Trzynaście lat milczenia i telefon o wpół do drugiej w nocy

polregion.pl 1 tydzień temu

Telefon o wpół do drugiej w nocy

Nazywam się Paweł Wichrowski, mam pięćdziesiąt cztery lata i jestem redaktorem naczelnym portalu internetowego, który od dwunastu lat publikuje teksty o medycynie alternatywnej, szczepionkach i tym, co nazywam „wolnością wyboru terapeutycznego". Wiem, jak to brzmi. Słyszałem to tysiąc razy, głównie od ludzi, którzy nigdy nie usiedli przy łóżku umierającej żony i nie patrzyli, jak chemia zabiera jej włosy, apetyt i w końcu chęć do życia.

Moja żona, Bożena, zmarła dwudziestego trzeciego lutego tego roku. Rak trzustki, dwa lata od diagnozy. Napisałem o tym tekst na Facebooku, bo tak radziłem sobie z żałobą przez całe życie — pisaniem. Napisałem, iż odmówiliśmy części chemioterapii po dziewiątym miesiącu, bo Bożena sama tego chciała, bo widziała, jak to ją niszczy szybciej niż sam nowotwór. Napisałem, iż próbowaliśmy diety ketogenicznej, witaminy C w dużych dawkach, iż czytaliśmy o protokołach, które onkolodzy w Instytucie w Gliwicach nazywali szarlatanerią. Napisałem, iż była silna do końca.

Trzy dni później ktoś o nazwisku Marek Sowiński, lekarz z Krakowa, którego nigdy w życiu nie spotkałem, napisał pod moim tekstem komentarz na osiemset słów. Że jestem zbrodniarzem ideologicznym. Że wykorzystuję śmierć żony do propagandy antyszczepionkowej. Że powinienem był zmusić ją do pełnej terapii, bez względu na to, czego chciała.

Nie znał Bożeny. Nigdy nie widział, jak w kwietniu, kiedy jeszcze mogła chodzić, siedziała na balkonie naszego mieszkania na Bronowicach i patrzyła na kwitnące kasztanowce, mówiąc, iż wolałaby mieć trzy dobre miesiące niż osiem złych. Nie wiedział, iż to ona, nie ja, znalazła dietetyczkę specjalizującą się w żywieniu onkologicznym. Że to ona zadzwoniła do tej kobiety z pytaniem, czy jest sens próbować czegoś innego, skoro lekarze mówili wprost — rokowania są złe niezależnie od metody.

Sąsiadka z naprzeciwka, pani Halina, przynosiła nam wtedy rosół w słoikach, bo wiedziała, iż nie mam siły gotować. Stawiała słoik na wycieraczce, dzwoniła i uciekała, żeby nie zawstydzać mnie łzami w progu. To akurat pamiętam wyraźniej niż niejedną rozmowę z lekarzem.

Portal, który redaguję, opublikował artykuł o Sowińskim i jego komentarzu. Dziennikarka, niejaka Justyna Krupa, zacytowała go w całości, jakby był głosem rozsądku w moim „ideologicznym majaczeniu". Nie zadzwoniła do mnie ani razu. Nie zapytała, ile godzin spędziłem w poczekalni onkologii przy ulicy Garncarskiej, czekając na wyniki, których bałem się bardziej niż czegokolwiek w życiu. Zacytowała mężczyznę, który dowiedział się o śmierci mojej żony z ekranu telefonu, i przedstawiła go jako eksperta od mojego bólu.

Zadzwonił do mnie o wpół do drugiej w nocy, dzień po publikacji artykułu Krupy. Nie spałem — od śmierci Bożeny prawie nie sypiam, telewizor mruczy w tle jakiś powtórkowy program kulinarny, którego choćby nie oglądam. Numer nieznany. Odebrałem, bo pomyślałem — a nuż to coś ważnego, może szpital, może coś z formalnościami pogrzebowymi, których wciąż było mnóstwo.

To był on. Sowiński.

— Panie Wichrowski — powiedział, głos miał opanowany, prawie uprzejmy, co było gorsze niż krzyk. — Wie pan, iż ludzie piszą do mnie, iż pana nienawidzą? Że mam panu powiedzieć, co pan zrobił?

Zapytałem, skąd ma mój numer. Nie odpowiedział wprost, powiedział coś o tym, iż „środowisko medyczne trzyma się razem", iż ktoś mu podał kontakt, bo „to sprawa publiczna".

— Pana żona umarła, bo pan jej nie pozwolił się leczyć — powiedział.

Odłożyłem słuchawkę. Dłonie mi się trzęsły, nie ze strachu, tylko z wściekłości, jakiej nie czułem od pogrzebu ojca dwadzieścia lat temu. Usiadłem przy stole w kuchni, tym samym, przy którym Bożena jeszcze w styczniu robiła listy zakupów drobnym, pochyłym pismem, i zacząłem pisać.

Nie odpowiedź na Facebooku. Coś innego.

Zadzwoniłem do znajomego adwokata, Tomasza Barczyka, z którym studiowałem na tej samej uczelni trzydzieści lat temu, choć na innych kierunkach. Powiedziałem mu wszystko — o telefonie, o artykule, o tym, iż Sowiński podpisuje się jako lekarz, choć w rejestrze Naczelnej Izby Lekarskiej figuruje jako osoba z zawieszonym prawem wykonywania zawodu od czternastu miesięcy, bo prowadził prywatną praktykę bez wymaganych ubezpieczeń i miał wobec niego toczące się postępowanie dyscyplinarne za nękanie pacjentki.

Tego nie było w artykule Krupy. Tego nikt nie sprawdził.

Barczyk zebrał dokumentację przez dwa tygodnie. Wydruk z rejestru izby lekarskiej, bilingi połączeń z moim numerem — trzy telefony w ciągu tygodnia, nie tylko ten pierwszy, screeny wiadomości, które Sowiński wysyłał do wspólnych znajomych z sugestią, żeby „zgłosili mnie do prokuratury za znęcanie się nad chorą". Złożyliśmy zawiadomienie o nękaniu do prokuratury rejonowej Kraków-Śródmieście oraz osobne pismo do rzecznika odpowiedzialności zawodowej przy Okręgowej Izbie Lekarskiej.

Sowiński zadzwonił jeszcze raz, dziesięć dni później, tym razem o dziewiątej wieczorem. Odebrałem od razu, bo Barczyk kazał mi nagrywać każde połączenie z jego numeru na wszelki wypadek.

— Wycofa pan to zawiadomienie — powiedział. Nie było już w jego głosie tej uprzejmości sprzed dwóch tygodni, tylko coś cienkiego, spanikowanego. — Bo zniszczy mi pan całą karierę za jeden komentarz.

— To nie był jeden komentarz, panie doktorze — powiedziałem, siedząc w tej samej kuchni, z dyktafonem w telefonie przy uchu. — I nie jest pan lekarzem. Od czternastu miesięcy.

Milczał chwilę. Słyszałem, jak oddycha, szybko, nierówno, jakby dopiero teraz do niego dotarło, iż ktoś sprawdził to, czego nie sprawdziła Krupa.

— Skąd pan to…

Nie dokończył. Rozłączył się.

W czerwcu dostałem pismo od rzecznika — decyzję o skierowaniu wniosku do sądu lekarskiego, z zarzutem naruszenia zasad etyki zawodowej oraz wykonywania czynności zastrzeżonych dla lekarza mimo zawieszenia uprawnień. Kopię tej decyzji wysłałem pocztą poleconą na adres redakcji Justyny Krupy, z prośbą o sprostowanie.

Odpowiedzieli po dziesięciu dniach. Opublikowali sprostowanie — trzy akapity, mniej widoczne niż pierwotny tekst, ale jednak. Napisali, iż cytowany w artykule Marek Sowiński nie posiadał w chwili publikacji czynnego prawa wykonywania zawodu i iż wobec niego toczy się postępowanie dyscyplinarne oraz karne.

Nie zadzwoniłem do niego, żeby to mu oznajmić. Zrobiła to prokuratura, wzywając go na przesłuchanie w charakterze podejrzanego.

W szufladzie biurka, tej samej, w której Bożena trzymała swoje leki, leży teraz teczka z kopiami dokumentów — i pod spodem, zapomniana do niedawna, kartka z jej pismem: mleko, cytryny, chleb żytni, coś na sen. Nie wyrzuciłem jej. Czasem, wieczorem, kiedy telewizor znowu mruczy w tle jakiś program, który mnie nie interesuje, otwieram szufladę i patrzę na tę listę dłużej, niż powinienem.

Idź do oryginalnego materiału