Nazywał się Marek Dudziak, miał czterdzieści dwa lata i pracował jako inżynier budowy — trzy tygodnie na kontrakcie przy elektrowni w Bełchatowie, tydzień w domu, i tak od ośmiu miesięcy. Klatka schodowa pachniała farbą, bo sąsiad z parteru w końcu skończył malować balustrady, obiecując to sobie od Wielkanocy. Marek pamiętał ten zapach, bo to była ostatnia normalna rzecz, jaką poczuł tego wieczoru.
Drzwi otworzył kluczem, nie dzwonkiem — nie chciał, żeby Ela zdążyła cokolwiek pochować.
Zapach uderzył go zanim jeszcze zobaczył przedpokój. Nie kurz, nie brud typowy dla kogoś zmęczonego. Coś słodkawego i zepsutego, jakby w kuchni od tygodnia leżało coś, czego nikt nie miał zamiaru wyrzucić. Buty zostawił na wycieraczce, choć zwykle stawiał je równo w szafce — teraz po prostu nie było gdzie, bo cała podłoga w korytarzu była zasłana kurtkami, reklamówkami z osiedlowego Żabki i jedną zgniecioną butelką po piwie Tyskie, z której na panele sączyła się ciemna smużka.
Salon wyglądał jak po jakiejś domowej katastrofie, którą ktoś przespał. Telewizor grał serial bez dźwięku prawie — ledwo słyszalny szmer, ekran rzucał niebieskawe światło na stos kartonów po pizzy z pobliskiej pizzerii, na których wciąż widniał numer telefonu i logo firmy. Na dywanie, tym samym, który kupili razem cztery lata temu w Agata Meble, leżał stanik i para skarpetek. Na stoliku stały puste kubki po kawie z zaschniętymi śladami na dnie, obok telefon podłączony do ładowarki i pilot od telewizora, wyślizgany od ciągłego trzymania.
A na kanapie, w kokonie z koca i poduszek, leżała Ela — jego żona od jedenastu lat. Nie odwróciła się, kiedy wszedł. Ręka automatycznie sięgnęła po paczkę chipsów paprykowych, opróżnioną już do połowy.
— Ela — powiedział. Głos mu się załamał na tym jednym słowie, jakby gardło zapomniało, jak się mówi w tym mieszkaniu. — Wyłącz to na chwilę.
Dopiero po dłuższej chwili odwróciła głowę. W oczach miała ten sam wyraz, co ktoś, komu przerwano istotny mecz — irytację bez odrobiny wstydu.
— O, jesteś — rzuciła, sięgając po pilota, żeby ściszyć. — Trzy tygodnie cię nie było, a ty od progu robisz aferę. Bolała mnie głowa. Odpoczywałam.
— To nazywasz odpoczynkiem? — Zrobił krok i but potrącił pustą puszkę po Redbullu, która potoczyła się z brzękiem pod stolik. — Ela, tu śmierdzi jak w śmietniku. Co się tu wydarzyło przez trzy tygodnie?
— Dom, dom — przedrzeźniła go, wzruszając ramionami. — Nagle sobie przypomniałeś, iż masz dom. Nie posprzątałam. No i co z tego? Miałam prawo być sama, prawo nic nie robić. Nie liczyłeś chyba, iż będę cię tu witać z obiadem?
Poszedł do kuchni, bo musiał to zobaczyć, chociaż już wiedział, iż nie powinien. Zlew zniknął pod stertą naczyń, na kilku talerzach osiadł biały nalot pleśni, na blacie stały otwarte słoiki po ogórkach konserwowych — puste, z octowym zapachem mieszającym się z czymś gorszym. Na lodówce wisiała kartka z listą zakupów, którą sam napisał przed wyjazdem: mleko, chleb, jajka. Nikt jej nie tknął.
— Nie proszę o obiad, Ela. Proszę o zwykły porządek. Pracuję na kontrakcie, żeby to mieszkanie w ogóle istniało, a ty zrobiłaś z niego wysypisko. Popatrz na to.
Podniosła się gwałtownie, koc zsunął się na podłogę.
— Widzę! Widzę, iż stoisz i mi wykładasz! Nie jestem twoją służącą! Nie podoba ci się — szmatka jest pod zlewem, odkurzacz w schowku. Chcesz porządku, to posprzątaj sam! A jak głodny, to zamów sobie coś, kasę chyba masz, czy już wszystko przepiłeś na tym kontrakcie?
Ten ostatni zarzut zawisł w powietrzu jak coś, czego nie da się cofnąć. Marek stał w progu kuchni i patrzył na kobietę, z którą jadł śniadania przez jedenaście lat, i nie poznawał jej. W jej oczach nie było ani śladu tego ciepła, które pamiętał sprzed lat — tylko chłodna, roszczeniowa pogarda człowieka, który uznał, iż mu się coś należy bez żadnego wysiłku z jego strony.
Coś w nim się wtedy urwało — cicho, bez awantury.
— Szmatkę — powtórzył spokojnie. — I jedzenie z dowozu. Jasne.
Odwrócił się i poszedł do kuchni, jakby rzeczywiście miał zamiar sprzątać. Ela, zadowolona, iż wygrała, wróciła na kanapę i podgłośniła telewizor.
Nie widziała, iż zamiast szmatki wziął z szuflady teczkę z dokumentami mieszkania i telefon.
Zadzwonił do kolegi z pracy, Tomka, który dwa lata temu przechodził rozwód i miał dobrego prawnika w kancelarii przy ulicy Marszałkowskiej. Umówił się na jutro, dziewiąta rano. Tego wieczoru spał w hotelu obok Dworca Centralnego — nie chciał zasnąć w tym zapachu jeszcze raz.
Rano, w kancelarii pachnącej świeżo zaparzoną kawą i papierem, prawniczka, pani mecenas Kowalik, wysłuchała go bez emocji i zapytała tylko o jedno: czy mieszkanie było kupione przed ślubem, czy w trakcie.
— Przed. Wpłaciłem zaliczkę deweloperowi na Bemowie jeszcze jako kawaler. Ela dołożyła się do wykończenia, mamy na to rachunki.
— To ułatwia sprawę. Rozdzielność majątkowa nie była podpisana?
— Nie było.
— Wspólność ustawowa, ale mieszkanie jako majątek odrębny, jeżeli udowodnimy nabycie przed małżeństwem i źródło środków na wykończenie. To się da rozdzielić bez wojny, jeżeli ona się nie będzie upierać.
Wrócił po dwóch dniach — nie do rozmowy, tylko po rzeczy i po odpowiedź. Ela otworzyła drzwi w tym samym szlafroku, w którym chodziła od tygodni, z miną kogoś pewnego, iż wszystko wróci do starego rytmu, bo zawsze wracało.
— A, przyszedłeś się kajać? — zapytała, opierając się o framugę.
Podał jej kopertę, nie wchodząc dalej niż do progu.
— To pozew o separację i wniosek o podział majątku. Mieszkanie jest moje, kupione przed ślubem, mecenas Kowalik ma wszystkie papiery. Dostaniesz miesiąc na wyprowadzkę, zgodnie z prawem. Konto wspólne zamknąłem dzisiaj rano, przelałem twoją połowę oszczędności na twoje osobiste konto — dwadzieścia dwa tysiące złotych, masz potwierdzenie w mailu.
Ela otworzyła usta, ale nic z nich nie wyszło od razu.
— Żartujesz sobie. Po jedenastu latach?
— Po jedenastu latach, w których ostatnie osiem miesięcy wyglądały tak, jak wyglądały te trzy tygodnie, kiedy mnie nie było. Nie zamawiam już jedzenia z dowozu do tego mieszkania, Ela. Ono nie jest już moim domem od dawna, ty je po prostu w nim nie mieszkałaś ostatnio.
Zamknął za sobą drzwi klatki schodowej, w której wciąż pachniało farbą, i zszedł na dół, nie oglądając się na okno trzeciego piętra, w którym przez chwilę zapaliło się i zgasło światło.












