Mamo, pewnie czasem siedzisz sama w kuchni, przeglądając stare kartki z życzeniami, gdzie wszyscy cieszą się z moich narodzin. Na tych żółknących zdjęciach uśmiechają się ludzie, których połowy już nie ma. Trzymasz w szufladzie moją pierwszą pieluszkę, mleczny ząb w woreczku, pukiel jasnych włosów. Jakbyś chciała zatrzymać czas, gdy byłem malutnieńki. Żaden album nie cofnie wskazówek zegara. A jednak zbierasz te skarby, bo wciąż jestem twoim synem.
Dorosłem. Mam trzydzieści parę lat, żonę, kredyt na mieszkanie w Warszawie i obowiązki sięgające sufitu. Ale wiesz, mamo? W głębi serca pozostaję tym samym chłopcem, który wracał do domu z zadrapanymi kolanami, pałą z matematyki i łzami w oczach. Wtedy nie pytałaś o powody — przytulałaś. Wiedziałem: może jutro usłyszę wykład, ale dziś jestem po prostu kochany. Bezwarunkowo.
Chcę, żebyś wiedziała — to ciągle ja. Tylko w garniturze, z przelewami na koncie i telefonami odłożonymi „na później”. Nie z braku pamięci. Ze wstydu, iż bywam słaby, niedoskonały, zagubiony. Gdy świat przygniata, myślami wracam do naszego domu w Poznaniu, gdzie pachniało piernikami, a twój głos mówił: „Ważne, iż jesteś. Reszta się ułoży”.
Pamiętasz płaszcz w szaro-brązową kratę z szóstej klasy? Kupiłaś go „na wyrost”, ciesząc się, iż wreszcie pasuje. A ja rzucałem książkami, krzycząc, iż wyglądam jak pajac. Dziś noszę identyczny — markowy, dobrany przez image makera, wart tyle co całe nasze stare umeblowanie. Wciąż jednak czuję się w nim jak tamten chłopiec. Twój.
Nasze wspólne lata to nie tylko wspomnienia. To fundament. Kamień węgielny mojego „ja”. Ty jesteś jedyną osobą, która pamięta prawdziwego mnie. Gorączki przy świetle nocnej lampy, strach przed burzą, ukrywanie się w szafie gdy zdechł Rex. Przeżyłaś ze mną każdy rozdział. Dlatego na zawsze pozostanę twoim dzieckiem.
Czasem czuję, mamo, iż świat chce ode mnie zbyt wiele. Korporacja żąda wyników, żona oczekuje uwagi, dzieci — obecności. Gonię, by nie stracić pozycji, szacunku, siebie. Tylko w twoim mieszkaniu na Woli mogę zdjąć maskę. Usiąść w dresie, z kubkiem herbaty, bez tłumaczeń.
Nie pytasz o powody. Stawiasz szarlotkę, głaszczesz po ręku i mówisz: „Prześpij się”. To jedyne miejsce, gdzie nie muszę być bohaterem. Gdzie wolno mi być złamanym. I właśnie dlatego wciąż jestem twoim synem.
Nic nie jest pewne, mamo. Interesy się sypią, przyjaciele odjeżdżają do Londynu, związki gasną. Ty jesteś jak dąb w parku Łazienkowskim — korzeniami trzymasz moją rzeczywistość. Twoja miłość przetrwała bunt, trzaskanie drzwiami, milczenie przez miesiące. Nie była kuponem rabatowym ani umową. Była jak latarnia w zimie — stała, choćby gdy odwracałem wzrok.
Kocham Magdalenę. Na początku pytałaś: „Co was łączy?”. Odpowiem: przechowuje pierwsze zęby naszej Zosi, zbiera w zeszycie głupie teksty Antka, przytula gdy świat boli. Czeka na dzieci tak jak ty — nie na ideały, ale na swoje skruszone skarby. Patrząc na nią, mniej boję się jutra. Wspominając ciebie — mniej wstydzę się wczoraj.
Dziękuję ci, mamo. Za przechowane sweterki, noce przy moim łóżku, za „jakoś to będzie”. Za to, iż mimo wszystko… wciąż jestem twoim chłopcem. I nim zostanę, choćby gdy moje włosy posiwieją jak twoje.