Z życia wzięte. "Mój mąż wymaga czystego domu i jedzenia na stole, a ja pracuję, żeby nas utrzymać": On jest bezrobotny

zycie.news 2 godzin temu

Nieważne, czy to wtorek, czy niedziela — światło na klatce schodowej jest wtedy zimne, a klucz w dłoni ciąży bardziej niż torba z laptopem. Otwieram drzwi cicho, jakby to miało mnie ochronić przed tym, co zaraz usłyszę.

— Znowu późno — mówi, zanim zdążę zdjąć buty.

Siedzi na kanapie. Pilot w jednej ręce, telefon w drugiej. Na stole pusta szklanka, w zlewie naczynia z wczoraj. W powietrzu unosi się zapach starej kawy i pretensji.

— Pracowałam — odpowiadam, choć oboje to wiemy. Pracuję zawsze. Pracuję, odkąd stracił swoją posadę. Pracuję, odkąd „to tylko na chwilę” zamieniło się w miesiące.

— Każdy pracuje — rzuca. — Ale to nie znaczy, iż w domu ma być syf. I iż nie ma obiadu.

Patrzę na zegarek. Dwudziesta druga. Dwanaście godzin w biurze, potem korki, potem sklep. Kupiłam gotowe danie, bo nie miałam siły gotować. Leży jeszcze w torbie, zimne.

— Mogłeś coś zrobić — mówię cicho.

Śmieje się krótko, bez humoru.

— Ja? Od tego jesteś ty. Ja nie będę sprzątał jak jakaś gosposia.

To słowo uderza mnie w twarz. Gosposia. Utrzymuję nas. Płacę rachunki. Spłacam kredyt. A on mówi, iż sprzątanie to upokorzenie.

Idę do kuchni. Włączam światło. Blat jest lepki, okruchy przyklejają się do dłoni. Otwieram lodówkę — pusta, oprócz mleka i musztardy. Czuję, jak coś we mnie pęka, cicho, bez huku.

— Nie było mnie cały dzień — mówię, starając się, żeby głos mi nie zadrżał. — Ty byłeś w domu.

— Szukałem pracy — odpowiada natychmiast.

— Gdzie? — pytam.

Zapada cisza. Ciężka. Lepka.

— Nie zaczynaj — syczy. — Ty zawsze zaczynasz.

Odwracam się. Stoi w drzwiach, oparty o futrynę. Patrzy na mnie z wyrzutem, jakby to on był ofiarą.

— Wiesz, czego ja wymagam? — ciągnie. — Normalności. Czysto. Ciepły obiad. To nie są wygórowane oczekiwania.

Normalność. Słowo, które brzmi jak wyrok.

Widzę siebie sprzed lat. Uśmiechniętą. Wierzącą, iż „na dobre i na złe” to obietnica obustronna. Że jeżeli jedno upada, drugie pomoże wstać. Nie iż będzie siedzieć na kanapie i dyktować warunki.

— A czego ja mogę wymagać? — pytam w końcu.

Marszczy brwi, jakby pytanie było absurdalne.

— Ty zawsze komplikujesz.

Czuję, jak dłonie zaczynają mi drżeć. Opieram się o blat, żeby nie osunąć się na podłogę.

— Ja pracuję, żebyśmy mieli za co żyć — mówię wolno, wyraźnie. — A ty mówisz mi, iż źle starłam kurz.

— Bo źle — odpowiada bez wahania.

To wtedy coś we mnie cichnie. Znika napięcie, złość, potrzeba tłumaczenia się. Zostaje pustka i jasność.

Wyjmuję z torby gotowe danie i kładę je na stole.

— Jest jedzenie — mówię. — Wystarczy podgrzać.

Patrzy na opakowanie z pogardą.

— To nie jest obiad.

— A to nie jest partnerstwo — odpowiadam.

Milczy. Pierwszy raz od dawna nie ma gotowej riposty.

Zdejmuję płaszcz. Wieszam go spokojnie. Idę do sypialni. Siadam na łóżku. Słyszę, jak w kuchni trzaska mikrofalówka. Jakby świat próbował udawać, iż wszystko jest w porządku.

Ale nie jest.

Bo dramat nie polega na krzykach. Polega na tym, iż codziennie wracasz do domu, który utrzymujesz, i czujesz się w nim jak ktoś, kto ciągle nie spełnia cudzych oczekiwań. Jakby miłość była umową, w której jedna strona pracuje, a druga tylko wymaga.

Leżę w ciemności i myślę: jutro znowu pójdę do pracy. Ale po raz pierwszy nie jestem pewna, czy jeszcze wrócę do tego samego domu.

Idź do oryginalnego materiału