Urodziłam ci syna, ale nic od ciebie nie chcę odezwała się kochanka przez telefon.
Marek spojrzał na Weronikę wzrokiem zbitego psa.
Tak, nie przesłyszałaś się. Werka, miałem pół roku temu inną.
Parę razy się spotkaliśmy, to wszystko, taka… odskocznia.
I ona urodziła mi syna. Niedawno…
Weronice zamigotało przed oczami. To dopiero wieści!
Jej wierny, kochający mąż, z którym spędziła tyle lat, doczekał się dziecka na boku!
Nie mieściło jej się to w głowie.
Kilka minut próbowała zrozumieć, co małżonek jej adekwatnie powiedział.
Siedział naprzeciw niej. Ramiona opadły, dłonie ściskał skulone między kolanami.
Zdawał się mniejszy niż zwykle, jakby coś z niego nagle uszło całkiem.
Syn, tak? powtórzyła Weronika. Żonaty facet i syn, który nie jest z żoną. Czyli nie ze mną.
Werka, przysięgam, nie wiedziałem. Marek rozkładał ręce.
Nie wiedziałeś, jak się robi dzieci? Masz czterdzieści lat, Marek!
Nie wiedziałem, iż ona… iż podejmie tę decyzję, iż nie usunie.
Rozstaliśmy się dawno temu, wróciła do męża. Myślałem, iż układa jej się wszystko.
A wczoraj telefon. Masz syna. Trzy dwieście. Zdrowy.
I odłożyła słuchawkę.
Weronika wstała. Nogi ledwo ją trzymały, kolana miała jak z waty, jakby przed chwilą ukończyła maraton.
Za oknem szalała jesień. Przez moment zapatrzyła się na spływający po szybie deszcz piękny, choć taki smutny.
I co teraz? zapytała cicho, nie patrząc na męża.
Nie wiem.
Świetna odpowiedź prawdziwego faceta! Ojca rodziny… Nie wiem.
Obróciła się gwałtownie.
Pojedziesz tam? Zobaczyć?
Marek zmieszał się i powiódł wzrokiem po kafelkach.
Werka, podała adres szpitala. Powiedziała, iż wypis za dwa dni.
Dosłownie tak: Chcesz przyjedź. Nie chcesz twój wybór. Nic od ciebie nie chcę.
Dumna…
Nie chce niczego ode mnie…
Niczego nie chce Weronika powtórzyła pod nosem Święta naiwność…
W przedpokoju trzasnęły drzwi wrócili starsi synowie.
Weronika błyskawicznie przypięła uśmiech. Robiła to od lat perfekcyjnie biznes wyćwiczył ją w trzymaniu emocji na wodzy, choćby gdy wszystko wali się na głowę.
Do kuchni wszedł starszy dwudziestoletni, postawny chłopak.
O, rodzice, cześć. Czemu tacy markotni?
Mamo, coś do jedzenia jest? Z treningu padamy z głodu!
W lodówce są pierogi, podgrzejcie sobie rzuciła za siebie Weronika.
Tato, obiecałeś zerknąć na gaźnik w moim starym gracie młodszy syn klepnął ojca w plecy.
Weronika patrzyła na nich, a serce ściskało się coraz mocniej aż brakowało powietrza.
Oni mówili do niego tato. Ich biologiczny ojciec dawno temu zniknął ograniczał się do alimentów i czasem kartki na święta.
Marek wychował ich. Nauczył jeździć na rowerze, leczył rozbite kolana, chodził na wywiadówki, łagodził awantury w szkole.
On był ich ojcem. Prawdziwym.
Marek zdołał się uśmiechnąć:
Sprawdzę później, Szymon. Dajcie matce chwilę pogadać.
Chłopaki zniknęli, zastawiając kuchnię hałasem talerzy.
Kochają cię, szepnęła Weronika. A ty…
Werka, proszę cię. Ja też ich kocham. To moi chłopcy. Nigdzie się nie wybieram.
Przecież mówiłem to był moment zaćmienia. Błąd.
Między nami… nic poważnego nigdy nie było. Zwykła fascynacja…
Zwykła zabawa, przez którą teraz powinieneś zmieniać pieluchy…
Wbiegła sześcioletnia Marysia. W tym momencie Weronice pękł pancerz.
Córeczka z rozpędu wskoczyła Markowi na kolana.
Tatusiu! Czemu smutny? Mama cię ochrzaniała?
Marek mocno ją przytulił, wtulił nos w jej jasne włosy.
On żył tylko dla niej.
Weronika wiedziała oddałby wszystko za Marysię. Bezgraniczna ojcowska miłość.
Nie, księżniczko. Rozmawiamy z mamą o dorosłych sprawach. Idź pooglądać bajki, zaraz przyjdę.
Gdy Marysia wybiegła, w kuchni znów zapanowała cisza.
Rozumiesz, iż wszystko się zmienia? odezwała się Weronika.
Usiadła z powrotem przy stole.
Nigdzie nie odejdę, Werka. Kocham cię, kocham dzieci… Bez was nie dam rady…
To są tylko słowa, Marek. Ale fakty są takie: masz tam syna. Potrzebuje ojca.
A ona… na razie mówi: nic nie chcę. Hormony, euforia, albo chytry plan.
Minie miesiąc, pół roku, dziecko zacznie chorować, rosnąć, żądać pieniędzy.
Zadzwoni: Marek, nie mamy kombinezonu zimowego.
Albo: Marek, musimy do lekarza.
I pojedziesz. Jesteś zbyt ludzki, za bardzo masz sumienie.
Marek milczał.
A pieniądze, Marek? Weronika przyciszyła głos. Skąd je weźmiesz?
Jęknął i odwrócił się, jakby dostał w twarz.
Jego biznes splajtował dwa lata temu, długi spłacała Weronika ze swoich pieniędzy.
Pracował, starał się, coś zarabiał, ale ciągle to były grosze w porównaniu do tego, co zapewniała ona.
Dom, samochody, urlopy, nauka dzieci wszystko na jej głowie.
On choćby normalnej karty nie miał, wszystko zablokowane przez komornika. Korzystał z gotówki albo z konta Weroniki.
Coś wymyślę, wymamrotał.
Co? Będziesz nocami taksówkował? Albo wyjmował z mojej szuflady, żeby wspomóc tamtą rodzinę?
Wyobraź sobie ten idiotyzm ja utrzymuję rodzinę, a ty z moich pieniędzy utrzymujesz kochankę z dzieckiem na boku!
Ona nie jest żadną kochanką! warknął Marek. To się skończyło pół roku temu!
Dziecko to coś, co łączy ludzi silniej niż obrączka…
Pojedziesz po wypis?
Pytanie wisiało w powietrzu. Marek potarł twarz rękami.
Nie wiem, Werka. Naprawdę… Po ludzku… powinienem. Dziecko przecież nie winne.
Po ludzku… Weronika skrzywiła się smutno. A wobec mnie? Marysi? Chłopców?
Pojedziesz tam, zobaczysz maleństwo, weźmiesz na ręce i przepadniesz. Znam cię, jesteś sentymentalny.
Zaczniesz tam bywać najpierw raz na tydzień, potem coraz częściej, aż w weekendy.
Będziesz kłamać, iż masz dużo pracy a my tu będziemy czekać.
Weronika podeszła do zlewu, odkręciła wodę, zapatrzyła się na jej strumień i zakręciła.
Jest od ciebie młodsza o osiem lat, Marek. Trzydzieści dwa lata. Urodziła ci syna. Własnego…
Moi synowie nie są twoi z krwi, choć ty ich wychowałeś. Ale tam twoja krew.
Myślisz, iż to niczego nie zmienia?
Opowiadasz bzdury. Chłopcy są moi ja ich wychowałem!
Daj spokój! Mężczyźni zawsze chcą mieć dziedzica. Własnego.
Mamy Marysię!
Marysia to dziewczynka…
Marek zerwał się z krzesła.
Dość! Po co mnie wyrzucasz z domu już teraz? Mówię ci zostaję w rodzinie. Ale nie potrafię być zimnym skurczybykiem!
Tam się urodziło dziecko. Moje. Tak, moje.
Jestem winny wobec ciebie, wszystkich.
Chcesz wyrzuć mnie. Spakuję się i pójdę.
Mogę jechać do mamy, do internatu, gdziekolwiek, ale nie szantażuj mnie!
Weronice zadrżały ręce. Przestraszyła się nagle.
Gdyby teraz powiedziała idź, wyszedłby natychmiast.
Dumny. Głupi, ale dumny. Poszedłby byle gdzie, bez grosza, bez mieszkania i na pewno trafiłby właśnie do niej.
Tam go przyjmą, tam będzie bohaterem, ojcem. Może biednym, ale własnym. A wtedy straciłaby go na zawsze.
A przecież nie chciała go stracić. Mimo bólu, żalu, który palił ją od środka, kochała go. I dzieci go kochały.
Zniszczyć jest łatwo, wystarczy minuta. Ale jak potem żyć w pustym domu, gdzie wszystko przypomina o nim?
Usiądź, szepnęła. Nikt cię nie wyrzuca.
Marek załapał oddech, ciężki jak po biegu, i usiadł.
Werka, przepraszam. Jestem idiotą…
Jesteś idiotą, przytaknęła półgłosem. Ale naszym idiotą…
Wieczór przeszedł jak we śnie.
Weronika pomagała Marysi w lekcjach, sprawdzała raporty do pracy, ale myślami była gdzieś daleko.
Wyobrażała sobie tamtą kobietę. Jaka jest? Młoda, piękna, pewnie.
Może teraz patrzy na dziecko i czuje satysfakcję.
Nic nie chce? Jasne, to najlepszy sposób.
Nie żądać, nie awanturować się, po prostu pokazać: masz syna, jesteśmy dumni, damy sobie radę.
To doskonale uderza w męską ambicję. Mężczyzna od razu chce być bohaterem.
Marek nie mógł zasnąć, przewracał się, wzdychał. A Weronika patrzyła w ciemność, myśląc: Mam czterdzieści pięć lat, jestem zadbana, spełniona, ale młodość już minęła.
A tam młodość…
***
Rano było gorzej. Weronika roztrzęsiona, nie mogła się pozbierać.
Chłopcy gwałtownie coś zjedli i wybiegli, a Marysia niespodziewanie zaczęła się upierać:
Tato, zapleć mi warkocza! poprosiła stanowczo. Mama robi koślawego!
Marek wziął szczotkę. Jego szerokie, spracowane ręce, przyzwyczajone do kierownicy i młotka, troskliwie rozplątywały drobne pasemka.
Pracował skupiony, wystawił czubek języka, tak się przejął.
Weronika piła kawę i patrzyła.
To jej mąż. Jej własny, ciepły, domowy. A gdzieś tam jest inne dziecko, które też ma prawo do tego czułego człowieka…
Jak to znieść?
Marek, powiedziała, gdy Marysia wybiegła po kurtkę. Musimy podjąć decyzję. Dzisiaj.
Odłożył szczotkę.
Myślałem całą noc.
I?
Nie pojadę na wypis.
Weronika poczuła ucisk gdzieś w środku, ale nie pokazała tego po sobie.
Dlaczego?
Bo jeżeli pojadę, dam nadzieję jej, sobie i tamtemu dziecku.
Nie potrafię być ojcem na dwa domy. Nie chcę, Werka! Nie będę cię okłamywał, nie będę kradł czasu Marysi ani chłopcom.
Wybrałem jedenaście lat temu. Ty jesteś moją żoną i tutaj jest mój dom.
A tamten chłopiec? sama się zdziwiła, iż zapytała.
Zadbam, żeby miał na koncie. Albo przez alimenty, albo otworzę rachunek. Finansowo będę pomagał.
Ale odwiedzać… nie. Lepiej, żeby dorastał bez mojej obecności, niż miał czekać na ojca, który wiecznie patrzy na zegarek i myśli o swoim domu, o was.
To uczciwsze.
Weronika milczała, bawiła się obrączką na palcu.
Jesteś pewien? Nie pożałujesz?
Pożałuję przyznał Marek z rozbrajającą szczerością. Pewnie nie raz pomyślę, co u niego. Ale jeżeli tam pójdę, stracę was.
Czuję to, bo wiesz… ty byś tego długo nie zniosła. Jesteś silna, Werka, ale nie z tytanu.
Zaczniesz mnie nienawidzić, a ja nie chcę być przez ciebie znienawidzony.
Boże, ale to wszystko poplątane…
Mąż podszedł, objął ją z tyłu, położył ręce na ramionach.
Nie chcę innego życia. Mam ciebie i dzieci.
A tam… za głupotę muszę zapłacić.
Mogę płacić pieniędzmi i tylko pieniędzmi.
Ani swoim czasem, ani troską się już z tym dzieckiem nie podzielę.
Weronika przykryła jego dłoń swoją.
Pieniędzmi? uśmiechnęła się krzywo.
Zarobię. Rozniosę się, ale zarobię. Na swoje błędy nie wezmę ani grosza z twojej kieszeni.
To moja sprawa, Werka.
Weronika odetchnęła spokojniej.
Może zachował się nie fair, ale na te słowa właśnie czekała.
Nie zamierzała dzielić męża z nikim innym, nie dbała o uczucia tamtej drugiej.
Zaszła z żonatym nie jej problem.
***
Na wypis Marek nie pojechał.
Kochanka potem dzwoniła non stop krzyczała, wyzywała i chciała wiedzieć, czemu nie przyjechał.
Marek powiedział wprost: może liczyć tylko na wsparcie finansowe, osobistych spotkań nie będzie.
Kobieta się rozłączyła i przez następne pół roku nie dała znaku życia. Telefon milczał, była nieosiągalna.
I Weronice to zupełnie odpowiadało…











