Robiłam wyrzuty mężowi, iż korzysta z mojego mieszkania. Pewnego weekendu spakował walizki i po prostu wyjechał.
Jakiś czas temu, podczas rodzinnej wizyty na Mazurach, usłyszeliśmy historię, która poruszyła każdego z nas. Przedstawiono nam ją mieszkańcy. Chodzi o Zofię, byłą żonę Andrzeja. Ich małżeństwo trwało ponad dwadzieścia lat. Nie wiem wszystkiego o ich życiu znam tylko wersję lokalnych.
Po ślubie rodzice Zofii przekazali młodym własne mieszkanie w Warszawie. Andrzej pracował wtedy w fabryce mebli, Zofia zaś w urzędzie miasta. Oboje zarabiali nieźle, na życie im nie brakowało. Andrzej był złotą rączką i sam urządzał nowe cztery kąty.
Mieli jednego syna, Bartosza. Chłopak zdecydowanie nie był łatwym dzieckiem: wiecznie w nosie, uparty, przekonany o swojej racji. Matka pozwalała mu na wszystko. Ojciec starał się postawić granice i wymagał od syna odpowiedzialności, co często prowadziło do awantur. Andrzej powtarzał, iż ich syn ma nauczyć się samodzielności.
Od małego Bartosz miał być wdrażany w prace domowe. Andrzej wierzył, iż każdy chłopak powinien umieć zadbać o siebie, naprawić kran czy skosić trawę. Początkowo Bartosz się garnął, ale gwałtownie mu przeszło.
Zofia natomiast obrała zupełnie inny kierunek wychowania. Wmawiała Bartoszowi, iż nie musi się przemęczać, iż praca fizyczna nie jest dla niego. Zawsze dostawał od niej drogie prezenty. To sprawiło, iż chłopak stał się wygodny, leniwy i przyzwyczajony do życia bez wysiłku.
Wszystko to coraz bardziej niszczyło relacje Zofii i Andrzeja. Kłótnie były codziennością. W końcu Bartosz skończył liceum i poszedł na studia. Rodzice płacili za czesne, ale chłopak nie miał ani zapału, ani wyników.
Popatrz, co wychowaliśmy! On nie chce niczego robić. Czeka, aż wszystko dostanie na tacy. Może i pracę mu załatwisz? Andrzej wybuchł podczas jednej z kłótni.
No jak to, przecież to też twój syn…
Jeszcze trochę i skończy osiemnaście lat! Przestań traktować go jak dziecko. Ja chciałem z niego zrobić porządnego faceta, a ty mi nie pozwalałaś. Kogo mamy na sumieniu?
Ty mi będziesz zarzucał? Mieszkasz w moim mieszkaniu już tyle lat! przez cały czas nie kupiłeś własnego. Pracujesz jak należy, ale nie potrafisz zadbać o rodzinę. Chcesz mi mówić, jak wychowywać nasze dziecko?
A jednak potrafisz zranić, Zofio. Myślałem, iż mieszkanie było dla nas obojga, dostałaś je na ślub od swoich rodziców. Włożyłem tam serce, naprawiałem, remontowałem. Ty wolisz mi wygarnąć, iż jestem na twoim garnuszku. Tego się po tobie nie spodziewałem.
Zofia westchnęła ciężko i opuściła pokój. Ta kłótnia była dla ich małżeństwa gwoździem do trumny. Bartosz z każdym dniem stawał się bardziej nieczuły wobec ojca, trzymał stronę matki. Kiedy Andrzej potrzebował pomocy, syn zawsze miał coś ważniejszego do zrobienia.
Andrzej w końcu zrozumiał, iż nikt go nie potrzebuje.
W pewien cichy weekend spakował swoje rzeczy i wyjechał na Mazury. Okazało się, iż od lat odkładał pieniądze marzył o małym domu z widokiem na jezioro, gdzie wspólnie z Zofią mieli spędzić starość. Sam wykończył dom na wsi. Poznał tam nową kobietę wdowę, Janinę. Po dwóch latach zamieszkali razem.
A co z byłą żoną i Bartoszem? Nigdy nie zadzwonili, nie napisali choćby pocztówki. Takie jest życie…








