Siedziałam przy stole w kuchni, kubek z rumiankiem stygł mi pod ręką, a ja patrzyłam na wyświetlacz i czułam, jak żołądek zaciska mi się w supeł jeszcze zanim odebrałam. „Marcin" – świeciło się na ekranie. Marzec. Trzynastkę wypłacili w marcu tego roku, wcześniej niż zwykle, a on zadzwonił dzień później. Odebrałam po trzecim sygnale.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata, mieszkam w Radomiu od czterdziestu lat, w tym samym bloku przy Wośnickiej, gdzie na klatce wciąż pachnie zupą sąsiadki spod ósemki – ona gotuje bez przerwy, odkąd owdowiała. Przepracowałam trzydzieści osiem lat jako księgowa w miejskim zakładzie ciepłowniczym. Liczby to mój żywioł. Umiem policzyć wszystko: raty, odsetki, dni do emerytury. I telefony od syna.
– Cześć, mamo, jak zdrowie? – zapytał tym swoim lekkim tonem, jakby dzwonił co niedzielę, a nie raz na sto dni.
– Dobrze, synku. A u ciebie, u Ani, u dzieciaka?
– Wszystko gra. Słuchaj, mamo, chciałem cię o coś zapytać…
I już wiedziałam. Nie musiał kończyć zdania – wychowywałam go trzydzieści dwa lata, znam tę pauzę przed prośbą lepiej niż własne nazwisko.
Marcin wyjechał z Radomia dziewięć lat temu, do Wrocławia, do jakiejś firmy od oprogramowania. Mówił, iż to szansa życia. Sama go pchałam do nauki – „ucz się, żebyś nie musiał liczyć cudzych faktur jak ja”. Nauczył się. Tak dobrze, iż teraz siedzi przed monitorem trzysta kilometrów stąd i dzwoni raz do roku, zawsze w tym samym miesiącu.
Pierwsze lata po wyjeździe były inne. Dzwonił w niedziele, opowiadał o pracy, o Ani – najpierw dziewczynie, potem żonie – o kredycie na mieszkanie. Ja mu o sąsiadach, o kocie z parteru, który znów włazi do piwnicy, o ojcu.
O ojcu zaczęło się psuć.
Mój mąż, Zenon, zachorował pięć lat temu. Rak płuc. Palił od siedemnastego roku życia, więc lekarze nie byli zdziwieni – ja byłam. Człowiek wie, iż papierosy zabijają, a i tak nie wierzy, dopóki to się nie dzieje naprawdę, na oddziale onkologicznym przy Aleksandrowickiej, w sali, gdzie okno wychodziło na parking i przez pół roku patrzyłam, jak przybywa tam nowych samochodów, a mojemu mężowi ubywa dni.
Marcin przyjechał wtedy na dziesięć dni. Siedział przy łóżku, trzymał ojca za rękę, płakał w łazience, myśląc, iż nie słyszę. Słyszałam. Matka zawsze słyszy przez ścianę, choćby przez zamknięte drzwi.
Zenon zmarł w październiku. Na cmentarzu przy Firlejowskiej lało tak, iż parasol wywinęło mi z ręki, a Marcin złapał go i przytrzymał nad nami obojgiem. Powiedział wtedy: „Mamo, teraz ja się tobą zajmę”. Pamiętam każdy szczegół tamtego dnia – czarny płaszcz zaklejony deszczem do pleców, zapach mokrej ziemi, głos syna, który brzmiał, jakby naprawdę w to wierzył.
Przez pierwszych kilka miesięcy dzwonił często. Potem rzadziej. Potem raz w miesiącu. A potem zaczęłam liczyć – nie specjalnie, po prostu pewnego wieczoru otworzyłam historię połączeń w telefonie i zobaczyłam wzór: marzec albo kwiecień – trzynastka, marzec albo kwiecień – telefon od syna. Powtórzyło się to cztery razy, zanim w ogóle to do mnie dotarło.
Szukałam wytłumaczeń. Może wiosna działa na niego lepiej. Może to zbieg okoliczności. Dwa lata temu spróbowałam to sprawdzić – poczekałam, aż zadzwoni, pogadaliśmy o pogodzie i o jego pracy, a na koniec zapytałam wprost: „Marcin, potrzebujesz czegoś?”.
Cisza trwała dłużej niż zwykle.
– Mamo, no co ty, stęskniłem się – odpowiedział. A potem, jakby mimochodem, wspomniał, iż Ania jest w ciąży, iż muszą kupić fotelik do samochodu, iż fotelik teraz kosztuje tyle, co dwie pensje jego żony w sklepie, iż raty za mieszkanie…
Przelałam mu cztery tysiące złotych tego samego wieczoru. Nie dlatego, iż prosił wprost. On nigdy nie prosi wprost. On maluje tło, sugeruje, wzdycha przy odpowiednim zdaniu. A ja przez całe życie byłam tą, która to tło wypełnia przelewem.
Kiedy opowiedziałam o tym Grażynie, koleżance z ciepłowni, z którą piję kawę w każdy czwartek w cukierni na rogu Żeromskiego, pokręciła głową nad ciastkiem.
– Bożena, ty go karmisz tą trzynastką jak gołębia pod oknem. Przyleci, weźmie, odleci na cały rok.
Zezłościłam się wtedy na siebie, iż jej to powiedziałam. Niektóre rzeczy powinny zostać w rodzinie. Ale tamten marzec pokazał mi coś, czego już nie dało się schować.
Bo tym razem Marcin nie skończył zdania o wózku ani o foteliku. Powiedział wprost:
– Mamo, chodzi o działkę po tacie. Tę w Jedlance. Myśleliśmy z Anią, żeby ją sprzedać, bo i tak stoi pusta, a my byśmy dołożyli do domu…
Poczułam, jak ręka mi drętwieje na słuchawce. Ta działka to było ostatnie, co po Zenonie zostało w papierach niepodzielone – pół hektara ziemi pod Radomiem, którą kupił w osiemdziesiątym dziewiątym roku, jeszcze za dawne pieniądze, i na której sadził co roku ziemniaki, mówiąc, iż to jego „spokój na emeryturze”. Nigdy nie zdążył na niej odpocząć.
– Marcin, ta działka jest zapisana na mnie – powiedziałam. – Tata przepisał ją na mnie, zanim umarł, wiesz o tym.
– No wiem, ale przecież i tak kiedyś będzie moja, to po co czekać, prawda? Ania mówi, iż jak teraz sprzedamy, to mamy lepszą cenę, bo wiosną działki idą w górę…
Odłożyłam słuchawkę spokojnie, powiedziałam, iż muszę to przemyśleć. Ale tego wieczoru nie przemyślałam nic – wzięłam teczkę z dokumentami po Zenonie, tę szarą, kartonową, którą trzymam w dolnej szufladzie komody, i przez trzy godziny czytałam papiery, które od pięciu lat leżały nietknięte.
Nazajutrz pojechałam do notariusza przy ulicy Żeromskiego, tego samego, który sporządzał testament Zenona. Powiedziałam mu, czego chcę: przepisać działkę w Jedlance na wnuka – na dziecko Marcina i Ani, w formie darowizny z dożywotnim prawem użytkowania dla mnie, bez możliwości sprzedaży do osiemnastych urodzin dziecka. Notariusz uniósł brwi, zapytał, czy jestem pewna, iż to nie powinno zostać po prostu dla syna. Powiedziałam, iż jestem pewna jak nigdy w życiu.
Marcin zadzwonił tydzień później, kiedy dowiedział się od Ani, iż byłam u notariusza – bo Ania zadzwoniła do mnie z pytaniem, „co się dzieje z tą działką”, a ja jej po prostu powiedziałam prawdę.
– Mamo, co ty zrobiłaś?! – krzyczał do słuchawki, głosem, jakiego nie słyszałam od czasów, gdy jako nastolatek nie dostał kluczyków do samochodu ojca. – To miało być nasze!
– To jest teraz twojego syna – odpowiedziałam spokojnie. – Będzie czekało na niego, kiedy dorośnie. A ja, Marcin, będę na tej działce sadzić ziemniaki, jak twój ojciec. Co roku. I będę tam, jak przyjedziesz mnie odwiedzić. Nie w marcu koniecznie.
W słuchawce zapadła cisza, ale to już nie była ta sama cisza co przy wózku czy foteliku. Odłożył telefon bez pożegnania.
Nie zadzwonił ani w kwietniu, ani w maju. Dopiero we wrześniu, w niedzielę, telefon zaświecił się jego imieniem o zwykłej porze, bez okazji, bez trzynastki w tle. Odebrałam po drugim sygnale.
– Cześć, mamo. Jak zdrowie?
Nie spytałam, czego potrzebuje. Po prostu opowiedziałam mu o kocie z parteru, który znowu wlazł do piwnicy.










