Warsztat Tomka za trzysta osiemdziesiąt tysięcy złotych

twojacena.pl 1 tydzień temu

Nazywam się Tomasz Wiater, mam czterdzieści jeden lat i przez jedenaście lat prowadziłem warsztat samochodowy przy ulicy Krzemowej w Bydgoszczy, który zbudowałem razem z teściem, Ryszardem. Piszę to nie po to, żeby się usprawiedliwiać. Piszę, bo w tej historii, którą opowiada moja teściowa na każdym rodzinnym obiedzie, ja wychodzę na drania, a nikt nie pyta, jak to wyglądało z mojej strony.

Ryszard zmarł w lutym, dokładnie osiemnaście miesięcy temu. Zawał, na parkingu przed Biedronką, kluczyki od passata jeszcze w ręku. Warsztat prowadziliśmy razem od dwunastu lat – on dorzucił połowę pieniędzy na start, ja wkładałem robotę, siedem dni w tygodniu, ręce w oleju po łokcie. Nigdy nie spisaliśmy tego porządnie, bo „rodzina to rodzina", jak mawiał. No i się doigraliśmy.

Po pogrzebie moja żona Kasia siedziała w kuchni trzy dni i nie odzywała się do nikogo. Ja musiałem otworzyć warsztat już we wtorek, bo trzech klientów czekało z autami na przeglądzie, a raty za sprzęt do diagnostyki same się nie spłacą. Teściowa, Halina, zapamiętała chyba tylko to jedno: iż nie zamknąłem interesu na tydzień żałoby. Że „nawet nie dał ojcu spokojnie odejść, od razu liczył zyski".

A jak było naprawdę? Trzy tygodnie po pogrzebie okazało się, iż Ryszard, mój teść, na sześć miesięcy przed śmiercią przepisał swoją połowę warsztatu – budynek, podnośnik, wszystko – nie na córkę, nie na wnuki, tylko na swojego brata Zenona, z którym się prawie nie widywał. Zenon, który przez dwadzieścia lat mieszkał w Niemczech i nagle przypomniał sobie, iż ma w Polsce nieruchomość wartą, jak się okazało z wyceny, trzysta osiemdziesiąt tysięcy złotych.

Halina o tym nie wiedziała. Albo nie chciała wiedzieć – bo kiedy przyniosłem jej kopię aktu notarialnego, spojrzała na papier tak, jakby to był mój wymysł, a nie podpis jej męża. Powiedziała, iż kłamię, iż próbuję zrzucić winę na zmarłego, żeby wyjść na ofiarę. Zenon tymczasem przyjechał z Hamburga swoim srebrnym passatem – tym samym modelem, co ten, przy którym Ryszard umarł, co mnie zresztą zmroziło – i oświadczył, iż warsztat sprzeda, bo „nieruchomości w Bydgoszczy teraz dobrze idą", a on ma kredyt do spłacenia we Frankfurcie.

Kasia płakała po nocach, nie z tęsknoty za ojcem już nawet, tylko z bezsilności. Ja siedziałem w kuchni, w tej samej, gdzie Halina piekła serniki na każde urodziny dzieciaków, i liczyłem, ile jeszcze wytrzymamy bez tego miejsca – bo moja połowa nic nie znaczyła, skoro budynek stał na wspólnej działce, a bez zgody drugiego współwłaściciela nie mogłem choćby wymienić szyldu.

Zenon dał nam dwa miesiące na „polubowne rozwiązanie", czyli na wykupienie jego udziału albo wyprowadzkę. Kwota, którą podał, żeby nas spłacić – dwieście dziesięć tysięcy złotych za jego połowę – równała się w zasadzie wyrokowi śmierci na cały biznes. Nie mieliśmy takich pieniędzy. Bank patrzył na nas jak na powietrze, bo firma bez własnej nieruchomości to żadne zabezpieczenie.

W tym samym czasie Halina zaczęła mówić rodzinie, iż to ja doprowadziłem Ryszarda do zawału, bo „ciągle go poganiałem z tym warsztatem". Kasia przestała odbierać telefony od matki. Ja przestałem chodzić na niedzielne obiady, bo nie umiałem już siedzieć przy stole i słuchać, jak ktoś opowiada wersję, w której jestem człowiekiem, który okradł umierającego teścia.

Przełom przyszedł przypadkiem. Mechanik, który pracował u nas najdłużej, Grzegorz, przypomniał sobie, iż Ryszard, gdy chorował na serce ostatnie pół roku, kilka razy zostawał sam w biurze z jakimś adwokatem z Warszawy – nie miejscowym notariuszem, którego znaliśmy, tylko obcym człowiekiem, który przyjeżdżał czarnym subaru i nigdy nie wchodził do warsztatu, tylko czekał w samochodzie z silnikiem na chodzie. Poszedłem do tego adwokata z pytaniem wprost. Nie chciał gadać, dopóki nie powiedziałem, iż idę na policję sprawdzić, czy Ryszard w ogóle był zdolny do czynności prawnych w dniu podpisania aktu – bo brał wtedy silne leki na serce i, jak wynikało z dokumentacji szpitalnej, miał epizody dezorientacji.

Wtedy adwokat zmiękł i przyznał, iż to Zenon zapłacił mu za sporządzenie umowy, iż przyjechał z Ryszardem osobiście, iż cała sprawa wyglądała na przygotowaną z wyprzedzeniem, a nie na spontaniczną wolę umierającego brata. To wystarczyło, żeby zgłosić się do innego prawnika, tym razem naszego, i złożyć wniosek o zbadanie ważności aktu notarialnego ze względu na stan zdrowia Ryszarda w chwili podpisania.

Sprawa ciągnęła się osiem miesięcy. Halina przez większość tego czasu przez cały czas stała po stronie Zenona, bo – jak twierdziła – „nie będzie oskarżać zmarłego męża o głupotę". Dopiero kiedy sąd w Bydgoszczy, na podstawie opinii biegłego kardiologa i neurologa, uznał, iż w dniu podpisania Ryszard znajdował się pod wpływem silnych leków obniżających zdolność do świadomego podejmowania decyzji, i unieważnił przepisanie udziału – dopiero wtedy Halina zamilkła.

Nie przyszła na rozprawę, na której czytano wyrok. Zenon przyjechał, siedział w tym samym garniturze co na pogrzebie brata, i kiedy usłyszał, iż musi zwrócić udział oraz pokryć koszty postępowania – jakieś czternaście tysięcy złotych – wstał i wyszedł bez słowa. Odezwał się tylko raz, przez SMS do Kasi: „Rodzina się tak nie robi." Kasia nie odpisała.

Miesiąc później poszedłem do notariusza sam, z Kasią, i przepisaliśmy cały warsztat na spółkę cywilną, tylko na nas dwoje, żeby nikt więcej nigdy nie mógł się wtrącić w to, co budowaliśmy z Ryszardem od zera. Zmieniłem też zamki w biurze – nie dlatego, iż się bałem włamania, tylko dlatego, iż nie chciałem, aby Zenon, mając jeszcze przez pewien czas dostęp do dokumentów firmy jako były współwłaściciel, mógł tam wejść bez zapowiedzi.

Halina zadzwoniła do mnie tydzień po wyroku. Nie przeprosiła – powiedziała tylko, iż chce zobaczyć wnuki w niedzielę. Odebrałem, powiedziałem, iż w porządku, iż dzieci ucieszą się na jej widok. O warsztacie nie mówiliśmy ani słowa. Odłożyłem telefon, poszedłem do garażu i podniosłem maskę forda, który czekał na wymianę oleju – bo klienci wciąż przyjeżdżają, niezależnie od tego, kto komu wybaczył, a kto nie.

Idź do oryginalnego materiału