Nie zapytała, czy mam plany. Nie zapytała, czy mi pasuje. Oznajmiła.
Powiedziała, iż powinnam u niej być. Że tak będzie bezpieczniej. Że nie jest dobrze, kiedy „młoda kobieta zostaje sama”. W jej głosie nie było troski. Była decyzja.
Próbowałam się wymigać. Powiedziałam, iż mam pracę, iż poradzę sobie, iż to tylko kilka dni. Zaśmiała się krótko, sucho, jakby słyszała coś naiwnego.
– Twój mąż by chciał, żebyś była u mnie – powiedziała. – Ja będę miała na ciebie oko.
Te słowa zawisły w powietrzu jak groźba, choć wypowiedziane były spokojnie. Na pozór rozsądnie. Jak coś oczywistego.
Pierwszy dzień u niej był duszny. Dom zamknięty, zasłony częściowo zaciągnięte, zegar w kuchni tykał zbyt głośno. Teściowa chodziła za mną wzrokiem, kiedy przechodziłam z pokoju do pokoju. Pytała, z kim rozmawiam przez telefon. Dlaczego wychodzę na balkon. O której wróciłam z zakupów.
– Muszę wiedzieć – tłumaczyła. – Jesteś teraz pod moją opieką.
Czułam się jak dziecko oddane na przechowanie. Jak ktoś, komu odebrano prawo do prywatności w imię czyjegoś spokoju. Kiedy zamykałam drzwi do łazienki, słyszałam jej kroki pod nimi. Kiedy siedziałam w pokoju, zaglądała bez pukania.
Wieczorami siadała naprzeciwko mnie przy stole.
– Nie lubię, jak kobieta zostaje sama – mówiła. – Ludzie gadają. A ja nie chcę potem tłumaczyć się synowi.
Wtedy zrozumiałam, iż nie chodzi o mnie. Chodzi o kontrolę. O to, żebym była widoczna, policzona, przewidywalna. Żebym nie wymknęła się z ram, które ona sobie dla mnie ustawiła.
Trzeciego dnia nie wytrzymałam. Powiedziałam, iż wracam do siebie. Że nie jestem dzieckiem. Że nie potrzebuję nadzoru.
Jej twarz stężała.
– Dopóki mój syn jest poza domem, masz być tutaj – powiedziała chłodno. – Tak będzie najlepiej.
Najlepiej dla kogo, zapytałam. Ale odpowiedzi już nie było. Odwróciła się, jakby rozmowa była skończona.
Tej nocy leżałam w obcym łóżku i patrzyłam w sufit. Czułam strach, ale jeszcze bardziej czułam złość. Bo zrozumiałam, iż ktoś próbuje przejąć kontrolę nad moim życiem pod pretekstem troski.
Rano spakowałam torbę. Bez kłótni. Bez tłumaczeń. Kiedy mijałam ją w korytarzu, spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Robisz błąd – powiedziała.
Być może. Ale po raz pierwszy od dni oddychałam pełną piersią. Bo dramat nie polegał na tym, iż chciała, żebym u niej była. Dramat polegał na tym, iż uważała, iż ma do tego prawo.













