Marianna Sobczyk miała pięćdziesiąt trzy lata i warsztat wulkanizacyjny przy Grochowskiej, który prowadziła po mężu już jedenaście lat. Zapach gumy i smaru wchodził jej w ubranie tak, iż choćby w kościele w niedzielę ludzie odsuwali się o pół kroku. Nie przeszkadzało jej to. Gorzej przeszkadzało to, co usłyszała w zeszły czwartek przez uchylone drzwi zaplecza.
Jej młodsza córka, Ania, rozmawiała przez telefon z ciotką. Marianna akurat niosła termos z herbatą, chciała już wejść, ale głos córki ją zatrzymał.
— No bo mama już nie ogarnia tego wszystkiego — mówiła Ania, śmiejąc się cicho. — Trzeba będzie to jakoś przejąć, zanim ona to rozwali. Ela mówi, iż najlepiej od razu na mnie przepisać, bo Kasia i tak zaraz wyjeżdża do Niemiec, to się nie będzie kłócić.
Kasia. Starsza córka, ta która od piętnastego roku życia po szkole zmieniała opony i uczyła się na pamięć cenników. Ta, która co miesiąc, mieszkając już we Wrocławiu, przelewała matce pieniądze na ZUS pracownika, bo warsztat ledwo wychodził na zero po tym, jak otworzyła się nowa myjnia dwie przecznice dalej.
Marianna postawiła termos na regale z filtrami oleju tak gwałtownie, iż się przewrócił. Ania wyszła z zaplecza czerwona, z telefonem jeszcze w ręce.
— Mamo, to nie tak—
— A jak? — Marianna złapała ścierkę, wytarła ręce, chociaż nie były brudne. Potrzebowała czegoś robić rękami. — Kto to jest Ela?
— Ciocia Ela. Znajoma. Ona się zna na papierach, na notariacie, mówiła że—
— Że warsztat trzeba przepisać na ciebie. Zanim ja go, cytuję, rozwalę.
Ania nic nie powiedziała. Za oknem akurat przejeżdżał tramwaj linii dwudziestej piątej, ten sam, którym Marianna jeździła codziennie na Bazar Różyckiego po warzywa, bo tam było taniej niż w Biedronce na rogu. Dzwonek tramwaju wypełnił ciszę zamiast odpowiedzi córki.
Ta rozmowa nie była pierwsza. Od miesiąca coś się zmieniło. Ania, która wcześniej wpadała do warsztatu tylko po pieniądze na paznokcie albo żeby pożyczyć auto, zaczęła nagle interesować się księgowością. Pytała, ile warsztat jest wart, czy działka jest w pełni spłacona, czy Kasia ma jakieś udziały na papierze. Marianna, głupia, myślała iż to dobry znak — iż córka wreszcie dojrzewa, chce przejąć rodzinny biznes.
Dopiero teraz, stojąc między regałami z oponami, poskładała to sobie. Ela była kuzynką jej zmarłego męża, kobietą, która od lat powtarzała przy każdej okazji rodzinnej, iż "Kasia i tak nie wróci, po co jej ten smród benzyny, ona ma wyższe wykształcenie". Ela też pożyczyła od Marianny osiem tysięcy złotych trzy lata temu na leczenie i nigdy nie oddała ani grosza.
— Idź do domu — powiedziała Marianna córce. — Musimy pogadać, ale nie teraz.
Zamiast iść do domu, poszła do notariusza przy placu Szembeka, tego samego, u którego jedenaście lat temu podpisywała papiery po pogrzebie męża. Pan Zawadzki pamiętał ją, poczęstował kawą z ekspresu, który akurat się zepsuł i wypluł podwójną porcję do jednej filiżanki.
— Pani Marianno, jeżeli warsztat jest wpisany na panią jednoosobowo, to nikt nic nie może zrobić bez pani podpisu. Chyba iż pani sama coś podpisze.
— A jeżeli już coś podpisałam? Głupio, nie czytając?
Okazało się, iż owszem — trzy tygodnie wcześniej Ania przyniosła jej do podpisu "papiery do urzędu skarbowego", jakieś pełnomocnictwo, które Marianna podbiła w pośpiechu między klientem wymieniającym oponę zimową a drugim, który reklamował wyważanie kół. Zawadzki przeczytał dokument dwa razy, zmarszczył brwi.
— To pełnomocnictwo do reprezentowania pani we wszystkich sprawach majątkowych. Szerokie, na dwa lata. Może pani to odwołać, dziś jeszcze, formalnie u mnie.
Odwołali pełnomocnictwo tego samego dnia. Marianna zapłaciła sto osiemdziesiąt złotych za czynność notarialną i wyszła na plac Szembeka z kartką w kopercie, która ważyła w torebce więcej niż powinna.
Wieczorem zadzwoniła do Kasi. Nie płakała, mówiła krótko, rzeczowo — tak jak nauczyła się mówić z klientami przez telefon, kiedy trzeba przekazać złą wiadomość o kosztach naprawy.
— Twoja siostra chciała przejąć warsztat. Z pomocą Eli.
Cisza w słuchawce trwała długo. Potem Kasia powiedziała tylko:
— Mamo, ja choćby nie chciałam tego warsztatu. Ale żeby mi go tak po prostu zabrali…
— Nikt nikomu nic nie zabierze. Przyjedź w weekend.
Kasia przyjechała w sobotę, pociągiem z Wrocławia, tym samym, co zawsze spóźnionym o dwadzieścia minut. Marianna czekała na dworcu Wschodnim z reklamówką pomidorów z własnej działki, bo tak zawsze robiła, odkąd córka wyjechała.
W niedzielę zebrała obie córki przy stole w kuchni, tam gdzie od jedenastu lat liczyła utargi na kalkulatorze z odklejającą się gumką na klawiszu "równa się". Postawiła na stole papiery: akt notarialny odwołujący pełnomocnictwo i drugi dokument, który przygotowała rano — darowiznę udziału w warsztacie na rzecz Kasi, pięćdziesiąt procent, żeby siostry były równe, ale decyzja finalna zawsze należała do tej, która realnie wkładała pracę i pieniądze.
Ania spojrzała na dokument, potem na matkę.
— To znaczy, iż mi nie ufasz.
— To znaczy, iż warsztat dostanie ta, która przez jedenaście lat płaciła składki, kiedy ty kupowałaś sobie buty za pierwszą wypłatę z pracy w call center. Możesz w każdej chwili dołączyć — jak zaczniesz tu przychodzić inaczej niż po klucze do auta.
Telefon Marianny zadzwonił w tym momencie. Ela. Widocznie Ania zdążyła już napisać, iż plan się nie udał. Marianna spojrzała na wyświetlacz, na imię wypisane wielkimi literami, i wcisnęła czerwoną słuchawkę bez wahania. Potem wstała, podeszła do szafki, wyjęła stary segregator z napisem "WARSZTAT — DOKUMENTY" flamastrem sprzed ponad dekady i położyła go na stole obok podpisanej darowizny.
— Kasiu, od poniedziałku jedziesz ze mną do urzędu skarbowego. Segregator bierz do Wrocławia, zeskanuj sobie, co potrzebujesz. To teraz też twoje.
Ania wyszła z kuchni bez słowa, trzasnęła drzwiami tak, iż w kredensie zadźwięczały szklanki po kompocie. Za oknem sąsiedzki jamnik szczekał na gołębie siadające na balustradzie, tak jak szczekał każdego popołudnia, obojętny na to, co działo się w niczyim życiu poza jego własnym podwórkiem.












