Wędrował chwiejnym krokiem po nocnych ulicach Warszawy, po solidnej dawce alkoholu. Dokąd go nogi poniosą? To go nie obchodziło – przecież to jego miasto, prędzej czy później trafi do domu. Teraz miał ważniejsze zajęcie: rozmyślał filozoficznie na głos.

twojacena.pl 7 godzin temu

Dawno temu, w jednym z wieczorów w sercu Warszawy, szedł chwiejnym krokiem mężczyzna. Zbyt wiele kieliszków wódki wypitych tego wieczoru sprawiło, iż ledwie trzymał się na nogach, ale nie przejmował się tym zbytnio znał to miasto od podszewki, a nogi, prędzej czy później, same zaprowadzą go pod adekwatny adres. Znacznie ważniejsze były jego nocne rozważania, które wypowiadał na głos.

Dlaczego, dlaczego moje życie tak wygląda? mruczał. Dwadzieścia siedem lat, moi kumple mają już dzieci chodzące do szkoły, a ode mnie wszystkie kobiety uciekają po miesiącu i to w najlepszym wypadku. Jestem chamski? No bywa, nie zaprzeczam Ale taki już powinien być facet uśmiechnął się pod nosem Bartosz. Jedyne, co mi się w życiu udało, to interesy. Do milionera daleko, ale wystarcza na eleganckie życie.

Nagle przystanął, złapał się za głowę, a z jego oczu popłynęły łzy.

Ile ja już oddałem temu lekarzowi pieniędzy A na końcu: Nie mogę nic zrobić Tu jest adres jednego profesora w Warszawie, ale nie wierzę, żeby on coś wskórał. A ja jutro pojadę do tego profesora, choćby nie wiem co.

Stanął przy miejskim moście. Spojrzał na ciemną taflę Wisły:

Może rzucić się w nurt? Rzeka głęboka raz, dwa i po wszystkim popatrzył jeszcze raz na wodę. Nie, nie utopię się. Za zimno. Poza tym Sokratesa nie nakarmiłem. Idę do domu.

Ruszył przez most i wtedy zobaczył na jego środku dziewczynę, młodą, niemal dziecięcą. Przypięty do piersi plecak z małym dzieckiem wewnątrz. Stała i patrzyła w wodę, a potem nagle zaczęła wspinać się na barierkę mostu, rozłożyła ręce Bartosz rzucił się naprzód, złapał ją wpół i razem upadli na bruk. Dziecko rozpłakało się.

Zwariowałaś?! krzyknął Bartosz, natychmiast otrzeźwiony.

Czego chcesz?! Po co się wtrącasz? zawołała rozpaczliwie.

Jakoś tak poczułem, iż jeszcze nie twoja kolej, żeby umierać wskazał na płaczącego malca. A już na pewno nie jego. No wstawaj, wracaj do domu, do męża albo matki! Komuś przecież jesteś potrzebna?

Nie mam ani domu, ani męża, ani matki. Nikogo nie mam

No pięknie, trafiłaś mi się na głowę postawił ją na nogi razem z dzieckiem. Chodź!

Nie pójdę z tobą! Co, jeżeli jesteś psycholem?

Szukasz śmierci, proszę bardzo, zawsze można odparł szorstko. Ale z psycholem to już straszniej? szarpnął ją za rękę. Chodź!

***

Szli przez nocną Warszawę przy akompaniamencie płaczu dziecka. Wreszcie Bartosz nie wytrzymał:

Czemu on cały czas płacze?

Głodny kobieta przytuliła synka do piersi.

No to nakarm go.

Nie mam mleka. Nie mam pieniędzy.

I chyba rozumu też nie masz mruknął Bartosz. O, tam jest całodobowy sklep. Idziemy po mleko.

***

Kasjerka i ochroniarz patrzyli na nich podejrzliwie. Bartosz zdecydowanym krokiem złapał koszyk i skinął na dziewczynę.

Chodź. Podszedł do kasy. Gdzie trzymacie mleko?

Tam pokazała kasjerka.

Przy półce rzucił polecenie:

Bierz!

To ujęła najmniejszy kartonik.

Bierz więcej. Ile trzeba tyle bierz! poczekał, aż wrzuci kolejne opakowania do koszyka. Co jeszcze?

Pieluchy.

Co to?

Tam w rogu uśmiechnęła się delikatnie.

Bierz!

A chusteczki nawilżane?

Może być.

Przy kasie Bartosz podał kartę, ale kasjerka odparła:

Tylko gotówka.

Wyciągnął zgnieciony plik dwustuzłotowych banknotów, podał jeden.

Reszty nie mam usłyszał w odpowiedzi.

To dajcie czekoladę na resztę wskazał zirytowany.

***

W mieszkaniu kobieta rozglądała się z niedowierzaniem, a gospodarz zdjął buty, rzucił je w kąt, sięgnął po rybę z lodówki i rzucił ją podbiegającemu kotu. Następnie łapczywie wypił sok i podszedł do gościa:

Prześpisz się tu, pokazał ręką pokój. Kuchnia, łazienka, wanna, wszystko masz, ja idę spać.

Gdy odchodził do sypialni, zatrzymał się:

Jak masz na imię?

Dobrosława.

Bartosz.

***

Chyba nie psychol! myślała Dobrosława, stawiając na kuchence czajnik. Ależ głupia byłam! Mało brakowało, a rzuciłabym się do Wisły. Gdyby nie ten dziwak Co bym zrobiła z Maćkiem na mrozie? Pewnie i tak jutro nas wyrzuci. Ale przynajmniej dziś cieplej.

Czajnik zagwizdał. Dobrosława pobiegła do pokoju, położyła płaczącego Maćka na łóżku, wyjęła z plecaka buteleczkę. Znów do kuchni wyparzyła ją, nalała mleka, rozcieńczyła wrzątkiem.

Maluch wypił z łapczywością i zasnął spokojnie. Przetarła go chusteczką, przebrała w nową pieluchę. I też przyłożyła głowę do poduszki, zjadłszy wcześniej pierwszy od dawna kawałek wędliny i sera znaleziony w lodówce.

***

Nad ranem, po kilku pobudkach na karmienie, usłyszała, jak gospodarz już krząta się w kuchni.

Koniec dobrego, czas iść pomyślała, delikatnie wstając.

Bartosz przyrządzał jajecznicę.

Siadaj! powiedział, wskazując stołek.

Usiądź sam! lekko go odsunęła, sięgnęła po świeży koperek, posypała jajecznicę i przygotowała filiżankę kawy.

On przez cały czas wydzwaniał, coś załatwiał, narzekał, rozkazywał. Dobrosławie wydało się, iż choćby jej nie dostrzega. Po śniadaniu wstał.

Cała spięta czekała: To już, zaraz nas wyrzuci.

Dobrosława, słuchaj uważnie! Wyjeżdżam na tydzień. Najważniejsze: karm kota Sokrates mu na imię. Nie dawaj mu żadnych gotowych karm! Ma dostawać świeżą rybę, mięso. Do mojego gabinetu nie wchodzić! We wszystkich innych pokojach rób, co chcesz.

W tym momencie rozległ się płacz dziecka. Dobrosława zerwała się i poszła do pokoju. Po chwili wróciła z Maćkiem na rękach.

Na stole leżało kilka dwustuzłotowych banknotów.

Tu masz na tydzień, powinno wystarczyć rzucił. Idę.

Chciał już wyjść, gdy maluch wyciągnął do niego ręce i zamamrotał coś na kształt ta-ta. Bartoszowi aż ścisnęło się serce, choć wiedział, iż nigdy ojcem nie zostanie.

Dobrosława, mogę go wziąć na ręce? powiedział, sam zaskoczony swoim pytaniem.

Weź podała mu Maćka i uśmiechnęła się. Nigdy nie miałeś dziecka na rękach?

Nie.

To trzymaj!

Maluch rozpromienił się, machał rączkami i gaworzył z radością. Bartosz patrzył jak zaczarowany.

Mnie nigdy nie będzie dane mieć syna przeszło mu przez myśl, gdy oddawał dziecko matce.

I wyszedł.

***

Wrócił kilka dni później. Ten profesor z Warszawy nie pozostawił złudzeń nie będzie miał dzieci. Humor miał pod psem: Po co mi tyle pieniędzy, czteropokojowe mieszkanie, terenówka? Facet powinien zarabiać dla rodziny. A u mnie tylko kurz i bałagan. Siedem miejsc w samochodzie dla kogo?.

Wszedł do swojego mieszkania wszędzie idealny porządek. Dobrosława spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.

Ta-ta! znów zabłysły przed oczami dziecięce rączki.

Walizka wypadła mu z rąk, a on sam sam wyciągnął ręce po dziecko.

Idź do oryginalnego materiału