Zaostrzony konflikt w rodzinie

twojacena.pl 9 godzin temu

Jak wyobrażasz sobie to, mamo? dopytała Iga, marszcząc brwi. Żebym dwa tygodnie zamieszkała z zupełnie obcym facetem?

Dlaczego z obcym? Przecież to Igor, syn mojej kuzynki Lidy, nasz krewny!

Pamiętasz, jak w dzieciństwie się z nim bawiłaś, kiedy to gościło u nas? odparła mama.

Mamo, mam już prawie trzydzieści! Gdzie jest to dzieciństwo? wtrąciła Iga. Czy znowu chcesz mnie wydać za mąż?

Nie gadaj gówna, to jest krewny! Czekaj na gościa, nic ci się nie stanie zakończyła rozmowę stanowczo i rozłączyła się.

Mama zawsze szanowała więzi rodzinne: rodzina to świętość! Dlatego po prostu wpakowała córce do pokoju trzydziestoletniego Igora, który postanowił przeprowadzić się do stolicy miasta możliwości, czyli Warszawy.

Przyjmij go jak członka rodziny, nie odprowadzaj go z domu, bo rodzina to w Warszawie! rzekła.

Iga, nauczycielka języka polskiego i literatury w liceum, dobrze pamiętała, iż przysłówek po rodzinnej był ulubionym w słowniku nieco ekscentrycznego Iwana Głowca, sławnego z niekoniecznie dobrych czynów, niczym babcia Szapokia.

Zaoferowała mamie, iż sama przygarnie kuzynowskiego brataniego, bo jest taka dobrusieńka. A co dopiero na obcym grzbiecie wsiąść do raju!

Mama mieszkała z tatą w krzyżówkowej kawalerce kawalki z kuriozalnie małą kuchnią, w której nie zmieściłby się choćby rozkładany stół. Nie zamierzała więc pakować Igora do swojego kufra. Ty co, Iga! zawołała.

Iga była już przyzwyczajona do samotności krótkotrwałe małżeństwo nie wchodziło w grę. Ten był studencki i po pół roku się rozpadł: po połowie roku okazało się, iż oprócz niego nic nie zostało.

Na szczęście nie zdążyła zrobić dziecka! z pierwszego męża, który okazał się kompletnym bałwanem, Iga nie chciała.

Wiek dziewczyny zbliżał się do trzydziestu, a męża wciąż nie było. To raczej nie martwiło samą Iga, ale rodziców: ona była zadowolona.

Miała przytulną, dwupokojową mieszkanie z epoki PRLu, odziedziczone po babci. W środku było mnóstwo staroci, ale wszystkie działały: pralka prała, lodówka chłodziła, telewizor grał. Czego chcieć więcej?

Iga zarabiała przyzwoite pieniądze 8000 zł brutto, a w pracy była ceniona. Przyjaciółek nie brakowało, a samotne wieczory wypełniał kot Burek tak nazwany, jak pies z książki o Koziołku Matołku.

Iga przygotowała pokój dla gościa i z niepokojem czekała na przybycie Igora. Mimo zapewnień mamy: Polubi ci się!

Krewny rzeczywiście nie był wcale niczym złym. Rozglądał się po mieszkaniu, zaglądał we wszystkie wspólne przestrzenie, jakby sprawdzał, gdzie będzie sypialnia.

Czego tu szukasz? Nie chcę pytać, czy to złotodiamenty? zapytała gospodyni. Myślisz, iż przywiozłam ci złoty sedes?

Po prostu chcę wiedzieć, gdzie będę mieszkał! odparł mężczyzna.

A jeżeli ci się nie spodoba, nie zostaniesz? dopytała Iga, ciekawość rosła.

Zostanę, ale

Ale co?

Nic!

I tak usiedli przy herbacie i poznawali się. Igor przyniósł do herbaty ciasto, które mama Lida przekazała, i kupił małe, pyszne tortiki. Okazał się nie natrętnym najemcą.

W praktyce mężczyzna był przykładem dobrego lokatora: sam sprzątał po sobie, mył naczynia, potrafił przyzwoicie gotować i nie zostawiał kałuż w łazience. Krótko mówiąc, był przyzwyczajony do kuwety.

Dzięki cioci Lidzie i pierwszej żonie Igora nie wiadomo, kogo bardziej facet był już rozwiedziony.

Nie żartujesz? zdziwiła się koleżanka Larka, gdy Iga opowiadała o swoim współlokatorze. To gotowy mąż, bierz go!

Larka wiedziała, o co chodzi: z Levkiem rozwiodła się właśnie przez takie sprawy.

Ale my to rodzina! Poza tym nie podoba mi się! odparła Iga.

Co wy, rodzina? To jak siódma woda w kisielu! Jak ci nie może się podobać? On chyba?

No, chyba nie! Igor był całkiem przystojny, choć nie w typie Igi.

Mimo to nie trafił w jej gust: nie mieli żadnych wspólnych punktów. Nie zgrywały im się rytmy: ona była sową, on skowronkiem.

Dziewczyna wolała spokojne tempo, kierując się wschodnią mądrością: śpiesz się powoli.

Gość był pełen energii i kreatywności: ciągle musiał ruszać naprzód, a serce miał jak silnik płonący. To był właśnie Igor.

W pierwszym dniu zaciągnął Igę do teatru, kupując bilety online. Iga nie chciała go odrzucać od pierwszego spotkania, więc poszła, choć teatr nie był jej ulubionym miejscem.

Tak, są tacy ludzie. I nie jest ich mało, choć przyznają się rzadko.

Iga kochała stare spektakle, które oglądała w internecie. Nowoczesne interpretacje klasyki jej nie przyciągały. Nie podobała jej się brak zasłony, współczesne kostiumy i niezrozumiałe wypowiedzi aktorów. I co więcej akcja nie rozgrywała się w naszym czasie! Reżyser miał inne zdanie. Dzięki za to, iż nie pokazali organiki na scenie!

Igor był zachwycony i po powrocie do domu próbował udowodnić, iż Iga się myli, gorąco argumentując.

Zamiast przekonać ją, wprowadził ją w stan irytacji: po raz pierwszy od dawna ktoś próbował narzucić jej cudzą opinię, a ona miała swoją własną!

Nie rozumiesz? To nowe, progresywne spojrzenie! podgrzewał Igor.

Po co mi nowe? odpowiedziała spokojnie Iga. Stare mi w zupełności wystarcza!

Jak? zdziwił się mężczyzna. To przecież ruch naprzód!

Zaczął wywodzić o postępie i o mieście możliwości Warszawie! Opowiadając o wielkich planach, które miałby zrealizować.

A u Igi w domu był głodny kot Burek

Kotek od razu schował się pod łóżkiem tak zawsze robił, kiedy coś mu nie odpowiadało. Wyglądało na to, iż Igor nie spodobał się choćby kotu.

Trzydziestoletni gość zaczął aktywnie wkraczać w życie rodziny, nie tylko w obowiązki domowe!

Drugiego dnia kupił nowy dywan i wyrzucił stary, leżący na klatce schodowej. Iga po prostu przyjęła tę nowość, bo zrobił to po cichu, nie tłumacząc się.

Potem w kuchni pojawił się nowy garnek: stary był niewygodny do gotowania kaszy, bo przywierał do dna!

Iga nie reagowała: rano piła kawę z kanapką, a Igor kupił garnek dla siebie, wolał pełne śniadania, a nie tę papkę. Iga milczała.

Gość zaproponował zapłacić za media: Ja będę korzystać z wody i prądu! To idealny mężczyzna!. Iga odmówiła, dostrzegając w tym próbę wparcia się w jej przestrzeń.

Skąd, przepraszam, miałbyś płacić za mieszkanie? jeżeli nie zamierzasz wyjść z własnego pokoju!

Omijmy to, Igorze Maksymowiczu!

Nie myślcie, iż krewny spędzał całe dni w bezczynności: aktywnie szukał pracy! Rozsyłał liczne CV i uczęszczał na mnóstwo rozmów kwalifikacyjnych coś wisi w powietrzu!

Gdy dwa tygodnie pobytu Igora u Igi dobiegły końca, zaczęło mu się od nosa lać, kaszlnął i pokryła twarz wysypka. To było pod koniec dwutygodniowego pobytu.

Nikt jednak nie wyjechał. Wręcz przeciwnie, gość odważył się choćby krzyczeć na Igę: Dlaczego w butach wpadłaś do kuchni? Trudno rozwiązać się w butach, co?

Albo Po co kupiłaś ten proszek do prania? Nie da się go wypłukać z ubrań!.

Iga poczuła się jak okrągła d…ra. Myślała, iż to nie ona jest gospodarzem, a Igor a ona i Burek jesteśmy tylko tymczasowymi najemcami w jego domu.

Kot dalej ignorował Igora i wychodził spod łóżka tylko wtedy, gdy go nie było.

W końcu Igor odebrał telefon: przyjęto go do pracy! w końcu! krzyknęła Iga, licząc dni, bo Igor zaczynał jej doskwierać. Był ładny, schludny, ale zupełnie obcy facet z własnymi przyzwyczajeniami.

Nowa posada była całkiem przyzwoita, choćby pod warszawskim względem, i Igor podzielił się euforią z gospodarzem, nie wspominając, iż zamierza się wyprowadzić.

Iga, przełamując uprzejmość, zapytała go: Czy nie zmęczyli cię już gospodarze, drogi człowieku?

Rozmowa została umówiona na jutro, a Igor miał jutro badanie lekarskie, bez którego nie mógł rozpocząć pracy.

Następnego dnia Iga wróciła z pracy i zobaczyła pięknie nakryty stół.

Czy to pożegnalna kolacja? Dzięki Bogu! pomyślała Iga. Nie będę musiała prowadzić niewygodnej rozmowy! I od razu poprawiło się jej samopoczucie

Igor zawsze był w dobrym humorze, więc przy stole panowała świąteczna atmosfera. Najpierw mężczyzna nalał wina i zaczął mówić.

Nagle Iga usłyszała: Postanowiłem ci zrobić propozycję!. Tak, nie o pracę, a o rękę i serce! I nie przejmujmy się, iż jesteśmy krewnymi.

Myślę, iż moglibyśmy być dobrą parą! mówił Igor, podnosząc kieliszek. Nie jestem ci wbrew! Jesteś mi też sympatyczna! W naszym wieku trzeba podchodzić do małżeństwa rozważnie!

Mamy już wszystko: mieszkanie i dobrą pracę! Miłość w małżeństwie to tylko przeszkoda: wszystko powinno opierać się na szacunku! A my się szanujemy!

Iga słuchała tego bełkotu, otwierając usta, gdy nagle z pod łóżka wyskoczył Burek! Czy to dlatego, iż mu się znudziło, czy ma własne kocie sprawy, czy w końcu zaakceptował Igora?

Masz kota? zdziwił się gość.

No tak! odpowiedziała Iga. Ty dopiero go widzisz?

To mój pierwszy raz! O cholera, mam alergię na sierść kotów! Dzisiaj lekarz postawił mi diagnozę alergii! A skąd?

Przecież w toalecie stoi kuweta, nie zauważyłeś? Zawsze wszystko dostrzegasz!

Przedstawiłeś się, a ja tego nie zauważyłem! Musimy coś z tym zrobić!

Czy lekarz ci coś przepisuje? Zaczynaj przyjmować!

Przepisuje, ale trzeba nie tylko leczyć objawy, ale wyeliminować przyczynę! Tak radzi lekarz!

Co to znaczy wyeliminować przyczynę? zapytała gospodyni.

Dosłownie! Nie dam się żyć w tym samym mieszkaniu z kotem!

Kto cię tak zmusza? Nie mieszkaj!

Co to znaczy nie mieszkaj? Ślub?

Jaki ślub, Igorze? Czy twoja alergia wpadła ci w mózg?

Nasza! przekonywał zdeterminowany Igor. A kot temu będzie przeszkadzał!

Proponujesz go uśmiercić! wykrzyknęła Iga.

To opcja! Mogę za to zapłacić! zaproponował kawaler.

Lepiej ja go uśmiercę! odparła po chwili ciszy dziewczyna. Ty! I przestań na mnie patrzeć, odchodź! Mówię to tobie, nie Burekowi!

Igor wypił wino i wstał od stołu, na pożegnanie rzucając: Nie sądziłem, iż będziesz tak prymitywna!

I wzajemnie! odparła Iga z ulgą.

Po jego wyjściu z kuchni zniknął garnek. Pozostał dywan, bo nie dało się go nieść.

Zadzwoniła mama: Jak mogłaś go wypędzić? Plutonik już narzeka!.

Chciał, żebym się o niego ożeniła! jeżeli jesteś taka dobra, sama wyjdź! On mi się nie podoba! krzyknęła Iga i rozłączyła się.

Nikt już nie oddzwonił: sprawa chyba zamknięta. A może następnym razem jakiś krewny będzie miał alergię na nią, Igo?

Historia zna przypadki, kiedy mężczyzna uczulony był na łupież żony. To nie kończyło się dobrze.

A wy, drogie mamy, następnym razem, gdy chcecie pomóc, przyjmujcie krewnych do siebie: kto wymyślił, ten i prowadzi. I Iga z Burekiem mają się całkiem nieźle.

Idź do oryginalnego materiału