Wiktor Sroka miał czterdzieści jeden lat i pustkę, której nie umiał nazwać. Od dwóch lat wynajmował mieszkanie na Ochocie, jeździł Skodą Octavią rocznik 2014 i pracował jako kierownik zmiany w hurtowni budowlanej pod Piasecznem. Rozwód z Martą przeszedł spokojnie, bez awantur, prawie jak formalność – i właśnie ta cisza go dobijała najbardziej. Nagle miał czas. Wieczory bez córki, która co drugi tydzień mieszkała u niego, ciągnęły się jak guma do żucia.
Pewnego wtorku, wracając z pracy przez Rondo Zesłańców Syberyjskich, zauważył szyld: "Klub Herkules – siłownia i trening siłowy". Stał tam już z rok, ale dopiero teraz przeczytał go do końca.
Wszedł następnego dnia. W recepcji pachniało chlorem z basenu obok i kawą z automatu za dwa złote pięćdziesiąt. Za ladą siedziała dziewczyna z tabletem, obok na ścianie wisiał kalendarz zawodów federacji trójboju siłowego na ten sezon.
– Szukam trenera – powiedział Wiktor, sam zaskoczony, iż to mówi na głos.
Skierowała go do sali na dole, gdzie mężczyzna po pięćdziesiątce, w spranej bluzie z napisem "Herkules Team", układał talerze na sztandze. To był Robert Zalewski – jak się później okazało, jeden z najbardziej rozpoznawalnych trenerów przysiadu i martwego ciągu w promieniu stu kilometrów od Warszawy.
– Chcę spróbować – powiedział Wiktor. – Nigdy nie trenowałem poważnie. Ale mam czas i chcę go wykorzystać, zanim znowu go zabraknie.
Robert popatrzył na niego dłużej, niż trzeba było.
– Ile masz lat?
– Czterdzieści jeden.
– To dobry wiek na zaczynanie czegoś, co się wcześniej odkładało.
Zaczęli od jednego ciężkiego treningu w tygodniu – wtorki, godzina osiemnasta. Reszta dni to był sen, jedzenie o stałych porach i spacery z psem sąsiadki, którego Wiktor wyprowadzał, bo staruszka z parteru miała problemy z kolanem. Pies, kundelek imieniem Budyń, czekał pod drzwiami punktualnie o siódmej rano i warczał na listonosza tak samo zawzięcie każdego dnia – to było jedyne w życiu Wiktora, co nie wymagało od niego decyzji.
Po dwóch miesiącach Robert powiedział wprost:
– Masz predyspozycje do przysiadu. Rzadko to widzę u ludzi, którzy zaczynają po czterdziestce. Możesz spróbować normy Mistrza Sportu w federacji.
Wiktor się roześmiał, bo to brzmiało jak żart z liceum. Ale w środku coś drgnęło – to samo miejsce, które w dzieciństwie chciało zostać zawodnikiem, zanim ojciec powiedział, iż sport to strata czasu, i zapisał go na korepetycje z matematyki zamiast na zapasy.
Zawody odbywały się w soboty, w hali sportowej w Piotrkowie Trybunalskim i potem w Radomiu. Przez sześć tygodni Wiktor pojechał na dwa turnieje, wykonał normę Mistrza Sportu w przysiadzie i cztery normy Kandydata na Mistrza Sportu w pozostałych bojach. Marta, kiedy się dowiedziała, zapytała tylko:
– A córka wie?
– Zabiorę ją na ostatnie zawody. Niech zobaczy, iż ojciec czasem coś kończy, a nie tylko zaczyna.
Ostatnie zawody cyklu miały się odbyć w niedzielę, w hali przy ulicy Wschodniej w Radomiu. Wiktor przyjechał w sobotę wieczorem, zameldował się w hoteliku za sto dziewięćdziesiąt złotych za dobę, zjadł rosół w barze mlecznym obok dworca i długo nie mógł zasnąć – nie ze stresu, tylko dlatego, iż w telewizorze w pokoju leciał powtórka meczu Legii sprzed dziesięciu lat, a on nie miał siły wstać i wyłączyć.
Rano zjawiła się Ania, jego dziewięcioletnia córka, przywieziona przez Martę. Stanęła przy barierce, w czapce z pomponem, bo w hali było chłodno mimo września, i patrzyła, jak ojciec podchodzi do sztangi obciążonej na sto sześćdziesiąt kilogramów.
Pierwsze podejście – zaliczone. Drugie – sędzia dał czerwone światło za zbyt płytki przysiad, i Wiktor, wstając ze sztangą na plecach, poczuł, jak coś w kolanie strzyka nieprzyjemnie. Robert podszedł do bariery, powiedział coś krótko, bez zbędnych słów, tylko: "Trzecie podejście albo nic. Decyduj". Wiktor spojrzał na córkę. Ania nie machała, nie krzyczała – stała nieruchomo, ściskając w ręku bilet wstępu, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie.
Trzecie podejście. Sto sześćdziesiąt pięć kilogramów. Wiktor podszedł do sztangi, poczuł chłód metalu przez pasek, wciągnął powietrze i zszedł w przysiad głębiej, niż zamierzał – bo wiedział, iż to jedyny sposób, żeby sędzia nie miał wątpliwości. Wstał. Trzy białe światła.
Norma Mistrza Sportu – druga w tym cyklu, tym razem w kategorii open.
Po zawodach, w szatni pachnącej magnezją i mokrymi ręcznikami, Wiktor usiadł na ławce i długo patrzył na medal, który leżał obok butelki wody. Robert wszedł, usiadł obok, milczał chwilę.
– Trzy turnieje w sześć tygodni to za dużo dla organizmu w twoim wieku – powiedział w końcu. – Wiesz o tym.
– Wiem.
– I zrobiłbyś to jeszcze raz?
Wiktor nie odpowiedział od razu. Za oknem szatni słychać było, jak ktoś na parkingu zapala silnik i głośno gra z radia stacja RMF, piosenka, którą znał z dzieciństwa.
– Miałem gdzieś w środku miejsce, które czekało na to od trzydziestu lat – powiedział. – Ojciec zabrał mi wtedy zapasy, bo mówił, iż to nie zawód dla poważnego człowieka. Umarł, zanim zdążyłem mu udowodnić, iż się mylił. Nie mogę cofnąć czasu. Ale mogę przestać czekać na jego zgodę, której już nikt mi nie da.
Wyjął z torby teczkę – tę samą, w której trzymał dokumenty rozwodowe – i położył na niej dyplom klubowy z podpisem federacji, potwierdzający normę. Nie po to, żeby komuś coś udowodnić. Po prostu przestał trzymać w tej teczce tylko rzeczy, które przypominały mu o stratach.
Ania podeszła, usiadła obok, oparła głowę o jego ramię, pachnącą magnezją koszulkę.
– Następne zawody kiedy? – zapytała.
– Za jakiś czas. Muszę dać kolanu odpocząć.
– A jak nie dasz odpocząć?
Wiktor się uśmiechnął, schował dyplom do teczki, zapiął ją i wstał.
– To znowu je do czegoś zmuszę. Ale tym razem będę wiedział, dlaczego to robię.












