Z życia wzięte. "Myślę o zamykaniu lodówki na klucz": Mąż wyjada wszystko, zanim reszta rodziny zdąży

zycie.news 1 godzina temu
Zdjęcie: Lodówka/YouTube @PROranking


Dzieci spały po południu. Ja byłam po pracy, po przedszkolu, po drodze do sklepu. Torby cięły mi dłonie, ale w głowie miałam jedną myśl: wreszcie zrobię coś normalnego, ugotuję, będzie obiad na jutro, będzie śniadanie, będzie spokój.

Otworzyłam lodówkę i na sekundę zamarłam.

Zniknęło wszystko, co kupiłam dwa dni wcześniej: jogurty dla dzieci, wędlina, ser w plastrach, choćby te małe serki, które wkładałam Hani do śniadaniówki, bo inaczej nie zje nic.

Na półce stał tylko mój sos sojowy i samotna cytryna.

Zamknęłam lodówkę i otworzyłam jeszcze raz, jakby to była pomyłka. Jakby ktoś przesunął jedzenie do innej lodówki, w której nie ma dzieci, nie ma mnie, jest tylko on.

A potem zobaczyłam na blacie papier po pączkach. Osiem sztuk. Został jeden rozerwany, jak dowód zbrodni.

Usłyszałam, iż mąż jest w salonie. Telewizor grał, on leżał na kanapie, ręka pod głową, spokojny jak człowiek, który nie ma pojęcia, ile kosztuje spokój w domu.

— Gdzie jest jedzenie? — zapytałam bez przywitania.

Spojrzał na mnie z tą miną, którą znałam aż za dobrze: o co znowu?

— Jakie jedzenie?

— To, co było w lodówce. Kupione dla dzieci. Na śniadania. Na jutro.

Wzruszył ramionami.

— Zjadłem.

To „zjadłem” było wypowiedziane tak, jakby mówił: „wypiłem wodę”. Jakby jedzenie w domu było zasobem, który znika sam.

— Wszystko? — zapytałam cicho.

— No byłem głodny — odpowiedział i uśmiechnął się krzywo. — A co, mam nie jeść?

Wtedy coś we mnie pękło, ale jeszcze nie krzykiem. Zimnym zrozumieniem.

To nie był incydent.

To był schemat.

Od miesięcy powtarzało się to samo. Ja planowałam posiłki, robiłam listę, kupowałam w promocji, dzieliłam mięso na porcje, chowałam wędlinę na kanapki dla dzieci. Nieraz specjalnie kupowałam coś „dla niego” — jego ulubione kabanosy, czekoladę, ser. Żeby nie mówił, iż go pomijam.

I mimo to zawsze działo się jedno: kiedy ja nie zdążyłam, kiedy dzieci były w łazience, kiedy spały, kiedy poszłam do pracy albo po prostu odwróciłam się na chwilę, lodówka robiła się pusta.

Najgorsze nie było to, iż on jadł.

Najgorsze było to, iż nie zostawiał nic.

Nawet wtedy, kiedy mówiłam: „zostaw to na jutro do szkoły”, „te jogurty są dla Hani”, „nie rusz tych kotletów, bo to obiad na dwa dni”.

On przytakiwał, a potem robił swoje.

— Przesadzasz — mówił. — Zawsze coś wymyślasz.
— Ale dzieci nie będą miały… — zaczynałam.
— To im kupisz — ucinał.

Tak łatwo mówi się „kupisz”, kiedy nie stoisz przy kasie i nie liczysz w głowie, czy starczy do wypłaty.

Pewnego razu Olek wrócił z przedszkola głodny. Obiecałam mu naleśniki, bo cały tydzień prosił. Zrobiłam ciasto, rozgrzałam patelnię, poszłam na minutę po pranie. Wróciłam — a na blacie leżały już dwa zjedzone naleśniki, trzeci w połowie.

Mąż stał oparty o szafkę i mówił z pełnymi ustami:

— No dobre. Zrobiłaś to w końcu.

Olek spojrzał na mnie i na talerz tak, jak patrzy się na coś, co właśnie zostało zabrane.

— Mamo… ja chciałem… — wyszeptał.

A mąż zaśmiał się, jakby to było śmieszne.

— Przecież będzie więcej.

Nie było. Bo on zjadł zanim zdążyłam przewrócić kolejne.

Olek potem płakał w pokoju, a ja siedziałam w kuchni, patrząc na pustą patelnię i czując w środku coś, czego nie umiałam nazwać. To była bezradność zmieszana z upokorzeniem.

Bo ja nie walczyłam o „jedzenie”.

Ja walczyłam o szacunek.

Tego wieczoru, kiedy lodówka była pusta, a mąż leżał spokojnie na kanapie, poszłam do pokoju dzieci. Spały, z rozchylonymi ustami, małe dłonie na kocach. Przykryłam ich lepiej i poczułam, iż łzy wchodzą mi do oczu.

Wyszłam do kuchni i usiadłam przy stole. Wzięłam długopis i kartkę. Zaczęłam liczyć w myślach: ile kosztują zakupy na tydzień, ile razy musiałam dokupować „bo wszystko zniknęło”, ile razy pakowałam dzieciom gorsze śniadanie, bo to, co było, zjadł on.

I wtedy przyszła ta myśl: może naprawdę trzeba zamknąć lodówkę na klucz.

Brzmiało to absurdalnie. Jak coś z filmów. Jak upokorzenie samej siebie.

Ale potem przypomniałam sobie Olka z pustym talerzem. Przypomniałam sobie Hanię, która w sklepie pyta: „mamo, a jogurcik będzie jutro?”, a ja nie umiem jej odpowiedzieć, bo nie wiem, czy do rana coś zostanie.

Pomyślałam o tym, iż w normalnej rodzinie lodówka jest wspólna.

A u mnie lodówka była jego.

Jakby reszta domowników była gośćmi, którzy powinni się spieszyć, bo inaczej nie zdążą zjeść.

Wstałam i weszłam do salonu.

— Musimy porozmawiać — powiedziałam.

Mąż choćby nie wyłączył telewizora.

— No.

— Nie może być tak, iż ty zjadasz wszystko, a dzieci nie mają śniadania.

— Dzieci nie umrą — mruknął.

To zdanie było jak policzek.

— To nie o umieranie chodzi — powiedziałam cicho. — To o to, iż one są w twoim domu i nie czują się bezpiecznie choćby przy jedzeniu.

Mąż w końcu spojrzał na mnie, zirytowany.

— Znowu robisz ze mnie potwora.

— Nie robię — odpowiedziałam. — Ty sam się robisz, kiedy nie umiesz zostawić jogurtu dziecku.

Wstał z kanapy. Napiął ramiona.

— A ty wiesz, jak ja pracuję? Wiesz, jak ja wracam głodny? Ty siedzisz i sobie planujesz, a ja mam potrzebę zjeść.

Zacisnęłam dłonie.

— Ja też pracuję — powiedziałam. — I ja też wracam zmęczona. Tylko ja jakoś nie wyjadam jedzenia dzieciom.

Mąż prychnął.

— To schowaj, jak takie ważne.

I wtedy poczułam, iż nie ma już rozmowy. Jest drwina. Jest przerzucenie odpowiedzialności.

— Dobrze — powiedziałam. — Schowam.

— No i widzisz, jaka jesteś sprytna — zaśmiał się.

— Nie — odpowiedziałam, a głos mi zadrżał. — Nie sprytna. Zdesperowana.

On spojrzał na mnie, jakby pierwszy raz usłyszał to słowo.

— Bo ja rozważam zamykanie lodówki na klucz — powiedziałam wprost. — Żeby dzieci miały co jeść.

W salonie zrobiło się cicho. Telewizor grał, ale dźwięk jakby odpłynął.

Mąż patrzył na mnie przez chwilę, a potem wybuchnął śmiechem.

— Ty jesteś nienormalna.

I wtedy stało się coś, co było bardziej dramatyczne niż jakikolwiek krzyk.

Nie poczułam już wstydu.

Poczułam jasność.

— jeżeli to jest nienormalne, to znaczy, iż ja żyję w nienormalnym domu — powiedziałam spokojnie. — Bo normalny ojciec nie doprowadza do tego, iż matka boi się, czy dzieci zdążą zjeść.

Mąż przestał się śmiać. Zobaczyłam w jego oczach coś ostrego.

— Grozisz mi?

— Nie grożę — odpowiedziałam. — Ja stawiam granicę. Albo przestajesz, albo ja robię porządek po swojemu. I nie chodzi tylko o lodówkę.

On otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale ja dodałam:

— Bo jeżeli ty nie potrafisz dbać o własne dzieci, to ja muszę. choćby jeżeli to będzie wyglądało śmiesznie dla świata.

Wtedy odwróciłam się i poszłam do kuchni. Wyjęłam z szuflady małą kłódkę, którą kiedyś kupiliśmy do piwnicy. Położyłam ją na blacie tak spokojnie, jakby to była łyżeczka do herbaty.

I w tej jednej chwili uderzyła mnie prawda: nie chodzi o jedzenie. Chodzi o to, iż ja w swoim domu zaczęłam organizować życie jak w schronisku, żeby dzieci nie cierpiały przez cudzy egoizm.

Następnego dnia mąż udawał, iż nic się nie stało. Zjadł śniadanie i wyszedł do pracy.

A ja zostałam w kuchni, patrząc na kłódkę.

I myśląc o tym, iż jeżeli w moim małżeństwie dochodzimy do momentu, w którym ja muszę zamykać lodówkę, żeby ochronić dzieci, to znaczy, iż problem jest dużo większy niż apetyt.

To znaczy, iż ja nie mogę tak dłużej żyć.

Idź do oryginalnego materiału