do pracodawców. Gdziekolwiek, byle nie na tej kanapie. W ten sposób buduje sobie „przestrzeń", o którą tak walczysz.
— On nie może — Iga pokręciła głową, a brzuch, naciągnięty bluzą Marcela, zakołysał się razem z nią. — On ma lęk przed oceną. Nie rozumiesz?
— Rozumiem lepiej, niż ci się wydaje. Po trzecie — wyjęłam z szuflady klucz, stary, do piwnicy, i położyłam na stole, obok talerza Marcela. — Od jutra zakupy robię z waszą listą. Wszystko, co na niej jest, kupuję. Ale do budżetu dokładacie wszystko, co kosztuje więcej niż dziesięć złotych i ma w składzie cukier.
— Cukier? — Marcel mruknął, jakbym mówiła o czymś wstydliwym.
— Cukier. Bo na mojej liście zostaje chleb, masło, ser, jajka, mąka. A na twojej liście — bułki z ziarnami i serki topione. Jak dołożysz, to kupię.
Tego wieczoru nie jedliśmy razem kolacji. Iga obraziła się i zamknęła w pokoju. Marcel zniknął w łazience na pół godziny, a potem wrócił przed telewizor. W nocy słyszałam, jak w kuchni otwiera się lodówka — sprawdzał, czy nie ma czegoś lepszego niż pomidorowa.
Następnego ranka wstałam o szóstej. Na stole leżała kartka, wydarta z zeszytu, w kratkę. Pismo Marcela — krzywe, zamaszyste, jakby pisał w biegu:
„Nie mogę żyć pod jednym dachem z osobą, która wycenia moje życie na trzysta złotych.”
Iga jeszcze spała, gdy złożyłam kartkę na cztery części i schowałam ją do kieszeni fartucha. Tak, żeby wiedzieć, iż to naprawdę się stało.
Przez cały dzień telefon Igi milczał. Wróciła z pracy z miną, jakby ktoś ją zdradził. Marcel nie odbierał. Napisał jej tylko SMS-a: „Muszę pobyć sam. Twój dom, twoje zasady, twój problem.” Mnie nie napisał nic.
Wieczorem Iga powiedziała, iż on śpi u kolegi. Nie zapytała o zasady. Nie zapytała o jedzenie. Wzięła z lodówki jogurt, zjadła, wyszła do siebie.
Czekałam trzy dni. Trzeciego dnia, kiedy znów nie przyszedł, wyjęłam z komody segregator z rachunkami. Odłożyłam kwity za prąd, za gaz, za internet. Wypisałam listę tego, co Marcel zostawił: bluzę, ładowarkę, pudełko po butach z kablami, pustą puszkę po energetyku. Położyłam wszystko w kartonie pod drzwiami. Na wierzchu — skarpetki, jedną parę, bo drugiej pary nie znalazłby i tak.
Nie wyrzuciłam. Wynieść karton nie było ani trudno, ani smutno. Było po prostu rano, a ja miałam dyżur na osiem godzin, i nie zamierzałam brać urlopu, żeby czekać na faceta, który nie zapłacił choćby za te serki.
Czwartego dnia wieczorem Iga weszła do kuchni. Brzuch niosła już inaczej — jak coś, co trzeba chronić przed przeciągiem. Usiadła naprzeciwko mnie, chwilę milczała.
— Napisał, iż wraca, jak przeprosisz.
— Za co przeproszę?
— Za to, iż go upokorzyłaś. Że potraktowałaś go jak darmozjada.
Miała w ręce kubek z herbatą, ale nie piła. Kręciła nim tylko, powoli, jakby chciała, żeby herbata wystygła szybciej, niż ona sama zdąży coś powiedzieć.
— Dobrze — powiedziałam. — Może wrócić. Jak podpisze.
— Co podpisze?
Wstałam. Z tej samej szuflady, w której trzymałam klucz do piwnicy, wyjęłam kartkę A4. Dwa akapity. Zwięzłe, konkretne, bez litości.
— Umowę najmu. Pół czynszu za pokój — to jest czterysta pięćdziesiąt złotych, jego połowa. Do tego jego połowa rachunków, mniej więcej sto pięćdziesiąt. I dopłata do jedzenia, sto złotych. Razem wychodzi siedemset. Jak chce, może to traktować jako coś, co go nie upokarza, tylko porządkuje.
Iga odłożyła kubek. W końcu się napiła. Przełknęła głośno.
— Przecież on nie zapłaci.
— Więc nie wróci. I wtedy ten problem sam się rozwiąże.
Następnego dnia, w piątek, o siedemnastej dwadzieścia, Marcel stanął w drzwiach z reklamówką z Biedronki. W reklamówce — serki topione z ziołami, bułki z ziarnami, paczka kawy. Położył wszystko na ławie w przedpokoju. Nie zdjął butów.
— Nie mam siedmiuset złotych — powiedział. — Mam dwieście. Mogę dać dwieście i zmywać naczynia.
— Umowa mówi o siedmiuset — odparłam, nie podnosząc głosu. — Ale w porządku. Jako kaucję mogę przyjąć te zakupy. Zostaw je.
Marcel wciągnął powietrze, jakby chciał się kłócić. Ale co miał powiedzieć? Stał tak z tą torbą, z bułkami, które pachniały tak, jak wszystko, czego nie potrafił zrobić sam.
Iga stanęła przy nim. Młoda, ciężarna, przestraszona. Kąciki ust miała suchsze niż zwykle, a brzuch przyciskała do jego biodra, jakby chciała, żeby coś się stało.
— To jak? — zapytała.
Marcel odwrócił się i wyszedł. Zostawił torbę. Zostawił serki. Zostawił drzwi uchylone, tak iż z klatki wpadł zapach sąsiedzkiej kapusty i mokrego psa.
Iga stała chwilę z ręką na klamce, jakby chciała pobiec za nim. Potem zamknęła drzwi. Sama. Powoli, ale zdecydowanie, aż zatrzasnęła się zasuwka.
Tego wieczoru wróciła po dwudziestej. Sama. Wniosła do kuchni sok, chyba marchewkowy. Wypiła przy oknie, patrząc na podwórko. Piętnaście po dwudziestej drugiej dostała SMS-a, ale nie pokazała mi treści. Przeczytała go dwa razy, odłożyła telefon ekranem do blatu i powiedziała tylko:
— Nie odpiszę.
W sobotę rano wyszłam do apteki kupić witaminy. Za sto dwadzieścia złotych. I wracając, wstąpiłam do sklepu po ten serek topiony z ziołami. Wzięłam dwa. Postawiłam na półce w lodówce, obok mleka.
— Przecież on nie wróci — powiedziała Iga, patrząc na nie z korytarza.
— Więc zjemy same.
Nie zjadłyśmy od razu. W poniedziałek Marcel napisał z nieznanego numeru, iż zabiera rzeczy. Przyszedł pod nieobecność Igi, po cichu, jakby robił coś wstydliwego. Zabrał karton spod drzwi, a ładowarkę wrzucił do kieszeni, ale zanim wyszedł, policzył coś w portfelu. Długo. Potem zamknął drzwi tak cicho, iż aż usłyszałam, jak dotyka klamki dwa razy.
Tego popołudnia usiadłyśmy z Igą przy stole i przerobiłam umowę. Skreśliłam jego imię, wpisałam jej. Pokój zostawał ten sam, w którym mieszkała od zawsze — drugi, mniejszy, obok mojego, z oknem na podwórko. To do niego miała wstawić łóżeczko, kiedy przyjdzie czas. Trzeci pokój, ten po drugiej stronie korytarza, stał pusty od śmierci babci — nikt go nie używał, tylko zbierał kurz na starej kanapie.
— Wynajmę go — powiedziałam. — Studentce, tej z bloku naprzeciwko, co pytała o pokój w zeszłym miesiącu. Trzy miesiące, może dłużej. Będzie dokładać do rachunków, a mnie ubędzie o jedną osobę do wyżywienia.
— A jak dziecko będzie płakać po nocach? — spytała Iga. — Ona się nie wkurzy?
— To ustalimy. Na razie mam wolny pokój i pustą listę najemców. Wolę mieć w domu kogoś, kto płaci i puka, zanim wejdzie, niż kogoś, kto je moje jajka i nie płaci za nic.
Iga podpisała się niżej, pod moim podpisem. Ręka jej lekko drżała, ale litery wyszły równe.
— Przesadzasz z tą studentką — mruknęła, odkładając długopis.
— To nie przesada. To budżet.
Wieczorem, gdy Iga już spała, wyjęłam z kieszeni fartucha złożoną na cztery kartkę Marcela. Rozprostowałam ją na stole, obok nowej umowy z dwoma podpisami — moim i córki. Leżały tak przez tydzień pod solniczką, kartka obok kartki, jak dwa świadectwa tego samego zdarzenia. Aż pewnego ranka, przy otwartym oknie, ta pierwsza sama spadła z parapetu. Wyrzuciłam ją z obierkami ziemniaków, nie zastanawiając się nad tym ani chwili dłużej, niż trzeba.
Studentka wprowadziła się w środę. Miała jeden karton książek i czajnik. Zapłaciła z góry, dwieście złotych, i zapytała, o której można korzystać z pralki. Iga, słysząc to pytanie z kuchni, roześmiała się pierwszy raz od tygodnia — krótko, ale głośno, tak iż aż podskoczyłam przy garnku.












