Mama kazała nam przyjechać „pilnie”, bez tłumaczenia. Jej głos w telefonie był zbyt spokojny, zbyt równy, jakby ćwiczyła tę rozmowę wcześniej i nie chciała, żeby cokolwiek drgnęło.
W kuchni stała już kawa, ciasto z cukrem pudrem i trzy talerzyki ustawione równo jak na rodzinne święto. Tylko iż to nie było święto. Mama siedziała prosto, z rękami splecionymi na blacie. Na krześle obok leżała teczka z dokumentami.
— Sprzedałam dom babci — powiedziała, zanim zdążyłyśmy zdjąć kurtki.
Słowa zawisły w powietrzu. Najpierw pomyślałam, iż źle usłyszałam. Dom babci na wsi był jedynym miejscem, które w naszej rodzinie pachniało stałością: starym drewnem, koperkiem z ogródka, suszonymi jabłkami w spiżarni. Tam nauczyłam się lepić pierogi i tam babcia mówiła, iż „dom to nie mury, tylko pamięć”. Po jej śmierci wydawało mi się, iż to miejsce powinno zostać. Jak pieczęć. Jak dowód, iż coś w tej rodzinie było prawdziwe.
— Co… sprzedałaś? — zapytałam cicho.
Mama skinęła głową, jakby rozmawiały o rachunku za prąd.
— Był pusty. Remont kosztowałby fortunę. Nikt tam nie jeździł.
Spojrzałam na siostrę. Ona unikała mojego wzroku. Mieszała herbatę, chociaż nie wlała do kubka choćby kropli. Poczułam, jak robi mi się gorąco, jakby ktoś postawił mnie zbyt blisko piekarnika.
— Nikt tam nie jeździł? — powtórzyłam. — Mamo, ja tam byłam w zeszłym miesiącu. Zostawiłam kwiaty. Zapaliłam znicz.
— Kwiaty nie zapłacą podatku — ucięła. — I nie utrzymają dachu.
Wyjęła z teczki papiery. Umowę. Potwierdzenia przelewu. Kwotę, od której zakłuło mnie w żołądku, bo nagle okazało się, iż można wycenić wszystko — choćby dzieciństwo.
— Wezwałam was, żeby powiedzieć wam, jak podzielę te pieniądze — oznajmiła.
„Podzielę.” Nie „podzielimy”. Nie „ustalimy”. Podzielę.
Siostra w końcu podniosła głowę.
— Mamo, a… jak? — zapytała z ostrożnością, która zawsze mnie w niej drażniła, bo była jak biały rękawiczek w sytuacji, która wymagała gołych rąk.
Mama odchrząknęła.
— Z tych pieniędzy spłacę kredyt. Zostanie reszta. Część odkładam na swoje leczenie i na spokojną starość. A resztę… dam waszemu bratu.
Zamarłam.
— Bratu? — wydusiłam. — Jakiemu bratu?
W tym domu byłyśmy zawsze tylko my dwie. Ja i ona. Dwie córki. Dwa światy. Brat istniał tylko jako legenda, szeptana przez ciotki, urwana w pół zdania, kiedy wchodziłyśmy do pokoju. Mama nigdy o nim nie mówiła. Nigdy. Jakby wycięła go nożyczkami z rodzinnego albumu.
— Nie udawaj, iż nie wiesz — powiedziała, a w jej głosie pojawił się nagle chłód. — Macie brata. Starszego.
Siostra pobladła. Ja poczułam, jak wszystko we mnie zaczyna drżeć, ale nie ze strachu — ze wściekłości.
— I teraz, po tylu latach, sprzedajesz dom babci… i dajesz pieniądze jemu? — spytałam. — Komuś, kogo choćby nie ma w naszym życiu?
Mama spojrzała na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto robi scenę w miejscu publicznym.
— On ma trudniej — powiedziała. — Jest po swoich przejściach. Potrzebuje wsparcia.
— A my? — wyrwało mi się. — My to co? Jesteśmy meblami? Dźwigaliśmy wszystko, kiedy babcia chorowała. To ja jeździłam do niej co weekend, kiedy ty nie miałaś czasu. To my porządkowałyśmy jej rzeczy, kiedy odeszła. Trzymałyśmy w rękach jej zdjęcia, jej listy, jej fartuch w kwiaty… A ty sprzedajesz dom za naszymi plecami i mówisz: „dam bratu”?
Mama zacisnęła usta.
— Nie musisz mi wypominać.
— Muszę — powiedziałam, już głośniej. — Bo ty właśnie próbujesz zrobić z tego rachunek. I chcesz, żebym jeszcze udawała, iż to jest sprawiedliwe.
Siostra odezwała się cicho:
— Mamo… dlaczego nam nigdy nie powiedziałaś?
Na sekundę twarz mamy pękła. Tak jak tynk pęka, kiedy pod spodem od lat zbiera się wilgoć. Zobaczyłam coś, co gwałtownie zniknęło: wstyd. Strach. Może żal. A potem znów wróciła ta jej twarda, uporządkowana maska.
— Bo nie było po co. — Wzruszyła ramionami. — Nie chciałam, żebyście go oceniały.
Zaśmiałam się krótko, bez radości.
— A ja nie chciałam, żebyś oceniała, iż „kwiaty nie zapłacą podatku”. Ale i tak to robisz.
Wstałam. Krzesło zaskrzypiało o podłogę, ten dźwięk był jak rysa na porcelanie.
— Wiesz, co jest najgorsze? — powiedziałam, czując, iż głos mi się łamie. — Nie to, iż sprzedałaś dom. Nie to, iż pieniądze chcesz dać komuś innemu. Tylko to, iż zrobiłaś to tak, jakbyśmy nie miały prawa czuć czegokolwiek. Jakby dom babci był twoją własnością, a babcia była tylko nazwiskiem w akcie notarialnym.
Mama nie odpowiedziała od razu. Jej palce bębniły w blat.
— To mój wybór — powiedziała w końcu. — I proszę, żebyście to uszanowały.
Spojrzałam na nią długo.
— Nie da się „uszanować” czegoś, co zabiera ci głos — odpowiedziałam. — Uszanować można człowieka. Ale tu chodzi o to, iż ty nas właśnie wykreśliłaś z własnej historii.
Wysunęłam spod talerzyka serwetkę. Była w drobne kwiaty, identyczne jak te, które babcia trzymała w kredensie na wsi. Zrobiło mi się nagle duszno. Przez moment zobaczyłam babcię w progu domu, z rękami ubrudzonymi mąką, jak mówi: „dziecko, zawsze mów prawdę, choćby jak drży głos”.
— Jestem niezadowolona — powiedziałam, prosto, bez ozdobników. — I nie będę udawała, iż nie.
Mama uniosła brodę.
— A ja nie będę się tłumaczyć.
Wtedy zrozumiałam, iż ta rozmowa wcale nie była po to, żeby „ogłosić podział”. Ona była po to, żeby mama zalegalizowała naszą bezsilność. Żebyśmy usłyszały, iż decyzje zapadają bez nas, a nam zostaje tylko pokornie je przyjąć.
W drzwiach odwróciłam się jeszcze raz. Siostra siedziała nieruchomo, jakby ktoś przybił ją do krzesła. Mama patrzyła przed siebie, w punkt na ścianie, jakby tam była odpowiedź, której nie chciała wypowiedzieć.
— Mamo — powiedziałam cicho. — W domu babci zostawiłaś nie tylko deski i dach. Zostawiłaś też nas.
Wyszłam. Na klatce schodowej pachniało kurzem i zimnem. Oddychałam płytko, jak po biegu. I dopiero wtedy przyszło coś gorszego od gniewu: żałoba. Nie po domu, nie po pieniądzach. Po rodzinie, którą myślałam, iż mam.


![34. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Radoszycach [wideo, zdjęcia]](https://tkn24.pl/wp-content/uploads/2026/01/34.-Final-WOSP-w-Radoszycach-07.jpg)








