Wróciłam do domu wcześniej, a mój mąż zamiast euforii wysłał mnie – ciężarną z ciężkimi siatkami – po zakupy, bo… pucował mieszkanie i szykował „niespodziankę”. Efekt? Wielka kłótnia, łzy i noc spędzona u rodziców.

newsempire24.com 7 godzin temu

Wróciła wcześniej do domu

Jesteś już na przystanku? głos męża przeszedł w lekko histeryczny ton. Teraz? Czemu nic nie mówiłaś? Mówiłaś, iż wracasz w czwartek!

Chciałam ci zrobić niespodziankę zmarszczyła brwi Dagna. Marek, a ty co, nie cieszysz się? Padam na twarz, jak pies po maratonie. Wyjdź po mnie!

Poczekaj! wrzasnął niespodziewanie. Nie idź tu Tzn. idź, ale Dagna, u nas w domu hula wiatr. Wszystko zjadłem wczoraj. Słuchaj, zróbmy tak: wpadnij do całodobowego sklepu za rogiem. Kup jakiś dobry kawałek wołowiny.

Ciężka torba aż przygniotła Dagnię, wykrzywiając jej ramię.

Znajoma już od dwóch miesięcy migrena w krzyżu nagle się odezwała, ostrym promieniem do samego kości ogonowej.

Ostrożnie postawiła reklamówki na wyszczerbionym chodniku przystanku.

Westchnęła głęboko, przyciskając dłoń do brzucha.

Mała istotka w środku zaczęła się wiercić z dezaprobatą. Szósty miesiąc wcale nie bajka, zwłaszcza jak się komuś wydaje, iż zrobienie niespodzianki mężowi to dobry pomysł i wraca się od rodziców trzy dni przed czasem.

Tak się stęskniła, iż ostatnie sto kilometrów w autobusie liczyła słupy jak jakaś mania.

Co Marek w ogóle teraz robi? choćby nie ma pojęcia, iż ona już tu jest, dziesięć minut piechotą od mieszkania.

Droga do klatki schodowej wydawała się nie mieć końca.

Siaty, nabite domowymi przysmakami od mamy słoiki dżemów, domowa słonina, ciężkie jabłka ważyły chyba z tonę.

Po pięćdziesięciu metrach Dagna wiedziała już: nie da rady tego dociągnąć. Plecy w kawałkach.

Sięgnęła po telefon i zadzwoniła do męża.

Mareczku, cześć wyszeptała, gdy łaskawie odebrał.

Dagna? Co się stało? Wszystko w porządku? spanikował.

Nic się nie stało, głuptasie. Już jestem!

Stoję pod naszym blokiem na przystanku. Wyjdziesz po mnie, co? Siaty są nie do dźwignięcia, mama tyle rzeczy naładowała

W telefonie zapadła dziwna cisza. Dagna aż spojrzała na ekran czy czasem nie rozłączył.

Jesteś na przystanku? głos Marka skoczył jeszcze wyżej. Teraz? Czemu nie zadzwoniłaś? Akurat dzisiaj? Przecież miałaś przyjechać w czwartek!

Chciałam niespodziankę marszczyła brwi Dagna. Marek, co tak panikujesz? Utyrana jestem, wyjdź już, błagam.

Poczekaj! ryknął nagle. Nie chodź tu To znaczy, idź, ale Dagna, u nas w domu nic nie ma do jedzenia. Wszystko wykończyłem wczoraj.

Zróbmy tak: idź szybciutko do Żabki za rogiem, kup wołowinę, jakąś lepszą.

Dzisiaj nie poszedłem do pracy, wziąłem wolne. Chciałem ci ugotować porządny obiad, jak wrócisz.

Jakie mięso, Marek? Dagna zgłupiała. Słyszysz co mówię? Jestem w ciąży, szósta miesiąca, stoję z dwiema wielkimi torbami pod blokiem!

Plecy mi się urywają! Jesteś w stanie zejść i pomóc? W domu są ziemniaki, jajka są. Przyjdź, chcę zjeść i iść spać.

Nie rozumiesz, Dagna trajkotał coraz szybciej, przerywając jej. Chcę, żeby wszystko było idealne! To tylko dwa kroki, w sklepie zaraz kupisz mięso, ziemniaki też by się przydały, bo nasze już zwiędły.

Poproś kogoś, żeby ci pomógł donieść, albo weź po trochu

No weź, proszę cię! Dla nas to robię. Ja tu wszystkiego dopilnuję.

Dagna patrzyła na swoje czerwone dłonie, przeżarte plastikowymi rączkami. W środku aż się zagotowało z goryczy.

Marek, jesteś poważny? głos jej zadrżał. Naprawdę chcesz, żebym ciężarna, ładowała się do sklepu po mięso, bo zachciało ci się gotować?

Nie możesz zejść i sam to zrobić?

Już zacząłem tzn. przygotowania! Jak wyjdę teraz, wszystko popsuję.

Dagusia, no dla mnie Tak czekałem! Kup wołowinę, z 800 gram. I siatkę małych ziemniaczków, tych w siatce.

No weź, poczekam tutaj!

Rozłączył się. Dagna stała, gapiąc się na ciemny ekran.

Głowa jej nie ogarniała tej sytuacji. Chciało jej się płakać tu, na tym pustym przystanku, pod światłem latarni, co jakby śmiała się z jej losu.

Zamiast przytulenia i miękkiego łóżka wycieczka do mięsnego.

Może rzeczywiście szykuje coś niezwykłego? przemknęło jej przez myśl.

Westchnęła, zarzuciła torby na ramię i kulając się jak połamana, pomaszerowała do sklepu.

***

Dagna pchała wózek między półkami, łapiąc pobłażliwe spojrzenia zaspanej kasjerki.

Wołowina ważyła jak ołów, ziemniaki jeszcze gorzej.

Kiedy wyszła ze sklepu, nie czuła już rąk. Palce zamieniły się w haki.

Telefon znów zadzwonił.

Kupiłaś? Marek brzmiał jakby wygrał los na loterii.

Kupiłam syknęła przez zęby Dagna. Już jestem pod blokiem. Otwieraj.

Stój! niemal zapiszczał Marek. Nie wchodź! Poczekaj na ławce. Daj mi dosłownie dziesięć minut.

Ty sobie jaja robisz?! wybuchła Dagna, nie zważając na zdziwione spojrzenia przechodniów. Marek, tu zaraz urodzę z nerwów! Jakie dziesięć minut? Nogi mi spuchły, nie mogę stać!

Niespodzianka jeszcze nie gotowa! powtarzał uparcie. Jak wejdziesz teraz, wszystko na nic! Usiądź na ławce, odetchnij.

Pięć minut, Dagusiu, daję słowo! Kończę zaraz!

Rozłączył się. Dagna padła na siedzisko przy klatce. Siaty z hukiem trafiły na chodnik.

Najchętniej rzuciłaby ten nieszczęsny pakunek z mięsem w okno na trzecim piętrze, prosto do ich pokoju.

Minęło dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Siedziała, obejmując brzuch, bulgocząc w środku od złości.

Wyobrażała sobie, jak wchodzi a tam co? Bukiet róż? Śniadanie przy świecach? Skrzypek w kącie?

Czegokolwiek by tam nie było, żadne cuda świata nie są warte tego, żeby ciężarna siedziała na zimnie po nieprzespanej nocy.

Po trzydziestu pięciu minutach drzwi klatki skrzypnęły.

Wyskoczył Marek. Wyglądał na opętanego: koszulka na lewej stronie, czoło spocone, włosy w każdą stronę.

O, siedzisz! wymusił uśmiech, łapiąc torby. No nie bądź taka zła, patrz, jak fajnie no dobra. Idziemy!

Ty czemu cały mokry i czemu od ciebie wali domestosem na kilometr? zmrużyła oczy Dagna, podnosząc się z trudem.

Zobaczysz! energicznie pomknął do windy, aż podskakiwał z podniecenia.

Weszli. Marek z triumfem otworzył drzwi i zatrzymał się, czekając na wiwaty.

Dagna weszła do przedpokoju, wciągając ostry zapach chloru zmieszanego z tanim świeżym odświeżaczem powietrza.

Zajrzała do pokoju, kuchni, łazienki.

Mieszkanie było przerażająco czyste, a jednocześnie dziwnie puste.

Wszystko, co zwykle walało się po krzesłach zniknęło. Dywan odkurzony (tu i ówdzie jeszcze widoczne ślady wody), kurz z półek starty.

Jej figurki stłoczone żałośnie w kącie.

No? Marek promieniał, jakby wygrał tysiąc złotych w totka. I co powiesz? Niespodzianka!

Dagna odwróciła się powoli.

To wszystko? zapytała cicho.

Jak to wszystko? Marek aż usiadł z oburzenia. Dagna! Zobacz, trzy godziny tu sprzątałem!

Podłogi umyte wszędzie, choćby pod kanapą!

Garki wymyte, kibel błyszczy jak nowy!

Chciałem, żebyś od razu weszła do czystego mieszkania, żebyś nie musiała nic robić!

Zasuwałem jak wół, jak ty tam mięso kupowałaś.

Dagnie stanęła gula w gardle.

Czyli po to przełknęła ślinę, żeby nie zapłakać …po to, żeby podłogę umyć, ja musiałam łazić do sklepu z brzuchalem?

Nie mogłeś po mnie wyjść, bo mopowałeś podłogę?!

No tak! rozłożył ręce. Przecież zawsze narzekasz, iż nic nie sprzątam! A tu chciałem, żebyś zobaczyła różnicę. Przyjechałaś za wcześnie, nie zdążyłem! Musiałem cię zająć, żeby dokończyć.

A ty zamiast się ucieszyć, patrzysz na mnie, jakbym paczki kiełbasy ci do kapci wsadził.

Marek, ty jesteś nienormalny? głos Dagnie się załamał. Mam gdzieś, jak wygląda podłoga!

Plecy mnie bolą, dźwigałam siaty z jedzeniem, jestem w ciąży! Wiesz co to znaczy? W C I Ą Ż Y!

Potrzebowałam, żebyś mnie za rękę wziął, a nie żebyś z mopem się wygłupiał!

Marek aż spąsowiał i rzucił ścierkę do zlewu.

No świetnie, zaczyna się! wrzasnął. Tylko narzekanie! Od piątej rano na kolanach latam, żeby zrobić ci frajdę, a ty awantura.

Widzisz, jak tu czyściutko? choćby na ślub tak nie było!

Po co mi taka czystość, jeżeli kosztuje mnie tyle nerwów? Dagna łapała oddech z oburzenia. Czekałeś, aż zamarznę na ławce pół godziny!

Nogi mnie bolą jak diabli! Musiałam dźwigać zakupy, choć ledwo chodzę! Marek, to nie niespodzianka, to sadyzm!

Sadyzm?! Marek ruszył w kółko po kuchni, jak kogut z obciętą głową. Przepraszam, iż nie jestem idealny, jakbyś chciała! Innej by się podobało: mąż posprzątał, kolację robi! A ty? Ciągle o sobie: och, mój brzuch, och, moje plecy.

A ja? Myślisz, iż mi lekko? Też nie spałem, całą noc myślałem, jak ci zrobić przyjemność!

Dagna zakryła twarz dłońmi.

Ty nic nie rozumiesz zaszlochała. Zamieniłeś moje zdrowie na błyszczący parapet.

Co ma piernik do wiatraka! Marek znów podniósł głos, stukając pięścią w blat. Ty wracasz za wcześnie! To ty rozwaliłaś niespodziankę!

Gdybyś była jak mówiłaś, w czwartek, byłoby wszystko gotowe i super.

Ale nie! Musiałaś przyjechać dziś w nocy! I jeszcze na mnie zwalasz winę.

Jesteś po prostu niewdzięczna, Dagna. Ot co.

Trzasnął drzwiami i poleciał do sypialni.

Mały w brzuchu kopnął ponownie. Dagna usiadła na stołku, gapiąc się na paczkę mięsa, którą Marek zapomniał wsadzić do lodówki.

Było jej autentycznie niedobrze aż ją mdliło.

Po dziesięciu minutach drzwi od kuchni się uchyliły.

No to gotować tę wołowinę, czy teraz już nie zjesz, żeby mi zrobić na złość? mruknął Marek zza framugi.

Nie chcę nic, Marek powiedziała cicho, choćby nie patrząc w jego stronę. Po prostu daj mi spokój. Chcę spać.

No i proszę bardzo! znów trzasnął drzwiami.

Dagna powlokła się do łazienki.

Tam zobaczyła w lustrze blade odbicie z sińcami pod oczami i włosami sterczącymi jak szczotka.

Przypomniała sobie, jak wracała autobusem, jak marzyła, iż Marek ją przywita: Całe szczęście, iż jesteś w domu.

No, marzenie.

Jak tylko wyszła z łazienki, awantura zaczęła się od nowa.

Mąż wrzeszczał, a na koniec rzucił w nią paczką mięsa.

Wyszła z domu jak stała, dobrze, iż choćby nie zdążyła się przebrać.

I z powrotem do rodziców.

***
W cały rozwód zaangażowała się cała rodzina: teściowie, szwagierka, choćby ciotki z Wrocławia.

A i Marek regularnie dzwonił i prosił, by wróciła.

Dagna jednak podjęła decyzję: taki mąż? Nie, dziękuję, będzie rozwód, cokolwiek by ktoś nie mówił.

Bo po co jej partner, dla którego czysta podłoga jest ważniejsza niż zdrowie jeszcze nienarodzonego dziecka?

Idź do oryginalnego materiału