Urodziłam ci syna, ale nie chcę od ciebie nic – zadzwoniła kochanka Mąż spojrzał na Lidię wzrokiem zbitego psa. — Tak, dobrze słyszałaś. Lidka, pół roku temu byłem z inną. To było tylko kilka spotkań, zwykła rozrywka. I ona urodziła mi syna. Niedawno… Lidii zakręciło się w głowie. Ale numer! Jej wierny, kochający mąż dorobił się dziecka na boku! Powoli docierał do niej sens tej wiadomości. Kilka minut próbowała ogarnąć, co małżonek miał na myśli. Siedział naprzeciwko. Opuszczone ramiona, ręce zaciśnięte między kolanami. Wyglądał na mniejszego niż zwykle, jakby cały powietrze z niego uszło. — Syn, więc. — powtórzyła Lidia. — Tobie, żonatemu facetowi, urodził się syn. I to nie ja ci go urodziłam. Czyli nie żona… — Lidka, naprawdę nie wiedziałem. Przysięgam ci. — Nie wiedziałeś, jak się robi dzieci? Masz czterdzieści lat, Kuba. — Nie wiedziałem, iż ona… iż zdecyduje się urodzić. Rozstaliśmy się dawno, wróciła do męża. Myślałem, iż wszystko okej. A wczoraj telefon: „Masz syna. Trzy dwieście. Zdrowy”. I rozłączyła się. Lidia wstała. Nogi się pod nią uginały, kolana jak z waty, jakby właśnie przebiegła maraton. Za oknem szalała jesień. Lidia mimowolnie zapatrzyła się na widok – pięknie… — I co teraz? – zapytała, nie odwracając się. — Nie wiem. — Świetna odpowiedź prawdziwego faceta. Głowy rodziny. Nie wiem. Odwróciła się nagle. — Pojedziesz tam? Zobaczyć? Wystraszony Kuba wstydliwie podniósł oczy na żonę. — Lidia, napisała mi adres szpitala, powiedziała, iż wypis pojutrze. Dokładnie tak: „Chcesz – przyjedź, nie chcesz – nie. Nic od ciebie nie chcę”. Dumna… Nie chce ode mnie nic… — Nic nie chce — powtórzyła Lidia. — Święta naiwność. W korytarzu trzasnęły drzwi – wrócili chłopcy. Lidia natychmiast przywołała uśmiech. To miała opanowane do perfekcji – lata w biznesie nauczyły trzymać fason nawet, kiedy interes szedł na dno. Starszy syn – wysoki, barczysty dwudziestolatek – zajrzał do kuchni. — O, rodzice, siema! Czemu tacy przybici? Mamo, jest coś do jedzenia? Po treningu głodni jak wilki. — W lodówce są pierogi, podgrzejcie sobie — rzuciła Lidia. — Tato, obiecałeś sprawdzić czemu gaźnik nie działa w moim złomku — młodszy syn klepnął ojca po ramieniu. Lidia patrzyła na tę scenę i czuła, jak serce boli tak, iż trudno oddychać. Mówią do niego „tato”. Prawdziwy ojciec dawno rozpłynął się we mgle, ograniczając się do alimentów i sporadycznych kartek. Kuba ich wychował. Uczył jeździć autem, leczył zdarte kolana, chodził na wywiadówki, rozwiązywał problemy w szkole. Był ich ojcem. Prawdziwym. Kuba wymusił uśmiech: — Jasne, Szymek. Później. Dajcie nam pogadać chwilę. Chłopaki wyszli, brzękając talerzami. — Kochają cię — Lidia powiedziała cicho. — A ty… — Lidka, przestań. Ja też ich kocham. To moi chłopcy. Nigdzie nie odchodzę. Od razu ci powiedziałem – to było zaćmienie umysłu. Błąd. Między mną a nią… nic poważnego. Po prostu… zauroczenie! — Po prostu zauroczenie, z którego teraz trzeba pieluchy zmieniać… Do kuchni wpadła sześcioletnia Maja. Tu pancerz Lidii pękł. Córeczka wskoczyła ojcu na kolana. — Tatusiu! Czemu jesteś smutny? Mama cię skarciła? Kuba przytulił ją mocno, wcisnął nos w jej jasne włoski. Żył tylko dla niej. Lidia wiedziała: dla Mai Kuba zrobiłby wszystko. To była szalona, bezwarunkowa ojcowska miłość. — Nie, księżniczko. Po prostu rozmawiamy o dorosłych sprawach. Idź włącz bajkę, zaraz do ciebie przyjdę. Kiedy Maja wybiegła, w kuchni znów zapadła cisza. — Rozumiesz, iż wszystko się zmienia? — zapytała Lidia. Usiadła z powrotem przy stole. — Nie odejdę, Lidia. Kocham ciebie, dzieci… Nie dam rady bez was… — To tylko słowa, Kuba. Fakty są takie: tam masz syna. Potrzebuje ojca. Ta kobieta… teraz mówi „nic nie chcę”. To hormony, euforia albo spryt. Minie miesiąc, pół roku, dziecko zacznie chorować, rosnąć, będą potrzebne pieniądze. Zadzwoni: „Kuba, nie mamy zimowego kombinezonu”. Albo „Kuba, musimy do lekarza”. I pojedziesz. Bo jesteś dobry. Masz sumienie. Kuba milczał. — A pieniądze, Kuba? — Lidia ściszyła głos. — Skąd je weźmiesz? Wzdrygnął się, jakby dostał w czułe miejsce — Lidia trafiła w słaby punkt. Jego firma padła dwa lata temu, długi spłacali jej pieniędzmi. Teraz trochę pracował, coś zarabiał, ale to były grosze w porównaniu z tym, co zapewniała Lidia. Dom, samochody, wakacje, edukacja dzieci – wszystko na jej głowie. On choćby normalnej karty nie miał, wszystko zablokowane przez komornika, posługiwał się gotówką albo kartą powiązaną z rachunkiem Lidii. — Znajdę — burknął. — Gdzie? Będziesz w nocy jeździł Uberem? Czy wyciągał z mojej szuflady, żeby wspierać tamtą rodzinę? Wyobrażasz sobie ten absurd? Ja utrzymuję rodzinę, a ty na moje pieniądze utrzymujesz kochankę z dzieckiem? — Ona nie jest kochanką! — warknął Kuba. — To się skończyło pół roku temu! — Dziecko łączy mocniej niż podpis na papierze. Pojedziesz na wypis? Pytanie zawisło w powietrzu. Kuba przetarł twarz dłońmi. — Nie wiem, Lidka. Naprawdę. Po ludzku… powinienem. Przecież dziecko nie winne. — Po ludzku — prychnęła Lidia. — A po ludzku względem mnie? Maji? Chłopaków? Pojedziesz tam, zobaczysz to maleństwo, weźmiesz na ręce. I koniec. Popłyniesz. Znam cię, jesteś uczuciowy. Zaczniesz jeździć tam. Najpierw raz w tygodniu, potem dwa, potem w weekendy. Będziesz kłamać, iż masz dużo pracy. A my będziemy czekać. Lidia podeszła do kranu. Odkręciła wodę, spojrzała na strumień i zakręciła. — Ona jest osiem lat młodsza, Kuba. Ma trzydzieści dwa lata. Urodziła ci syna. Swojego, biologicznego. Moi synowie nie są twoi, choć ich wychowałeś. A tam – twoja krew. Myślisz, iż to nie ma znaczenia? — Mówisz bzdury. Chłopaki są moi, to ja ich wychowałem. — Daj spokój! Facetom zawsze chodzi o dziedzica. Swojego. — Mamy Maję! — Maja to dziewczynka… Kuba zerwał się. — Dość! Czemu mnie wyrzucasz już teraz? Powiedziałem — zostaję w rodzinie. Ale nie mogę być kompletnym draniem. Tam się urodził człowiek. Mój, tak. Jestem winny wobec ciebie, wobec wszystkich. Chcesz — wygonię się. Zaraz spakuję rzeczy, odejdę. Pojadę do mamy, do internatu, gdziekolwiek. Ale nie szantażuj mnie! Lidia znieruchomiała, nagle zrobiło się jej strasznie. jeżeli powie „odejdź”, on wyjdzie. Dumny. Głupi, ale dumny. Pójdzie nie wiadomo gdzie, bez kasy, bez dachu nad głową i wtedy już naprawdę trafi do tamtej kobiety. Przyjmą go tam, będzie bohaterem, ojcem, choćby jeżeli biedny, ale własny. Wtedy straci go na zawsze. A ona nie chciała stracić. Pomimo bólu, żalu, który ją palił, kochała go. I dzieci go kochały. Zburzyć łatwo, wygnać w minutę. Ale jak potem żyć w pustym domu, gdzie każdy kąt przypomina o nim? — Siadaj — powiedziała cicho. — Nikt cię nie wyrzuca. Kuba jeszcze chwilę stał, ciężko dysząc, potem usiadł. — Lidka, przepraszam. Jestem idiotą… — Idiota — przytaknęła. — Ale nasz idiota… Wieczór przeszedł w jakimś zamgleniu. Lidia robiła lekcje z Mają, sprawdzała raporty do pracy, ale myślami była daleko. Wyobrażała sobie tamtą kobietę. Jaka jest? Ładna? Młodsza, wiadomo. Pewnie patrzy teraz na niemowlę i myśli, iż wygrała. Nic nie chce! Pewnie, przecież to najlepszy chwyt. Nie żądać, nie histeryzować – po prostu postawić: masz syna, jesteśmy dumni, sami sobie damy radę. To wali mężczyznę w dumę bez pudła. Od razu chce być bohaterem. Kuba kręcił się, wzdychał, spał na raty, a Lidia leżała z otwartymi oczami w ciemności. A ona ma już czterdzieści pięć lat, jest zadbana, atrakcyjna, spełniona, ale starość za rogiem. A tam – młodość… *** Rano było jeszcze gorzej — Lidia zupełnie nie mogła się pozbierać. Chłopcy zjedli gwałtownie i rozbiegli się po swoich sprawach, a Maja nagle zaczęła grymasić. — Tatuś, zapleć mi warkoczyk! — zażądała. — Mama źle robi. Kuba wziął szczotkę. Jego duże dłonie, przyzwyczajone i do kierownicy, i do młotka, delikatnie układały cieniutkie włoski. Plotł powoli, skupiony, z końcem języka wystającym z wysiłku. Lidia piła kawę i patrzyła na to. Oto jej mąż. Bliski, ciepły, domowy. A gdzieś tam jest inne dziecko, które też ma do niego prawo! Jak to pogodzenie? — Kuba — powiedziała, kiedy Maja wybiegła się ubierać. — Musimy zdecydować. Teraz. Odłożył szczotkę. — Myślałem całą noc. — I? — Nie pojadę na wypis. Lidii wszystko się ścisnęło w środku, choć nie dała po sobie poznać. — Dlaczego? — Bo jak pojadę, dam nadzieję jej, sobie, temu dziecku. Nie mogę być ojcem w dwóch domach. Nie chcę, Lidka! Nie chcę kłamać tobie, okradać Majki, chłopaków z czasu. Dokonałem wyboru jedenaście lat temu. Ty jesteś moją żoną, tu jest moja rodzina. — A tamten chłopiec? — Lidia sama się zdziwiła, iż o to pyta. — Będę pomagał finansowo. Oficjalnie, alimentami albo założymy konto. Ale kontaktów… nie. Lepiej, żeby dorastał, nie znając mnie, niż miałby czekać na mnie co tydzień. A ja patrzyłbym na zegarek i wyrywał się do domu, do swojej prawdziwej rodziny. Tak jest uczciwiej. Lidia milczała. Obracała na palcu obrączkę. — Jesteś pewny? Nie będziesz żałował? — Pewnie będę, szczerze mówiąc. Będę się zastanawiał, jak on tam. Ale jak zacznę tam jeździć, stracę was. Czuję to, bo nie będziesz tego znosić. Jesteś silna, Lidka, ale nie z żelaza. Zaczniesz mnie nienawidzić, a nie chcę, żebyś mnie nienawidziła. Może głupio to tłumaczę… Mąż wstał, podszedł, położył jej ręce na ramionach. — Lidka, nie chcę innego życia. Mam ciebie, mam dzieci. Tamto… to cena za moją głupotę. Jestem gotów płacić pieniędzmi i tylko nimi. Nie mogę się z tym dzieckiem dzielić czasem, troską, uwagą… Lidia położyła swoją dłoń na jego. — Mówisz, iż pieniędzmi? — uśmiechnęła się krzywo. — Zarobię. Padnę, ale zarobię. Już nigdy nie wezmę od ciebie złotówki na moje błędy. To moja sprawa, Lidka. Lidia się uspokoiła. Tak, mąż może i nie zachował się w porządku, ale właśnie tych słów oczekiwała. Nie miała zamiaru dzielić męża z nikim, nie obchodziły ją uczucia tamtej drugiej. Urodziła dziecko żonatemu? Jej problem. *** Na wypis Kuba nie pojechał. Kochanka potem wydzwaniała mu non stop — krzyczała, wyzywała, dopytywała, czemu nie przyjechał. Kuba jasno powiedział: może liczyć tylko na wsparcie finansowe, spotkań nie będzie. Kochanka rzuciła słuchawką, a przez pół roku od tamtej chwili więcej się nie odezwała. Telefon wyłączony. Lidia była z tego bardzo zadowolona.

twojacena.pl 12 godzin temu

Urodziłam ci syna, ale nic od ciebie nie chcę odezwała się kochanka przez telefon.

Marek spojrzał na Weronikę wzrokiem zbitego psa.
Tak, nie przesłyszałaś się. Werka, miałem pół roku temu inną.
Parę razy się spotkaliśmy, to wszystko, taka… odskocznia.
I ona urodziła mi syna. Niedawno…
Weronice zamigotało przed oczami. To dopiero wieści!
Jej wierny, kochający mąż, z którym spędziła tyle lat, doczekał się dziecka na boku!
Nie mieściło jej się to w głowie.

Kilka minut próbowała zrozumieć, co małżonek jej adekwatnie powiedział.

Siedział naprzeciw niej. Ramiona opadły, dłonie ściskał skulone między kolanami.
Zdawał się mniejszy niż zwykle, jakby coś z niego nagle uszło całkiem.
Syn, tak? powtórzyła Weronika. Żonaty facet i syn, który nie jest z żoną. Czyli nie ze mną.

Werka, przysięgam, nie wiedziałem. Marek rozkładał ręce.
Nie wiedziałeś, jak się robi dzieci? Masz czterdzieści lat, Marek!
Nie wiedziałem, iż ona… iż podejmie tę decyzję, iż nie usunie.
Rozstaliśmy się dawno temu, wróciła do męża. Myślałem, iż układa jej się wszystko.
A wczoraj telefon. Masz syna. Trzy dwieście. Zdrowy.
I odłożyła słuchawkę.

Weronika wstała. Nogi ledwo ją trzymały, kolana miała jak z waty, jakby przed chwilą ukończyła maraton.
Za oknem szalała jesień. Przez moment zapatrzyła się na spływający po szybie deszcz piękny, choć taki smutny.
I co teraz? zapytała cicho, nie patrząc na męża.
Nie wiem.
Świetna odpowiedź prawdziwego faceta! Ojca rodziny… Nie wiem.

Obróciła się gwałtownie.
Pojedziesz tam? Zobaczyć?
Marek zmieszał się i powiódł wzrokiem po kafelkach.
Werka, podała adres szpitala. Powiedziała, iż wypis za dwa dni.
Dosłownie tak: Chcesz przyjedź. Nie chcesz twój wybór. Nic od ciebie nie chcę.
Dumna…

Nie chce niczego ode mnie…

Niczego nie chce Weronika powtórzyła pod nosem Święta naiwność…

W przedpokoju trzasnęły drzwi wrócili starsi synowie.
Weronika błyskawicznie przypięła uśmiech. Robiła to od lat perfekcyjnie biznes wyćwiczył ją w trzymaniu emocji na wodzy, choćby gdy wszystko wali się na głowę.

Do kuchni wszedł starszy dwudziestoletni, postawny chłopak.
O, rodzice, cześć. Czemu tacy markotni?
Mamo, coś do jedzenia jest? Z treningu padamy z głodu!
W lodówce są pierogi, podgrzejcie sobie rzuciła za siebie Weronika.
Tato, obiecałeś zerknąć na gaźnik w moim starym gracie młodszy syn klepnął ojca w plecy.

Weronika patrzyła na nich, a serce ściskało się coraz mocniej aż brakowało powietrza.
Oni mówili do niego tato. Ich biologiczny ojciec dawno temu zniknął ograniczał się do alimentów i czasem kartki na święta.
Marek wychował ich. Nauczył jeździć na rowerze, leczył rozbite kolana, chodził na wywiadówki, łagodził awantury w szkole.
On był ich ojcem. Prawdziwym.

Marek zdołał się uśmiechnąć:
Sprawdzę później, Szymon. Dajcie matce chwilę pogadać.

Chłopaki zniknęli, zastawiając kuchnię hałasem talerzy.

Kochają cię, szepnęła Weronika. A ty…
Werka, proszę cię. Ja też ich kocham. To moi chłopcy. Nigdzie się nie wybieram.
Przecież mówiłem to był moment zaćmienia. Błąd.

Między nami… nic poważnego nigdy nie było. Zwykła fascynacja…

Zwykła zabawa, przez którą teraz powinieneś zmieniać pieluchy…

Wbiegła sześcioletnia Marysia. W tym momencie Weronice pękł pancerz.
Córeczka z rozpędu wskoczyła Markowi na kolana.
Tatusiu! Czemu smutny? Mama cię ochrzaniała?
Marek mocno ją przytulił, wtulił nos w jej jasne włosy.
On żył tylko dla niej.
Weronika wiedziała oddałby wszystko za Marysię. Bezgraniczna ojcowska miłość.

Nie, księżniczko. Rozmawiamy z mamą o dorosłych sprawach. Idź pooglądać bajki, zaraz przyjdę.
Gdy Marysia wybiegła, w kuchni znów zapanowała cisza.

Rozumiesz, iż wszystko się zmienia? odezwała się Weronika.
Usiadła z powrotem przy stole.

Nigdzie nie odejdę, Werka. Kocham cię, kocham dzieci… Bez was nie dam rady…
To są tylko słowa, Marek. Ale fakty są takie: masz tam syna. Potrzebuje ojca.
A ona… na razie mówi: nic nie chcę. Hormony, euforia, albo chytry plan.
Minie miesiąc, pół roku, dziecko zacznie chorować, rosnąć, żądać pieniędzy.
Zadzwoni: Marek, nie mamy kombinezonu zimowego.
Albo: Marek, musimy do lekarza.
I pojedziesz. Jesteś zbyt ludzki, za bardzo masz sumienie.

Marek milczał.
A pieniądze, Marek? Weronika przyciszyła głos. Skąd je weźmiesz?
Jęknął i odwrócił się, jakby dostał w twarz.
Jego biznes splajtował dwa lata temu, długi spłacała Weronika ze swoich pieniędzy.
Pracował, starał się, coś zarabiał, ale ciągle to były grosze w porównaniu do tego, co zapewniała ona.
Dom, samochody, urlopy, nauka dzieci wszystko na jej głowie.
On choćby normalnej karty nie miał, wszystko zablokowane przez komornika. Korzystał z gotówki albo z konta Weroniki.

Coś wymyślę, wymamrotał.
Co? Będziesz nocami taksówkował? Albo wyjmował z mojej szuflady, żeby wspomóc tamtą rodzinę?
Wyobraź sobie ten idiotyzm ja utrzymuję rodzinę, a ty z moich pieniędzy utrzymujesz kochankę z dzieckiem na boku!

Ona nie jest żadną kochanką! warknął Marek. To się skończyło pół roku temu!

Dziecko to coś, co łączy ludzi silniej niż obrączka…
Pojedziesz po wypis?

Pytanie wisiało w powietrzu. Marek potarł twarz rękami.
Nie wiem, Werka. Naprawdę… Po ludzku… powinienem. Dziecko przecież nie winne.
Po ludzku… Weronika skrzywiła się smutno. A wobec mnie? Marysi? Chłopców?
Pojedziesz tam, zobaczysz maleństwo, weźmiesz na ręce i przepadniesz. Znam cię, jesteś sentymentalny.
Zaczniesz tam bywać najpierw raz na tydzień, potem coraz częściej, aż w weekendy.
Będziesz kłamać, iż masz dużo pracy a my tu będziemy czekać.
Weronika podeszła do zlewu, odkręciła wodę, zapatrzyła się na jej strumień i zakręciła.
Jest od ciebie młodsza o osiem lat, Marek. Trzydzieści dwa lata. Urodziła ci syna. Własnego…
Moi synowie nie są twoi z krwi, choć ty ich wychowałeś. Ale tam twoja krew.
Myślisz, iż to niczego nie zmienia?

Opowiadasz bzdury. Chłopcy są moi ja ich wychowałem!

Daj spokój! Mężczyźni zawsze chcą mieć dziedzica. Własnego.
Mamy Marysię!
Marysia to dziewczynka…

Marek zerwał się z krzesła.
Dość! Po co mnie wyrzucasz z domu już teraz? Mówię ci zostaję w rodzinie. Ale nie potrafię być zimnym skurczybykiem!
Tam się urodziło dziecko. Moje. Tak, moje.
Jestem winny wobec ciebie, wszystkich.
Chcesz wyrzuć mnie. Spakuję się i pójdę.
Mogę jechać do mamy, do internatu, gdziekolwiek, ale nie szantażuj mnie!

Weronice zadrżały ręce. Przestraszyła się nagle.
Gdyby teraz powiedziała idź, wyszedłby natychmiast.
Dumny. Głupi, ale dumny. Poszedłby byle gdzie, bez grosza, bez mieszkania i na pewno trafiłby właśnie do niej.
Tam go przyjmą, tam będzie bohaterem, ojcem. Może biednym, ale własnym. A wtedy straciłaby go na zawsze.
A przecież nie chciała go stracić. Mimo bólu, żalu, który palił ją od środka, kochała go. I dzieci go kochały.
Zniszczyć jest łatwo, wystarczy minuta. Ale jak potem żyć w pustym domu, gdzie wszystko przypomina o nim?

Usiądź, szepnęła. Nikt cię nie wyrzuca.

Marek załapał oddech, ciężki jak po biegu, i usiadł.
Werka, przepraszam. Jestem idiotą…
Jesteś idiotą, przytaknęła półgłosem. Ale naszym idiotą…

Wieczór przeszedł jak we śnie.
Weronika pomagała Marysi w lekcjach, sprawdzała raporty do pracy, ale myślami była gdzieś daleko.
Wyobrażała sobie tamtą kobietę. Jaka jest? Młoda, piękna, pewnie.
Może teraz patrzy na dziecko i czuje satysfakcję.
Nic nie chce? Jasne, to najlepszy sposób.
Nie żądać, nie awanturować się, po prostu pokazać: masz syna, jesteśmy dumni, damy sobie radę.
To doskonale uderza w męską ambicję. Mężczyzna od razu chce być bohaterem.
Marek nie mógł zasnąć, przewracał się, wzdychał. A Weronika patrzyła w ciemność, myśląc: Mam czterdzieści pięć lat, jestem zadbana, spełniona, ale młodość już minęła.
A tam młodość…

***
Rano było gorzej. Weronika roztrzęsiona, nie mogła się pozbierać.
Chłopcy gwałtownie coś zjedli i wybiegli, a Marysia niespodziewanie zaczęła się upierać:
Tato, zapleć mi warkocza! poprosiła stanowczo. Mama robi koślawego!
Marek wziął szczotkę. Jego szerokie, spracowane ręce, przyzwyczajone do kierownicy i młotka, troskliwie rozplątywały drobne pasemka.
Pracował skupiony, wystawił czubek języka, tak się przejął.
Weronika piła kawę i patrzyła.
To jej mąż. Jej własny, ciepły, domowy. A gdzieś tam jest inne dziecko, które też ma prawo do tego czułego człowieka…
Jak to znieść?

Marek, powiedziała, gdy Marysia wybiegła po kurtkę. Musimy podjąć decyzję. Dzisiaj.
Odłożył szczotkę.
Myślałem całą noc.
I?
Nie pojadę na wypis.

Weronika poczuła ucisk gdzieś w środku, ale nie pokazała tego po sobie.
Dlaczego?

Bo jeżeli pojadę, dam nadzieję jej, sobie i tamtemu dziecku.
Nie potrafię być ojcem na dwa domy. Nie chcę, Werka! Nie będę cię okłamywał, nie będę kradł czasu Marysi ani chłopcom.
Wybrałem jedenaście lat temu. Ty jesteś moją żoną i tutaj jest mój dom.

A tamten chłopiec? sama się zdziwiła, iż zapytała.
Zadbam, żeby miał na koncie. Albo przez alimenty, albo otworzę rachunek. Finansowo będę pomagał.
Ale odwiedzać… nie. Lepiej, żeby dorastał bez mojej obecności, niż miał czekać na ojca, który wiecznie patrzy na zegarek i myśli o swoim domu, o was.
To uczciwsze.

Weronika milczała, bawiła się obrączką na palcu.
Jesteś pewien? Nie pożałujesz?
Pożałuję przyznał Marek z rozbrajającą szczerością. Pewnie nie raz pomyślę, co u niego. Ale jeżeli tam pójdę, stracę was.
Czuję to, bo wiesz… ty byś tego długo nie zniosła. Jesteś silna, Werka, ale nie z tytanu.
Zaczniesz mnie nienawidzić, a ja nie chcę być przez ciebie znienawidzony.
Boże, ale to wszystko poplątane…

Mąż podszedł, objął ją z tyłu, położył ręce na ramionach.
Nie chcę innego życia. Mam ciebie i dzieci.
A tam… za głupotę muszę zapłacić.
Mogę płacić pieniędzmi i tylko pieniędzmi.
Ani swoim czasem, ani troską się już z tym dzieckiem nie podzielę.

Weronika przykryła jego dłoń swoją.
Pieniędzmi? uśmiechnęła się krzywo.
Zarobię. Rozniosę się, ale zarobię. Na swoje błędy nie wezmę ani grosza z twojej kieszeni.
To moja sprawa, Werka.

Weronika odetchnęła spokojniej.
Może zachował się nie fair, ale na te słowa właśnie czekała.
Nie zamierzała dzielić męża z nikim innym, nie dbała o uczucia tamtej drugiej.
Zaszła z żonatym nie jej problem.

***
Na wypis Marek nie pojechał.
Kochanka potem dzwoniła non stop krzyczała, wyzywała i chciała wiedzieć, czemu nie przyjechał.
Marek powiedział wprost: może liczyć tylko na wsparcie finansowe, osobistych spotkań nie będzie.
Kobieta się rozłączyła i przez następne pół roku nie dała znaku życia. Telefon milczał, była nieosiągalna.
I Weronice to zupełnie odpowiadało…

Idź do oryginalnego materiału