Wzięłam z półki w aptece opakowanie magnezu i odstawiłam je z powrotem. Trzeci raz w tym tygodniu. Ręce mi się trzęsły, ale to nie z braku potasu. To z braku snu i z tej ciszy w domu, która przestała być spokojem, a stała się czymś w rodzaju wyroku. Mieszkamy w Łodzi, w kamienicy przy Piotrkowskiej. Wieczorami z podwórka słychać tramwaje, a z klatki czuć wilgoć i starą farbę. Zawsze mi to nie przeszkadzało. Teraz ten zapach kojarzy mi się z powrotem do domu, w którym nikt na mnie nie czeka z pytaniem „co u ciebie”, tylko z listą rzeczy do zrobienia.
Mój mąż Krzysztof jest montażystą okien. Wraca po całym dniu na rusztowaniach i twierdzi, iż jest bardziej zmęczony niż ja. Może i jest. Tylko iż ja od trzech lat nie wiem, co to znaczy usiąść i po prostu dokończyć herbatę, zanim wystygnie. Moja mama, pani Alina, po operacji biodra chodzi o kuli, ale za nic nie zgodzi się na to, żeby ktoś obcy wszedł do jej kuchni. Mój tata, pan Mieczysław, ma alzheimera. Nie poznaje mnie częściej, niż poznaje. Siostra Iga mieszka na Widzewie, dziesięć minut tramwajem, ale pojawia się raz na dwa tygodnie z ciastem z Biedronki i miną, która mówi: „widzisz, ja też się staram”.
Iga jest dwa lata młodsza. Kiedy byłyśmy dziećmi, matka powtarzała, iż to ja jestem „ta poukładana”. Więc się poukładałam. Tak skutecznie, iż do trzydziestu pięciu lat zapomniałam, gdzie kończę się ja, a zaczyna moja rodzina.
Przyszła sobota. Gotowałam u rodziców rosół, a ojciec siedział w fotelu i wyrywał nitki z pledu. Mama stała przy oknie i patrzyła na gołębie. Powiedziała:
– Ta zupa jest za rzadka. Zawsze gotujesz za rzadko.
– Mamo, to woda z kostką, bo nie zdążyłam z warzywami.
– Bo ty nigdy nie masz czasu. Nic, tylko ta apteka. A my siedzimy jak te meble.
Odwróciłam się od garnka i najpierw policzyłam w myślach do dziesięciu. Potem do dwudziestu. Przy trzydziestu powiedziałam:
– Mamo, ja codziennie po pracy biegam najpierw do was. Robię zakupy. Dzwonię po lekarzy. Płacę rachunki. W nocy wstaję, jak tata krzyczy, bo mu się wydaje, iż jest okupacja.
– I co? Myślisz, iż mnie to bawi? Ja całe życie harowałam. W fabryce, w domu, przy was. I co, teraz mam ci dziękować?
Nie czekałam na tę rozmowę. Wiedziałam, iż przyjdzie. Ale zawsze myślałam, iż jak już powiem, co leży mi na wątrobie, to coś się zmieni. A tu nic. Tylko rosół lekko kipiał i ojciec powiedział „afera, afera”, bo tak mówi, kiedy słyszy podniesione głosy.
Krzysztof tego samego wieczoru powiedział mi, iż przesadzam.
– Ty zawsze robisz z igły widły. Twoja matka jest po prostu stara. Trzeba odpuścić.
– Ja nie chcę, żebyś mi mówił, co mam czuć. Ja chcę, żebyś pojechał do niej jutro i zawiózł jej ten rosół.
Popatrzył na mnie, jakbym go poprosiła o wybudowanie drugiego mieszkania.
– Jutro jadę na mecz. Przecież wiesz.
Wiedziałam. Pojechał na mecz. Włączyłam pralkę, wyjęłam z torby paragon z apteki i znalazłam na nim plamę z kawy. Patrzyłam na ten paragon jak na dowód rzeczowy mojego życia. Praca, kawa, zakupy, lek, telefon, krzyk, przeprosiny. I znowu od początku.
Następnego dnia poszłam do mamy. Otworzyła mi w szlafroku, chociaż była jedenasta.
– Źle się czujesz? – zapytałam.
– Ty to zawsze musisz przyjść i się mnie czepić.
Weszłam do kuchni. Na blacie leżał jej telefon z rozładowaną baterią i kartka od siostry: „Mamo, dzwoniłam, nie odbierałaś. Zadzwoń, jak będziesz wolna”. Bez daty. Ta kartka leżała tam od tygodnia.
– Dzwoniłam do Igi – powiedziałam. – Powiedziała, iż nie ma czasu podjechać w tym tygodniu.
– A ty to niby masz czas. Siedzisz u mnie i liczysz minuty.
– Nie liczę minut. Liczę rzeczy do zrobienia. I jest ich dwadzieścia trzy, a jest dopiero rano.
Mama usiadła. I wtedy, bez żadnego wstępu, powiedziała coś, co rozebrało mnie do końca:
– Ty już nas nie kochasz. Po prostu się nami zmęczyłaś. Przyznaj wreszcie.
Zabolało mnie to bardziej, niż przyznałabym przed sobą. Bo to było dokładnie to, czego bałam się usłyszeć. Całe moje zmęczenie zostało odczytane jako zdrada. Jakbym nie mogła być wykończona i kochać jednocześnie. Jakby miłość wykluczała granice.
Wstałam z taboretu, wzięłam z parapetu pustą szklankę i postawiłam ją do zlewu. Nie trzasnęłam drzwiami. Nie zaczęłam krzyczeć. Po prostu wyszłam.
W bramie minęłam pana Staszka, sąsiada z dołu, który zawsze śmierdzi papierosami i płynem do szyb.
– A co to, nie dokończyła pani rosół? – rzucił.
Zatrzymałam się.
– A co, pan nasłuchuje w rurach?
– E, tam. Po prostu czuć było na klatce.
Wróciłam do domu i zrobiłam coś, czego nie planowałam. Otworzyłam szafkę w przedpokoju. Tę, w której trzymam stare rzeczy: niby do oddania, a adekwatnie do zapomnienia. Znalazłam tam dziennik z czasów, kiedy Zosia miała dwa lata. Na pierwszej stronie napisane moim pismem: „Dziś pierwszy raz nie zapłakała, jak wyszłam do pracy”. Potem wycięte z gazety przepisy na sernik. A na jakiejś luźnej kartce, schowanej w środku, zdanie: „Jeśli Bóg dał mi te obowiązki, to znaczy, iż mogę je udźwignąć”.
Trzymałam tę kartkę w ręku i zrozumiałam, iż ktoś mi kiedyś to powiedział. Albo ktoś napisał, a ja przepisałam. Już nie pamiętam. Ale pamiętam, jak przez lata to powtarzałam jak lekarstwo. A to wcale nie było lekarstwo. To była umowa podpisana przeze mnie samą, bez czytania.
Wieczorem Zosia zapytała:
– Mamo, a jak się zostaje kimś, kto wszystko ogarnia?
– Nie wiem. Chyba jak nikt inny nie chce.
– To smutne.
– Tak. Smutne.
Ona ma dziesięć lat i już widzi więcej niż mój mąż. Krzysztof obejrzał ze mną serial i powiedział, iż idzie spać. Nie zapytał, co u rodziców. Nie zapytał, czy jadłam. Pocałował mnie w policzek i zgasił światło. A ja jeszcze dwie godziny siedziałam przy kuchennym stole i płakałam tak cicho, żeby Zosia nie weszła. Płakałam nad tym, iż przyzwyczaiłam wszystkich do tego, iż jestem z gumy. A guma w końcu pęka.
W poniedziałek w aptece dostałam zawrotów głowy. Musiałam usiąść przy kartonach z witaminami. Kierowniczka, pani Ewa, przyniosła mi wodę i powiedziała łagodnie, jakby do dziecka:
– Pani Kasiu, serce to nie jest silnik od malucha. Nie pojedzie pani na oparach.
– Pani Ewa, ja już nie jadę. Ja się toczę.
Zapisała mi wizytę u kardiologa. Kardiolog po badaniu powiedział: „czterdzieści osiem tysięcy skurczów na dobę” – nie wiem, po co mi to powiedział, chyba żeby mi uświadomić, iż moje serce pracuje. Potem zapytał, czy mam w domu coś, co robię tylko dla siebie. Zawahałam się.
– No, czasem śpię.
– To nie hobby.
Tego wieczoru wróciłam do domu i stanęłam w przedpokoju jak obca. Bartek z góry znowu walił piłką o kaloryfer, a w łazience ciekł kran. Krzysztof oglądał mecze. Zosia odrabiała lekcje. Wszystko na swoim miejscu. Tylko ja nie.
I wtedy zadzwoniła Iga. Pierwszy raz od dawna.
– Mama mówiła, iż byłaś niemiła.
– Byłam zmęczona.
– Każdy jest zmęczony. Ale ty masz takie poczucie, iż tobie się należy.
– Aha. Tobie się nie należy. Mama ci powiedziała, iż ja przestałam gotować?
– Nie chcę o tym rozmawiać. Powinnaś więcej odpoczywać.
Powiedziała to takim tonem, jakby mi dawała urlop. Jakby moje zmęczenie było fanaberią, a nie skutkiem trzech lat bez jednego dnia wolnego. Jakby to ona łaskawie pozwalała mi na odpoczynek.
Tydzień później usiadłyśmy przy kawie. Ja, Iga i mama. Krzysztof został z Zosią. To była scena, do której się zbierałam miesiącami.
– Od lutego nie przychodzę codziennie – powiedziałam.
Mama odstawiła filiżankę. Zadzwoniło.
– To znaczy, iż mamy zdychać sami?
– Mamo, opiekunka z MOPS-u przyjdzie we wtorki i czwartki. W poniedziałki Iga. W środy ja. Weekendy dzielimy.
Iga parsknęła:
– Ty zawsze wszystko poustawiasz. A moje życie też się liczy. Mam pracę, mam dwoje dzieci.
– Masz. I ja nie mówię, iż masz rzucić pracę. Mówię, iż tata nie może siedzieć cały dzień w pieluchach, bo ty chcesz mieć spokojne niedziele.
Mama zaczęła płakać. Cicho, ze spuszczoną głową. Iga powiedziała, iż jestem bez serca. A ja czułam, jak w środku coś mi trzeszczy. Ale nie odpuściłam. Pierwszy raz od lat nie powiedziałam „dobra, ja to wezmę na siebie”.
Po tygodniu matka przestała płakać. Zaczęła robić mi wyrzuty, iż opiekunka źle myje okna. Iga dzwoniła, żeby powiedzieć, iż nie da rady w poniedziałki, bo ma jogę. A Krzysztof przy kolacji powiedział:
– Wreszcie się postawiłaś. Myślałem, iż nigdy.
I to miało być miłe. Bo on myślał, iż chodzi o to, żeby pokazać charakter. A chodziło o to, żeby przeżyć.
Pewnego wieczoru Zosia usiadła przy mnie z telefonem.
– Mamo, pokażę ci coś.
Na ekranie był filmik z kotem, który wpadł do wanny. Obejrzałyśmy go trzy razy. Za trzecim razem śmiałam się tak, iż łzy leciały. I właśnie wtedy dotarło do mnie, iż od trzech lat nie śmiałam się przy nikim z własnej woli. Tylko grzecznościowo. Tylko w aptece, żeby klienci nie widzieli.
Na drugi dzień rano, po odwiezieniu Zosi do szkoły, otworzyłam aplikację banku. Przeliczyłam. Za ostatni rok na leki, pieluchy, dojazdy, rehabilitację i jedzenie dla rodziców wydałam siedemnaście tysięcy czterysta złotych. To była suma, od której zrobiło mi się słabo. Bo to były pieniądze, których nie mam. I je wydawałam, bo nikt nigdy nie zapytał, czy mnie stać. Bo „przecież to rodzice”.
Zadzwoniłam do Igi.
– Posłuchaj, od dzisiaj rachunki za rodziców dzielimy na pół. Pieluchy, leki, wizyty. Konkretnie: w zeszłym miesiącu za taty pampersy dałam trzysta czterdzieści złotych. Wpłacisz mi połowę.
– Oszalałaś?
– Nie. Założyłam zeszyt. Będę to wpisywać.
Zapadła cisza. Długa, gęsta. Iga odłożyła słuchawkę. Wieczorem napisała SMS: „Nie wiedziałam, iż to dla ciebie taki problem”. Nie napisała „przepraszam”. Nie napisała „faktycznie, czasem mogłabym”. Napisała tak, jakby to moje zmęczenie było barierą między nami, a nie jej nieuwaga.
Kilka dni później mama powiedziała, iż ojciec się przewrócił, gdy opiekunka wyszła do łazienki.
– Mówiłam, iż obca baba to zło – powiedziała.
– Nie. To znaczy, iż opiekunka musi być dłużej. Albo tata nosi pieluchomajtki z lepszej wchłanialności.
– Ty byś go chciała zamknąć w tym pampersie jak w kajdankach.
– Mamo, ja bym chciała, żebyś ty miała siłę wstać rano i zaparzyć sobie kawę bez myśli, iż jak się obrócisz, to ojciec leży na podłodze.
Ile można? Znowu cisza. Ona patrzyła w okno. Ja liczyłam do dziesięciu. I wtedy powiedziała coś, czego do końca się nie spodziewałam:
– Kiedyś mi było lżej. Chodziłam na spacery. Teraz boję się wyjść za próg.
– Mamo, to nie powód, żebym ja też przestała wychodzić.
Odebrałam Zosię, wróciłam do mieszkania, stanęłam w korytarzu. Krzysztof akurat wyszedł z łazienki z ręcznikiem na szyi.
– Ty to chyba jednak masz nerwicę – powiedział. – Cały czas tylko o matce i o rachunkach.
– A o czym mam myśleć? O twoim oknie?
Zamilkł. A ja położyłam się w ubraniu na łóżku i pierwszy raz od bardzo długiego czasu nie wstałam na kolację. Nie sprawdziłam, czy Zosia odrobiła lekcje. Nie zmyłam naczyń. Leżałam i patrzyłam w sufit. Na suficie był pęk skrzydełek po muchach. Naliczyłam ich czternaście. To była moja medytacja.
Następnego dnia po pracy poszłam do kwiaciarni. Nie do rodziców, nie po zakupy. Do kwiaciarni. Kupiłam sobie goździki za czternaście złotych. Wróciłam do domu i wstawiłam je do wazonu po ogórkach. Krzysztof je zauważył wieczorem.
– Dostałaś?
– Sama sobie kupiłam.
Popatrzył tak, jakbym powiedziała, iż wychodzę wieczorem z domu.
– Ciekawe.
Potem usiadł do laptopa.
Zaczęłam pisać. Zeszyt w kratkę, niebieska okładka, pierwsza strona: „Plan równych obowiązków”. Wypisałam kto, kiedy, z czym. Dla Igi, dla Krzysztofa, dla mamy. Przy każdym dniu zapisałam, co robię. Przy ich dniach – co zrobić muszą. Żeby nie było „zapomniałem”, „nie wiedziałem”, „myślałem, iż ty”. W czwartek dałam ten zeszyt mamie.
– To moje życie wygląda teraz jak u mniszki? – zapytała.
– Nie. To wygląda jak normalny grafik.
– W moim domu nikt mi nie będzie mówił, co mam robić.
– Mamo, a czy ty mi mówisz, co mam robić? Codziennie, od trzech lat?
Zamknęła zeszyt. Popatrzyła na mnie długo, bez słowa. W tym spojrzeniu było zdziwienie i coś jeszcze. Może pierwszy raz zobaczyła, iż to, co brała za bliskość, od dawna było służbą.
A potem przyszedł ten wieczór. Jeden z tych, które zmieniają skład powietrza.
Byłam u nich, bo Zosia miała gorączkę i chciałam zostać w domu. Ale mama dzwoniła cztery razy. Pojechałam. Ojciec leżał w łóżku, przestawiał kołdrę. Mama siedziała w kuchni z kubkiem, z którego piła herbatę od zawsze. Taki z odpryskiem na rancie.
– Musisz się wyprowadzić z tej swojej pracy – powiedziała. – Ta farmacja to jest zły kierunek.
– Nie mówimy teraz o mojej pracy.
– Bo ty nie chcesz mówić o niczym, co ja proponuję. Ty zawsze wiesz lepiej.
– Mamo, ja wiem, iż potrzebuję pomocy. To wiem najlepiej.
– Pomocy! Wszystko teraz tylko „pomoc, pomoc”. Nas, jak my was wychowywaliśmy, nikt nie pytał, czy chcemy pomocy. Robiło się i już.
Wstałam. Zdjęłam z wieszaka kurtkę. Powiedziałam, iż przychodzi opiekunka i iż ja przyjdę w sobotę. A mama powiedziała:
– Jak wyjdziesz, to ja zadzwonię po księdza. Niech mi powie, co mam myśleć o córce, która zostawia matkę.
– Mamo, nie zostawiam cię. Ale mogę.
Wyszłam. W bramie trzasnęły za mną drzwi. Hałas odbił się echem po klatce i zlał z tramwajem na Piotrkowskiej. Poszłam prosto przed siebie, minęłam kebab i sklep z tkaninami, potem zatrzymałam się przy skwerze. Na ławce siedział bezdomny z psem. Pies wyglądał na zadbanego. Ten człowiek podrapał go za uchem i powiedział coś do niego, czego nie dosłyszałam. I pomyślałam sobie, iż ja bym chciała, żeby mi ktoś tak popatrzył w oczy jak ten bezdomny swojemu psu. Z czułością, nie z pretensją.
Wróciłam do domu o dwudziestej trzeciej. Krzysztof nie spał. Siedział w kuchni z telefonem.
– Gdzie byłaś?
– Chodziłam.
– Spacerowałaś? – powiedział to tak, jakby spacer był zbrodnią.
– A co? Nie mogę?
Zosia spała. Włączyłam w sypialni lampkę i znalazłam na poduszce kartkę: „Mamo, powiedz mi rano, gdzie byłaś. Bo ja chcę też tak uciekać”.
Nie uciekać, Zosiu. Wiedzieć, iż masz się gdzie podziać, kiedy nie dajesz rady. Złapałam za długopis i dopisałam: „Wrócę i wszystko ci pokażę”.
Rano zrobiłam coś, co zaskoczyło wszystkich. Wzięłam z szafki teczkę z dokumentami rodziców, złożyłam zamówienie na wizytę u notariusza i napisałam wiadomość do Igi i do mamy:
„Sporządzamy umowę opiekuńczą. Dokładny podział. Jak nie macie czasu, przyjadę i poczekam. Ale bez tej umowy nie biorę już nic”.
Matka nie odezwała się przez dwa dni. Iga odpisała: „Chcesz, żebyśmy jak w firmie robili grafiki?”.
„Chcę, żeby nikt nie umarł mi na rękach, a ja nie rozpadłam się pierwsza” – odpisałam.
W niedzielę siedziałyśmy u mamy przy stole. Przyjechała też Iga z sernikiem, a Krzysztof został z Zosią, bo „nie ma po co tam jeździć”. Na stole leżał zeszyt, teczka i telefon z otwartą aplikacją banku. To były moje argumenty. Iga próbowała obrócić to w żart, matka w płacz, ale ja postawiłam teczkę przed sobą jak tarczę.
Po godzinie podpisałyśmy. W umowie wpisałam: opiekunka trzy razy w tygodniu, koszt dzielony przez trzy, każde z nas dostaje jedno popołudnie wolne. Wydatki na pieluchy, leki i rehabilitację – po równo, przelewy na wspólne konto. Mama dostała punkt, iż bez jej zgody nikt nie wyrzuca rzeczy ojca. Iga dopisała, iż nie będzie jeździć w soboty. Zgodziłam się. Niech ma tę sobotę.
I wtedy mama spojrzała na mnie znad okularów.
– Ty to masz twardą głowę. Po ojcu.
– Nie. Po tobie – powiedziałam.
Roześmiała się krótko, nerwowo. Pierwszy raz od długiego czasu w tym mieszkaniu było słychać coś innego niż szum telewizora.
Dziś, o siedemnastej trzydzieści, kiedy Zosia odrabia lekcje, a Krzysztof jest na siłowni, ja nie gotuję rosołu. Nie jadę przez miasto do matki. Siedzę w kuchni i piję herbatę. Tę samą, co kiedyś stygła, zanim zdążyłam ją tknąć. Tym razem piję ją do dna, aż na dnie kubka zostaje tylko listek melisy.
Na parapecie stoją goździki. Kolejne. Kupiłam je w środę za szesnaście złotych. Obok postawiłam pusty kubek i położyłam rachunek z apteki, na którym napisałam długopisem: „Nie musisz już wszystkich ratować”.
Z klatki schodowej dochodzi trzask windy sąsiada i tupot Bartka na górze. Zza ściany słychać, jak Krzysztof wraca i zdejmuje buty. Ja siedzę jeszcze chwilę, z kubkiem w dłoni, i patrzę na tę kartkę leżącą przy goździkach.














