Nazywam się Ryszard Baran, mam sześćdziesiąt jeden lat i od dwudziestu sześciu lat prowadzę stację diagnostyczną przy Grochowskiej, tuż obok warzywniaka pana Zenka. Znam tu każdego, kto przyjeżdża wymienić olej czy sprawdzić hamulce przed przeglądem. Znałem też Henryka Wolskiego – przychodził co dwa tygodnie, czasem bez żadnego powodu, po prostu żeby usiąść na starym fotelu z poczekalni i pogadać o silnikach diesla.
Henryk miał córkę, Martynę, i zięcia, Bartka, który prowadził niewielki serwis opon dwie przecznice dalej. To Bartek namówił go, żeby przepisał na niego udziały w firmie transportowej, którą Henryk budował od zera przez trzydzieści dwa lata – trzy ciężarówki, magazyn na Pradze, umowa z siecią marketów. Miałem robić przeglądy tym ciężarówkom co pół roku, więc wiedziałem, ile ta firma jest warta. Coś koło miliona dwustu tysięcy złotych.
Powiem od razu: nie byłem przy tym, jak podpisywali papiery u notariusza. Wiem tylko to, co widziałem z okna mojego warsztatu i co Henryk sam mi później opowiedział, siorbiąc kawę z kubka po oleju silnikowym, bo innego nie miałem pod ręką.
Zaczęło się od tego, iż Bartek zaczął przyjeżdżać do Henryka w niedziele, zawsze z ciastem z cukierni na Rondzie Wiatraczna, zawsze z tym samym pytaniem: kiedy teść pomyśli o „zabezpieczeniu przyszłości firmy". Mówił, iż bank patrzy krzywo na spółkę, gdzie prezesem jest człowiek po siedemdziesiątce. Że kredyt na nową ciężarówkę łatwiej dostanie młodszy właściciel. Że to tylko formalność, papier, nic się nie zmieni, tato dalej będzie decydował.
Henryk zmienił mi wtedy filtr paliwa w swoim starym volvo i zapytał, co bym zrobił na jego miejscu. Powiedziałem, iż ja bym się nie spieszył. Nie posłuchał – to nie moja sprawa była, żeby się wtrącać bardziej.
Podpisali w kwietniu. W maju Bartek przestał przyjeżdżać w niedziele. W czerwcu zmienił zamki w biurze na Kawęczyńskiej – Henryk przyjechał odebrać swoje rzeczy z gabinetu i zastał ochroniarza, którego nigdy wcześniej nie widział. Chłopak z ochrony powiedział, iż ma listę osób upoważnionych do wejścia i nazwiska Wolski na niej nie ma.
Widziałem Henryka tego dnia – przyjechał do mnie, bo nie miał gdzie pojechać, a mój warsztat był po drodze do domu. Siedział w poczekalni prawie dwie godziny, nie odzywając się, tylko obracał w palcach kluczyki od volvo, które i tak już nie pasowały do żadnej z jego ciężarówek.
Zapytałem go wtedy wprost, co teraz zrobi z córką – bo przecież to ona wszystko obserwowała, mieszkała piętro wyżej w tym samym bloku na Saskiej Kępie co Henryk. Powiedział, iż Martyna dzwoni raz w tygodniu, pyta, czy tata coś je, i zmienia temat, kiedy on zaczyna mówić o firmie. Że w zeszłym roku, kiedy leżał w szpitalu na Grochowskim z zapaleniem płuc, to sąsiadka z dołu, pani Krysia, przynosiła mu rosół, a nie własna córka.
Henryk miał zwyczaj: zanim wyszedł z warsztatu, zawsze głaskał psa mechanika, kundelka imieniem Śruba, którego trzymaliśmy przy wjeździe. Tego dnia też pogłaskał, ale trwało to dłużej niż zwykle – jakby ta psia sierść była jedyną rzeczą, która go jeszcze trzymała w pionie.
Przez lato przyjeżdżał częściej niż zwykle, choć volvo nie potrzebowało już żadnych napraw. Raz przywiózł mi termos z herbatą miętową i powiedział, iż w telewizji akurat leciał program o budowie metra na Targówku, i iż to jedyna rzecz, która go teraz interesuje – bo w niej nie ma nic, co musiałby stracić.
We wrześniu zadzwoniła do mnie Martyna. Nie znałem jej numeru wcześniej – dała mi wizytówkę Henryk, gdy zostawiał u mnie samochód na dłużej. Powiedziała, iż szuka ojca, bo nie odbiera telefonu od trzech dni. Powiedziałem jej, iż widziałem go w zeszły wtorek, wyglądał słabo, mówił coś o bólu w klatce piersiowej, ale się śmiał, iż to pewnie od kawy.
Znaleźli go dwa dni później w mieszkaniu – zawał, nie od razu śmiertelny, zdążyli go zabrać na Grochowski. Byłem w szpitalu tylko raz, przywiozłem mu ładowarkę do telefonu, bo zapomniał wziąć swoją. Leżał podłączony do kroplówki i pierwsze, co powiedział, to iż żałuje nie tego, iż stracił firmę, tylko iż przez te wszystkie lata budowania jej nie zauważył, kiedy Martyna przestała być dzieckiem, które biegało po placu budowy w za dużym kasku.
Bartek pojawił się w szpitalu raz, na dziesięć minut, z bukietem goździków kupionym w kiosku na parterze. Nie usiadł. Zapytał, czy teść podpisał już pełnomocnictwo, które przywiózł mu wcześniej mailem prawnik – dotyczące jakiejś nieruchomości na Białołęce, którą Henryk miał jeszcze na siebie. Henryk kazał mu wyjść.
Martyna została. Nie od razu – najpierw wyszła na korytarz i płakała tam, gdzie myślała, iż nikt nie widzi, ale ja akurat wracałem z automatu z kawą i widziałem, jak trzyma się poręczy, żeby nie osunąć się na podłogę. Potem wróciła do sali i usiadła przy łóżku ojca, i tak już zostało – codziennie po pracy, z termosem rosołu, który sama gotowała, bo pamiętała, iż nienawidzi rosołu z proszku.
Kiedy Henryk wyszedł ze szpitala trzy tygodnie później, zamieszkał u niej, nie u siebie. Wynajęła prawnika – nie po to, żeby odzyskać firmę, bo darowizna była podpisana zgodnie z prawem i notarialnie potwierdzona, nikt tego nie podważy. Zrobiła coś innego: przepisała na ojca połowę swojego mieszkania na Saskiej Kępie, tak żeby miał gdzie mieszkać do końca życia, niezależnie od tego, co się stanie między nią a Bartkiem. I złożyła pozew rozwodowy – to akurat wiem, bo widziałem kopertę z sądu w jej torbie, kiedy przyjechała do mnie wymienić opony na zimowe.
Bartek do dziś prowadzi tę firmę transportową. Widziałem go raz na stacji benzynowej przy Zwycięzców, tankował jedną z tych trzech ciężarówek. Wyglądał na zmęczonego – podobno bank i tak nie dał kredytu, bo młody prezes miał zerową historię kredytową i żadnego majątku na zabezpieczenie.
Henryk teraz przychodzi do mnie rzadziej, bo już nie ma powodu uciekać z domu. Ale w zeszłą sobotę wpadł z Martyną, przywieźli volvo na przegląd przed zimą, i on siedział w poczekalni, i głaskał Śrubę, i śmiał się z czegoś, co powiedziała córka, a ja pomyślałem sobie, iż chyba pierwszy raz od lat nie obracał kluczyków w palcach, tylko trzymał je spokojnie, w jednej dłoni, jakby już nie musiał się niczego trzymać.










