Ojciec ożenił się drugi raz, kiedy miałem trzynaście lat. Moja siostra Basia dwa lata mniej. O macochach wiedzieliśmy jedno: zabierają mieszkania, trują jabłkami i każą spać przy piecu. Tak mówiły dziewczyny z podwórka.
Przyjechała do nas autobusem z Chełma. Miała ze sobą torbę cukierków, słoik miodu i dwa białe pudle na smyczach. Psy od razu naszczekały na wycieraczkę, a ona stała w progu jakby czekała, aż ją wpuścimy. Ojciec powiedział: „to jest Halina”. Nie powiedziałem nic. Basia schowała się za moimi plecami i trzymała mnie za rękaw tak mocno, iż zostały ślady.
Nie podziękowałem za cukierki. Specjalnie.
W domu od śmierci mamy minęły dwa lata i wszyscy nauczyliśmy się chodzić cicho. Zasłony były zaciągnięte, bo ojciec mówił, iż słońce go męczy. Telewizor stał ciemny, jakby umarł razem z nią. Pachniało wilgocią i nieużywaną kuchnią.
Halina pierwszego ranka otworzyła wszystkie okna. Zrobiła to o siódmej, kiedy jeszcze leżałem w łóżku i udawałem, iż śpię. Usłyszałem, jak odsuwa zasłony, potem radio w kuchni — jakaś stara piosenka ze skrzypcami. Zerwałem się wściekły. Po co to wszystko? Przecież my tu nie tańczymy, my tu czekamy, aż ojciec wróci z pracy i znowu będzie patrzył w ścianę.
Ale ojciec tamtego ranka zszedł na śniadanie pierwszy raz od dawna. Zjadł trzy kanapki. Zjadł i nie powiedział ani słowa, tylko patrzył na biały ser i pomidory.
Halina nie próbowała być moją matką. Nigdy nie kazała mówić do siebie „mamo”. Mówiłem do niej po imieniu. Czasem mówiłem „proszę pani”. Nie protestowała. Gotowała zupy, które śmierdziały na cały blok — kapuśniak, ogórkowa — i nagle wracały zapachy, których nie pamiętałem od pogrzebu. Uczyła się naszych rzeczy: iż Basia nie je cebuli, iż ja chodzę boso po domu, iż ojciec pali przy otwartym oknie, bo mama nie znosiła dymu.
Stała raz przy fotografii mojej matki. Tej dużej, w kuchni, przy kalendarzu z Matką Boską. Zamarłem w drzwiach. Myślałem: teraz ją zdejmie, włoży do pudełka, powie, iż przecież już nie ma po co trzymać. Wziąłem oddech i pięści same mi się zacisnęły.
A ona wyjęła ścierkę z szuflady. Starła kurz z ramki. Przesunęła palcem po szklanej tafli, tam gdzie zostały smugi. Potem poprawiła kalendarz, żeby nie zasłaniał twarzy mamy. I wróciła do obierania ziemniaków.
Wtedy pierwszy raz pomyślałem, iż może się myliłem.
Miała na imię Halina. Czterdzieści jeden lat. Pracowała jako kucharka w szkolnej stołówce, na zmiany. Po ośmiu godzinach przy garach wracała do domu i robiła nam kolację. Ojciec powoli przestawał wyglądać, jakby ktoś mu ukradł powietrze. Zaczął wychodzić z nami na spacery nad zalew. Halina szła z tyłu z tymi swoimi pudlami, a my z Baśką pierwszy raz od lat wygłupialiśmy się jak dzieci, bo w końcu mieliśmy na to pozwolenie.
Dwa lata później ojciec nie wrócił z delegacji. Auto wpadło do rowu pod Kraśnikiem. Deszcz, noc, nikt nie widział. Policjant przyszedł rano, zdjął czapkę w progu. Halina trzymała się futryny i pytała: „na pewno?”. Trzy razy.
Myśleliśmy, iż wyjedzie. Ostatecznie nic jej tu nie trzymało. Nie była naszą matką, nie miała u nas majątku, mieszkanie było ojca, a po ojcu — nasze. Spodziewałem się, iż spakuje walizkę i zniknie. Basia w nocy płakała, iż zostaniemy sami, iż pójdziemy do domu dziecka, iż nikt nas nie zechce.
Halina została.
Brała nadgodziny. Po stołówce szkolnej dorabiała w pizzerii przy ulicy Piłsudskiego, na zmywie. Wracała po dwudziestej drugiej z torbą warzyw z dyskontu i siadała na taborecie, żeby zjeść zimny kotlet. Pieniędzy było mało, ale nigdy nie zabrakło nam butów na zimę i podręczników. Na Wielkanoc upiekła dwa mazurki, chociaż wiem, iż było ją stać na pół. Stała przy kuchence, mieszała polewę i puszczała „Trójkę” w radiu, żeby nie było słychać, iż płacze po ojcu po nocy.
Zatańczyła ze mną na weselu mojej siostry. Basia popłakała się przy poprawinach i powiedziała do Haliny: „tyś nas uratowała”. Halina oddała jej swój kieliszek, bo Baśce skończyła się wódka. Taka była. Nie umiała przyjmować podziękowań, robiła wszystko, żeby odwrócić od siebie uwagę.
Dopiero później, przy kredycie na moje studia, wyszło na jaw. Bank odmówił. Nie miałem zdolności. A Halina położyła na stole plik banknotów i powiedziała, iż odkładała odkąd ojciec zginął. Dwadzieścia trzy tysiące złotych. W reklamówce po warzywach. Pieniądze śmierdziały kapustą i papierosami.
— To twoje — powiedziała. — Ucz się.
Zostałem prawnikiem. Basia zrobiła kurs pielęgniarki i pracuje w szpitalu papieskim na odcinku. Halina na moją przysięgę adwokacką przyszła w kapeluszu, który kupiła w lumpeksie za osiem złotych. Mówiła, iż to najdroższy kapelusz w jej życiu.
A potem zachorowała. Trzustka. Lekarz powiedział: miesiące, nie lata. Siedziałem przy jej łóżku, kiedy prosiła: „nie płacz nade mną. Śmiej się. Ja kocham śmiech”. I ja się śmiałem. Opowiadałem jej, jak pudle zjadły ojcu skarpetki, jak Basia zgubiła się na odpuście w Krasnobrodzie, jak raz próbowałem uciec z domu, bo Halina kazała mi zmywać naczynia. Pokładała się ze śmiechu, a rurki jej się trzęsły. Umarła w niedzielę, w samo południe, akurat przestał padać deszcz.
Pochowaliśmy ją w Zamościu, pod brzozami. Sama wybrała to miejsce. „Żeby był cień”, powiedziała.
W zeszłym tygodniu poszedłem na cmentarz sam. Bez Basi, bez kwiatów. Zabrałem trzy rzeczy. Białe róże dla matki. Stare krzyżówki dla ojca — zawsze je rozwiązywał po pracy. A dla Haliny — torebkę landrynek ze sklepu przy rynku, tych najtańszych, z cukrem na wierzchu.
Położyłem je na płycie i od razu usiadłem na ławce naprzeciwko.
Siedziałem długo. Obgryzałem skórkę przy paznokciu, tak jak robiłem w dzieciństwie, kiedy bałem się cudzych ludzi. A potem zawiadomiłem notariusza. Ufundowałem stypendium jej imienia dla dzieci z domu dziecka — jedenaście tysięcy rocznie, tyle, ile trzeba na mieszkanie w akademiku i podręczniki. Pierwszą umowę podpisałem w kancelarii przy ulicy Pereca.
Notariusz spytał, czy to na cześć matki.
— Nie — powiedziałem. — Na cześć kobiety, która nie musiała nas kochać.
Podałem mu dowód i złożyłem podpis. Ręka mi nie drżała. Wiedziałem, iż Halina by się uśmiechnęła, ale nie taka tańcząco. Tak spokojnie, jak wtedy przy fotografii. Jak ktoś, kto właśnie znalazł w kieszeni pięciozłotówkę i nie powie o tym nikomu.
Poszedłem na przystanek. Czekał autobus do centrum. Wsiadłem i usiadłem przy oknie. Słońce wyszło zza chmur. Ciepło na twarzy. Jak wtedy, tamtego pierwszego ranka, kiedy otworzyła wszystkie okna.














