— Niech moja córka mieszka w twoim mieszkaniu. Matkę możesz zabrać do siebie. To tylko trzy lata!
Stałam wtedy w kuchni z rękami w mące, bo lepiłam pierogi dla mamy. W tle bulgotał rosół, a w radiu leciało coś wesołego, co kompletnie nie pasowało do jego głosu. Spojrzałam na telefon, jakby na ekranie miało się pojawić inne zdanie, bardziej rozsądne. Nie pojawiło się.
— Słucham? — zapytałam, bo czasem człowiek musi usłyszeć własne słowo, żeby uwierzyć, iż nie zwariował.
To był mój brat. Mój starszy brat, ten „zaradny”, „ustawiony”, zawsze z argumentem, zawsze z planem. Dzwonił rzadko. Zwykle wtedy, kiedy czegoś potrzebował.
— No normalnie — westchnął, jakby rozmawiał z dzieckiem. — Kasia idzie na studia do miasta, wynajem kosztuje majątek. Ty masz mieszkanie po ciotce, sama w nim siedzisz… To logiczne. A matka i tak jest coraz słabsza. Weź ją do siebie, będziecie razem. Tylko trzy lata.
„Sama siedzisz”.
Tak się mówi o czyimś życiu, kiedy traktuje się je jak pusty pokój.
— Brat… — zaczęłam ostrożnie. — To jest moje mieszkanie. Ja tu pracuję, ja tu żyję. I mama… mama ma swój rytm, swoje rzeczy.
— Przestań kombinować — uciął. — Ty masz serce czy nie? To jest matka. A Kasia to młoda dziewczyna, musi mieć start. Ty zawsze byłaś ta odpowiedzialna.
Zawsze byłaś ta odpowiedzialna.
To zdanie zabolało mnie bardziej niż cała reszta, bo w nim było wszystko: iż on już dawno przydzielił mi rolę. Ja mam brać ciężar. On ma układać życie innym.
— A ty? — zapytałam w końcu. — Ty gdzie będziesz, kiedy mama będzie w nocy wstawać? Kiedy nie będzie pamiętać, gdzie jest łazienka? Kiedy trzeba będzie jechać do lekarza?
Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem usłyszałam to najgorsze, najgładsze:
— No przecież będę pomagał. Ale wiesz, jak jest… praca, dzieci… Ty masz więcej czasu.
Nie powiedział „nie chcę”. On powiedział „wiesz, jak jest”.
I nagle wszystko zrobiło się jasne: on już podjął decyzję. Ja byłam tylko formalnością.
Wieczorem przyszedł do mnie „porozmawiać”. Tak to nazwał. Usiadł w salonie jak u siebie i zaczął rozkładać argumenty jak karty.
— Ty nie rozumiesz, jakie to koszty — mówił. — Trzy lata, Ewa. Tylko trzy. W tym czasie Kasia stanie na nogi. A matka… matka i tak w końcu będzie musiała być z kimś. A ja nie mam warunków.
„Ja nie mam warunków.”
On ma dom, dwie łazienki i ogród.
— A ja mam? — zapytałam.
— Ty masz mieszkanie w mieście i pracę zdalną — odbił. — Ty możesz.
„Możesz” — to słowo w jego ustach brzmiało jak „musisz”.
Później przyszedł do mnie z mamą. Najpierw myślałam, iż przypadkiem. Ale nie. To było ustawione. Mama usiadła na kanapie i zaczęła głaskać brzeg poduszki, jakby szukała czegoś w materiale.
— Mamusiu — powiedział brat słodko. — Powiedz Ewie, iż byłoby ci dobrze z nią.
Mama spojrzała na mnie i uśmiechnęła się, ale ten uśmiech był jak z innego świata. Od kilku miesięcy bywała nieobecna. Raz pamiętała, raz nie. Raz była moją mamą, raz kimś, kto patrzy przez mnie.
— Ewa… — powiedziała cicho. — Ty jesteś dobra dziewczynka…
I wtedy poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Bo brat użył jej, tak jak używa się zdjęcia dziecka w reklamie kredytu. Dla efektu.
— Mamo — wyszeptałam, siadając obok. — Co ty chcesz?
Mama zmarszczyła brwi, jakby nie rozumiała pytania.
— Ja… ja chcę, żebyście się nie kłócili — powiedziała w końcu.
Brat od razu to podchwycił.
— Widzisz? Matka nie chce kłótni. A ty robisz problem.
Zrobiło mi się niedobrze. Bo ja nie robiłam problemu. Ja widziałam przyszłość, której nikt nie chciał nazwać.
Przez trzy kolejne dni dzwonili do mnie wszyscy: bratowa, ciotka, choćby kuzynka, z którą nie rozmawiałam od lat. Nagle wszyscy mieli zdanie o moim mieszkaniu i mojej matce.
— Ewa, to tylko trzy lata.
— Ewa, pomóż bratu, to rodzina.
— Ewa, przecież i tak jesteś sama, to będziesz miała towarzystwo.
Towarzystwo.
Jakby choroba była towarzystwem.
W końcu pękłam. Nie w sensie, iż krzyknęłam. Pękłam tak, iż zrobiło mi się cicho w środku. Jakbym przestała walczyć, bo wszyscy byli przeciwko mnie.
Zgodziłam się. Najpierw na „tymczasowo”. Potem na „zobaczymy”. A na końcu podpisałam coś, czego do dziś żałuję — zgodę, żeby Kasia zameldowała się w moim mieszkaniu „na czas studiów”, bo „bez meldunku nie dostanie stypendium”.
Brat mówił, iż to formalność.
Formalność, która zaczęła mi odbierać życie.
Kasia wprowadziła się w dwa dni. Przyjechała z walizkami, perfumami i tym spojrzeniem młodej osoby, która czuje się ważna.
— O, fajnie tu — rzuciła, rozglądając się. — Tylko kanapa by się przydała inna.
A ja stałam w drzwiach własnego mieszkania, jak gość, któremu wolno tylko patrzeć.
Matkę zabrałam do siebie tydzień później.
Pierwszej nocy obudził mnie hałas w kuchni. Wstałam, serce mi waliło, bo zawsze człowiek boi się najgorszego. Mama stała w środku kuchni z nożem do chleba w ręku, patrzyła na mnie z przerażeniem.
— Kto pani jest? — zapytała.
To pytanie brzmiało jak wyrok.
— Mamo… to ja. Ewa — powiedziałam cicho, zbliżając się powoli.
— Nie — pokręciła głową. — Moja Ewa jest mała.
Zabrałam jej nóż delikatnie, jak zabiera się coś kruchego, żeby nie pękło. Usiadłam z nią na podłodze i trzymałam ją za rękę, aż przestała drżeć.
Rano zadzwoniłam do brata.
— Pierwsza noc była ciężka — powiedziałam. — Ona nie poznaje mnie w nocy. Musimy ustalić dyżury. Ty przyjedziesz w weekend?
Brat westchnął.
— W weekend mamy chrzciny u znajomych. Ale w przyszłym tygodniu, dobra?
„W przyszłym tygodniu” było pierwszym kłamstwem z serii.
Z tygodnia zrobił się miesiąc. Z miesiąca dwa. A Kasia… Kasia coraz bardziej urządzała się w moim mieszkaniu. Wymieniła zasłony. Przestawiła meble. Kupiła nowe krzesła i napisała mi, iż „odliczy sobie od czynszu, który i tak powinnam brać”.
Czynszu, który… ja miałam brać od własnej bratanicy, mieszkającej w moim mieszkaniu.
Kiedy zwróciłam uwagę bratu, iż to zaczyna wyglądać jak przejęcie, nie jak pomoc, usłyszałam:
— Ewa, nie przesadzaj. Po co ci to mieszkanie, skoro mieszkasz teraz z matką? Zresztą, jak Kasia skończy studia, to się zobaczy.
„To się zobaczy.”
To był moment, w którym zrozumiałam, iż „trzy lata” to była przynęta.
Bo nikt nie planował powrotu do stanu sprzed „tymczasowości”. Oni planowali nowy porządek: ja z opieką i zmęczeniem, oni z mieszkaniem i spokojem.
Pewnego dnia wróciłam z mamą od lekarza, wykończona, z siatką leków w ręku, i zobaczyłam pismo na wycieraczce. Urzędowe. Suche. Zimne.
„Wezwanie do uregulowania opłat…”
Adres: moje mieszkanie. Moje, tylko iż formalnie ktoś tam już miał meldunek, rachunki, stałe płatności.
Zadzwoniłam do Kasi.
— Czemu przyszło to na mój adres? — zapytałam.
— A, bo ja… — zawahała się. — Ja założyłam, iż tak będzie prościej. Wszystko idzie na ten adres, bo ja tu mieszkam. Zresztą, wujek mówił, iż to i tak w rodzinie.
W rodzinie.
Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwą wściekłość. Taką, która nie jest krzykiem, tylko zimnem. Bo zrozumiałam, iż oni nie tylko zabrali mi mieszkanie. Oni zaczęli budować papierowy mur, żeby potem móc powiedzieć: „przecież ona tam mieszkała, miała wszystko, to już jej”.
A ja? Ja miałam matkę w domu i dzień, który nigdy się nie kończy.
Mama zaczęła uciekać. Dosłownie.
Raz znalazłam ją na klatce schodowej w kapciach, płaczącą, bo „musi iść do domu”. Innym razem wstała o czwartej nad ranem i zaczęła pakować moje garnki do torby, bo „przyjdą Niemcy”. Trzymałam ją, uspokajałam, a potem szłam do łazienki i płakałam w ciszy, żeby nie słyszała.
A brat w tym czasie wrzucał zdjęcia z wyjazdu: uśmiechnięta rodzina, las, grzane wino.
„Trzy lata.”
Po pół roku zadzwoniłam do niego i powiedziałam jasno:
— Przyjedź w sobotę. Ustalamy plan. Ja nie dam rady sama.
Brat przyjechał. Uśmiechnięty, pewny siebie. Usiadł i powiedział:
— Ewa, ty zawsze robisz tragedię.
— To przyjdź w nocy, kiedy ona mnie nie poznaje — odpowiedziałam.
— Przecież ja nie mogę spać u ciebie, bo mam dzieci — parsknął.
— A ja nie mam? — wyrwało mi się.
Wtedy zobaczyłam jego prawdziwą twarz. Zniecierpliwioną. Taką, która chce mieć spokój.
— Słuchaj — powiedział twardo. — Ty się zgodziłaś. Nie rób teraz scen.
— Ja się zgodziłam na trzy lata — powiedziałam cicho. — A ty mi choćby nie powiedziałeś prawdy: iż to nie jest pomoc, tylko pozbycie się problemu.
Brat wstał.
— Uważaj, co mówisz.
A ja wtedy też wstałam. I po raz pierwszy w życiu nie cofnęłam się.
— To ja ci powiem, co będzie — powiedziałam spokojnie, z dłońmi drżącymi, ale głosem twardym. — Kasia ma miesiąc, żeby się wyprowadzić. Mama… mama albo będzie miała opiekę dzieloną, albo szukamy rozwiązań instytucjonalnych. Ja nie będę sama dźwigać wszystkiego, żeby wam było wygodnie.
Brat spojrzał na mnie jak na obcą.
— Ty chcesz oddać matkę do domu opieki? — syknął, już gotowy na moralny szantaż.
— Ja chcę, żeby matka była bezpieczna — odpowiedziałam. — A ja żebym nie umarła z wycieńczenia, zanim ona umrze ze starości.
To zdanie zawisło w powietrzu jak coś brudnego, czego nikt nie chce dotknąć.
I wtedy, zupełnie niespodziewanie, mama wyszła z pokoju. Stała w drzwiach i patrzyła na nas chwilę, jakby próbowała zrozumieć scenę.
— Nie krzyczcie… — powiedziała cicho. — Ja… ja nie chcę być ciężarem.
Zamarłam.
Brat natychmiast zmiękł — nie z troski, tylko z poczucia winy, które zawsze włączało mu się dopiero wtedy, gdy ktoś patrzył.
— Mamo, ty nie jesteś ciężarem — powiedział słodko.
A ja podeszłam do niej, objęłam ją i wyszeptałam:
— Mamo, ty nie jesteś ciężarem. Ciężarem jest kłamstwo.
Tego wieczoru brat wyszedł, trzaskając drzwiami. Wysłał mi potem wiadomość: „Zniszczyłaś rodzinę”.
Nie odpisałam od razu. Patrzyłam tylko na mamę, która zasnęła na kanapie ze zmęczenia, i czułam, iż moje życie już nigdy nie będzie takie jak wcześniej.
Bo ta jedna propozycja — „tylko trzy lata” — pokazała mi prawdę.
Że w tej rodzinie słowo „pomoc” często znaczy „zrzucenie odpowiedzialności”.
Że łatwo jest planować cudzym mieszkaniem i cudzym czasem.
I iż największe dramaty nie zaczynają się od krzyku.
Zaczynają się od zdania wypowiedzianego spokojnie, jakby było oczywiste:
— Niech moja córka mieszka w twoim mieszkaniu. Matkę możesz zabrać do siebie. To tylko trzy lata.
A potem budzisz się w środku nocy, obok własnej matki, która patrzy na ciebie jak na obcego…
I rozumiesz, iż w tej historii „trzy lata” to nie był plan.
To była wymówka.












