Zazdroszczę siostrze do szaleństwa: jej mąż daje jej świat, a ja dźwigam ciężar całej rodziny.

newsempire24.com 1 dzień temu

Śmiertelnie zazdroszczę mojej młodszej siostrze, Katarzynie. Jej życie wygląda jak baśń, w której jest księżniczką, a mąż spełnia każdą jej zachciankę niczym wierny rycerz. A ja, niczym zmęczona Kopciuszek, dźwigam na swoich barkach całą rodzinę, przytłoczona zmęczeniem i beznadzieją. Czasami mam wrażenie, iż jestem najgłupszą i najbardziej nieszczęśliwą kobietą na świecie. Z moim mężem, Piotrem, jesteśmy razem już prawie dziesięć lat. W tym czasie przeszliśmy przez wiele: były chwile szczęścia, ale częściej mroczne czasy pełne wyzwań.

Obecnie przeżywamy jeden z najciemniejszych okresów naszego życia. Rok temu Piotr postanowił zmienić pracę. Obiecywano nam złote góry: stabilny dochód, dobre warunki, świetlaną przyszłość. Rzeczywistość okazała się jednak okrutnym żartem z naszych nadziei. Nowa posada to prawdziwe piekło, gorsze od poprzedniej, a Piotr teraz obwinia mnie za wszystko, jakbym to ja sama pchnęła go w tę przepaść.

— Chciałaś, żebym zmienił pracę? No i co? Zadowolona teraz? — wypomina mi z jadowitym uśmiechem przy każdej okazji.

Kto mógł przewidzieć taki rozwój wydarzeń? Chciałam tylko, żeby się rozwijał, żeby nasza rodzina w końcu wyrwała się z wiecznej biedy. Skąd mogłam wiedzieć, iż to wszystko obróci się w katastrofę? Teraz tonęliśmy w finansowej studni. Moja pensja była jedynym, co utrzymywało nas na powierzchni, bo Piotrowi od kilku miesięcy opóźniają wypłaty. Ledwo wiążemy koniec z końcem, a każdego dnia czuję, jak ten ciężar coraz bardziej mnie przygniata.

Wiosną zeszłego roku zepsuł mi się telefon. Naprawa kosztowałaby prawie tyle co nowy aparat, więc postanowiliśmy odłożyć zakup. Przez kilka miesięcy męczyłam się ze starym tabletem, aż musiałam go oddać do lombardu. Tam trafiły też prawie wszystkie moje złote ozdoby — te nieliczne rzeczy, które przypominały o lepszych czasach. Pieniędzy potrzebowaliśmy natychmiast, więc oddałam wszystko, co miałam. A rzeczy Piotra? Nie, ich nie ruszyliśmy — tylko moje poświęcenia poszły w ruch.

Katarzyna, moja młodsza siostra, ulitowała się nade mną i oddała swój stary telefon, żebym mogła jakoś trzymać się na łączach. Dawałam z siebie wszystko, żeby moja rodzina nie była głodna. Tak, Piotr także pracuje, czasami bierze dodatkowe zlecenia, ale robi to z takim oporem, jakbym go zmuszała do obozu pracy. Za każdym razem trzeba go prosić, niemal błagać na kolanach.

Niedawno mąż Katarzyny, Krzysztof, rzucił mimochodem, iż na Dzień Kobiet zażyczyła sobie najnowszego iPhone’a. Poczułam gwałtowną zazdrość, której się wstydzę, ale nie potrafię jej stłumić. Oni z Krzysztofem wynajmują mieszkanie w Warszawie, jak my z Piotrem, ale u nich wszystko wygląda inaczej. Katarzyna manipuluje mężem jak marionetką: on pracuje wieczorami jako taksówkarz, jeździ na delegacje, oszczędza pieniądze i we wszystkim jej dogadza. Jej pensja to mały skarb, który wydaje tylko na siebie. W zeszłym roku po prostu poszła do butiku i kupiła sobie wspaniałe futro, bo tak jej się spodobało.

— Za mieszkanie, jedzenie i inne sprawy powinien odpowiadać mężczyzna — mówi z pewnością królowej.

Katarzyna jest prawdziwą pięknością. Inwestuje wszystkie swoje pieniądze w siebie: przedłużanie rzęs, perfekcyjny manicure, zadbane brwi, stylowe fryzury, modną odzież i inne kobiece przyjemności. Obok niej czuję się jak szara plama — zaniedbana, niechlujna, zapomniana. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam u fryzjera, a o manicurze nie wspomnę. Wszystko, co zarabiam, idzie na rodzinę, a Piotrowi choćby w głowie nie przyjdzie, żeby przynieść do domu dodatkowy grosz. Każdą dodatkową pracę trzeba z niego wyciągać jak kleszczami.

Ostatnio dostałam wypłatę, a Piotr znowu zasugerował, iż za mieszkanie i jedzenie znowu trzeba będzie płacić z mojej kieszeni. Rozdziera mnie to z bólu: choćby nie próbuje nic zmienić, nie stara się dla nas.

— Przecież wiesz, z pieniędzmi krucho, znowu opóźniają wypłatę — mruknął, gdy zapytałam, co mi kupi na urodziny.

Ale gdy sam nie dostanie prezentu na święto, dąsa się jak dziecko. Zawsze staram się go ucieszyć, znaleźć choć drobiazg, żeby nie czuł się pominięty. A on? Nie oczekuję od niego drogich telefonów czy luksusowych niespodzianek — szczęście przecież nie leży w pieniądzach. Ale choćby prostego gestu uwagi, małego znaku troski się nie doczekam. On tego po prostu nie pojmuje.

Myślałam, iż nasze problemy są tymczasowe, iż to tylko ciemna passa, która niedługo się skończy. Ale teraz widzę: to nie jest passa, ale całe życie. Próbowałam rozmawiać z Piotrem, dochodziło do kłótni, ale on tylko rozkłada ręce: „Opóźniają wypłatę, co mogę zrobić?”

— A gdybyśmy mieli dzieci, jak byśmy wtedy przeżyli? — zapytałam kiedyś w rozpaczy.

Milczał. A ja patrzę na Katarzynę i zazdrość zżera mnie od środka. Wstydzę się tych uczuć, ale one są silniejsze ode mnie. Jej mąż nosi ją na rękach, obsypuje prezentami, kupuje, co tylko zapragnie, a ja wciąż używam jej starego telefonu, który wyrzuciła jako zbędny. Dlaczego niektóre kobiety, takie jak Katarzyna, mają wszystko? Czy to taka szczęśliwa karma? A może to kwestia mężczyzn? Dlaczego dla jednych życie to niekończące się święto, wystarczy pstryknąć palcem, a dla mnie — wieczna szara nuda?

Idź do oryginalnego materiału