Grzegorz Sowa nie pamiętał, kiedy ostatni raz ktoś zapukał do jego drzwi bez powodu. Mieszkał na skraju Nowogardu, w gospodarstwie po ojcu, gdzie ziemia pachniała krowim obornikiem i mokrą słomą, a najbliższy sąsiad mieszkał półtora kilometra dalej. Miał czterdzieści dwa lata, dwadzieścia krów mlecznych i psa o imieniu Bandyta, który spał na macie przy piecu kaflowym.
W miasteczku mówiono o nim różnie. Że zamknięty. Że dziwak. Że po tym, co się stało z Anką, przestał chodzić na msze, przestał bywać u Wandy w barze mlecznym, przestał w ogóle cokolwiek zaczynać. Nikt nie mówił tego wprost przy nim. Plotkowano cicho, przy ladzie w sklepie spożywczym, między jednym a drugim klientem czekającym w kolejce po chleb.
Grzegorz nic nie prostował. Nie miał do kogo.
Dni układały się jedne w drugie, jednakowe jak deski w płocie. Wstawał o czwartej trzydzieści, jeszcze przed wschodem, doił krowy, sprawdzał poidła, naprawiał to, co się zepsuło. Po południu siadał na ganku z kubkiem zimnej już herbaty i patrzył, jak niebo z pomarańczowego robi się granatowe, a potem czarne, usiane gwiazdami. Bandyta kładł mu łeb na kolanach. Czasem siedział tak, aż zimno wchodziło pod kurtkę, a on tego nie zauważał.
Kiedyś było inaczej. Kiedyś jeździł do Nowogardu na dyskoteki w remizie, grał w karty z chłopakami spod kościoła, planował coś więcej niż kolejny udój. To życie wydawało mu się teraz cudze, jakby należało do kogoś innego, kto miał jego twarz.
W październiku, gdy pierwsze przymrozki ścięły trawę na podwórku, Grzegorz otworzył szufladę komody, do której nie zaglądał od dawna. Leżała tam kartka papieru i długopis, którym ojciec podpisywał kiedyś kwity za mleko. Siedział z nimi przy stole długo, zanim zaczął pisać.
Napisał, iż ma gospodarstwo, dwadzieścia krów, psa, iż jest sam od pięciu lat i iż szuka kobiety, która nie boi się wczesnego wstawania i ciszy. Napisał adres.
Rano poszedł na pocztę przy rynku, tę z odrapaną fasadą i plakatem loterii w oknie sprzed dwóch lat. Kazał listonoszce, pani Halinie, wysłać ogłoszenie do gazety w Szczecinie, tej z rubryką towarzyską na ostatniej stronie. Zapłacił, wyszedł, nie powiedział nikomu ani słowa.
Potem czekał. Sam nie wiedział, na co dokładnie.
Minęły dwa tygodnie. Nic. Bandyta szczekał na listonoszkę codziennie o tej samej porze, a Grzegorz codziennie sprawdzał skrzynkę i codziennie zamykał ją pustą.
Trzeciego tygodnia, w sobotę, pani Halina sama przyjechała rowerem, zziajana, z torbą listonoszki przewieszoną przez ramię.
— Grzegorz — powiedziała, łapiąc oddech przy furtce. — Coś dziwnego się dzieje. Mam dla ciebie trzy listy.
— Trzy?
— Trzy odpowiedzi na twoje ogłoszenie. I to nie byle jakie. Wszystkie trzy przyszły tego samego dnia, z tej samej miejscowości — z Golczewa. I wszystkie trzy… — zawahała się — wszystkie trzy podpisane przez kobiety z tej samej rodziny. Matka i dwie córki.
Grzegorz stał w progu, nie ruszając się. Bandyta obwąchiwał torbę listonoszki, jakby wiedział, iż w środku jest coś, co zmieni porządek dnia.
— Jak to możliwe?
— Nie wiem. Ale przeczytaj. — Podała mu koperty. — I powiedz mi, bo cała poczta w Nowogardzie już plotkuje.
Usiadł na progu, tam gdzie zwykle patrzył na niebo, i otworzył pierwszą kopertę. Pismo równe, staranne. Podpisana Krystyna Wardyn, pięćdziesiąt trzy lata, wdowa. Pisała, iż ma gospodarstwo po mężu, dwie dorosłe córki, i iż szuka mężczyzny, z którym mogłaby dożyć spokojnie, bez wielkich słów.
Drugą kopertę podpisała Ewa Wardyn, dwadzieścia dziewięć lat. Pisała krótko, rzeczowo — iż pomaga matce prowadzić gospodarstwo, iż nie boi się pracy fizycznej, iż szuka kogoś stabilnego.
Trzecią podpisała Marta Wardyn, dwadzieścia sześć lat, młodsza siostra. Jej list był inny — ciepły, trochę nieporadny, jakby pisała go w pośpiechu, zanim ktoś zdąży ją powstrzymać. Napisała, iż od śmierci ojca boi się, iż nigdy nikogo nie pozna, bo wszyscy we wsi znają jej rodzinę i nikt nie traktuje jej poważnie.
Grzegorz czytał wszystkie trzy dwa razy. Potem podniósł głowę na panią Halinę, która czekała przy furtce, nie odjeżdżając.
— Nie rozumiem. Wysłałem jedno ogłoszenie. Jak trzy kobiety z jednej rodziny mogły odpowiedzieć osobno, nie wiedząc o sobie?
— A wiedziały. — Pani Halina wyjęła z torby jeszcze jedną, czwartą kopertę, cieńszą, bez znaczka, zaklejoną naprędce. — To przyszło razem z resztą. Od sąsiadki tej rodziny, niejakiej Zofii Rak. Pisze, iż musisz to przeczytać, zanim odpowiesz którejkolwiek.
Grzegorz otworzył ostatnią kopertę powoli, jakby przeczuwał, iż to ona zmieni wszystko.
Zofia Rak pisała bez ogródek. Że Krystyna Wardyn owdowiała trzy lata temu, gdy jej mąż zginął pod ciągnikiem, który się przewrócił na stromym zboczu koło Golczewa. Że od tamtej pory gospodarstwo ledwo się trzyma, bank groził zajęciem za niespłacone raty, a obie córki od miesięcy szukały jakiegokolwiek wyjścia. Że gazeta ze Szczecina trafiła do ich domu w jednym egzemplarzu, który krążył po kolei — najpierw czytała go Krystyna przy kuchennym stole, potem zabierała go do swojego pokoju Ewa, na końcu Marta, każda wieczorem, gdy myślała, iż pozostałe już śpią. Każda wycięła to samo ogłoszenie z tej samej strony i każda, w tajemnicy przed pozostałymi, usiadła do listu tej samej nocy. Odkryły się nawzajem dopiero rano, gdy Ewa zobaczyła na kredensie w kuchni trzy zaklejone koperty, ułożone jedna na drugiej, zaadresowane tym samym charakterem pisma, jakim od lat pisano na tej poczcie w Golczewie tylko jeden adres — adres Grzegorza z Nowogardu, wypisany w gazecie drobnym drukiem.
„One nie chcą pana oszukać, panie Sowo — pisała Zofia. — One po prostu każda z osobna doszła do tego samego wniosku: iż boją się, iż gospodarstwo przepadnie, i iż nikt z Golczewa już po nie nie przyjedzie. Niech pan przyjedzie i zobaczy sam, zanim coś pan postanowi. Niech pan zobaczy, kim naprawdę są, zanim wybierze pan między nimi albo odrzuci wszystkie trzy."
Grzegorz siedział długo z listem w ręku, a wiatr szarpał kartkę, jakby chciał mu ją wyrwać. Bandyta oparł łeb o jego but.
Nazajutrz zapakował do starego poloneza kanister z paliwem na wszelki wypadek i pojechał do Golczewa, dwadzieścia kilometrów przez pola ściernisk i lasy sosnowe. Gospodarstwo Wardynów stało na wzgórzu, dom z odpadającym tynkiem, obora z dziurawym dachem, na podwórku suszące się na sznurze prześcieradła łopoczące na wietrze.
Krystyna wyszła pierwsza, wycierając ręce w fartuch, twarz miała twardą, ale oczy zmęczone latami, które nie dawały wytchnienia. Za nią Ewa, w gumowcach, z widłami jeszcze w ręku, patrząca prosto, bez uników. Na końcu Marta, wybiegła z domu, zatrzymała się w progu, jakby nagle zabrakło jej odwagi, którą miała pisząc list.
Nikt nic nie powiedział przez dłuższą chwilę. Tylko wiatr i szczekanie psa gdzieś za oborą.
— Nie przyjechałem, żeby wybrać jedną z was — powiedział w końcu Grzegorz, nie wysiadając jeszcze z samochodu. — Przyjechałem, bo napisałyście prawdę, a ja nie umiem odjechać od prawdy, kiedy ją słyszę.
Krystyna spojrzała na córki, potem na niego.
— To gospodarstwo przepadnie do wiosny — powiedziała bez owijania w bawełnę. — Bank chce sześćdziesiąt osiem tysięcy złotych zaległości, inaczej licytacja. Nie piszemy panu, żeby złapać męża jak rybę na haczyk. Piszemy, bo skończyły się nam pomysły.
Grzegorz wysiadł. Obszedł podwórko, dotknął dziurawego dachu obory, popatrzył na krowy — cztery, chude, ale zdrowe.
— Mam miejsce dla was wszystkich — powiedział. — Nie jako żony, na razie jako ludzie, którzy umieją pracować i nie boją się wstawać przed świtem. Reszta niech się ułoży sama, bez pośpiechu.
Ewa zmrużyła oczy, jakby szukała podstępu. Nie znalazła go.
To, co wydarzyło się później, nie było bajką z jednym wybranym sercem. Krystyna i jej córki przeprowadziły się do gospodarstwa pod Nowogardem, zabierając ze sobą cztery krowy i kilka skrzyń dobytku. Bank w Golczewie dostał spłatę części długu z pieniędzy, które Grzegorz odłożył przez lata, nie mając na co ich wydać, a resztę gospodarstwa Wardynów sprzedano sąsiadowi, który od dawna się o nie dopytywał.
Minęło osiem miesięcy. Ewa okazała się mieć do bydła rękę lepszą niż niejeden weterynarz z powiatu, i to ona przejęła realne zarządzanie oborą, podczas gdy Grzegorz zajął się polami. Marta, ta, która pisała najbardziej niepewnie, została w domu z Krystyną, i to między nią a Grzegorzem, powoli, bez wielkich scen, zaczęło się wiązać coś, czego żadne z nich nie umiało nazwać na głos przez pierwsze tygodnie.
W czerwcu, na progu tego samego domu, gdzie kiedyś siadał sam z zimną herbatą, Grzegorz i Marta wzięli ślub cywilny w urzędzie stanu cywilnego w Nowogardzie. Krystyna została na gospodarstwie jako ta, która wie wszystko o krowach i nic nie musi już udawać. Ewa kupiła sobie, z pierwszych zarobionych pieniędzy, używanego forda transita, żeby wozić mleko prosto do mleczarni w Goleniowie, zamiast czekać na skup.
Bandyta miał teraz dwie miski przy piecu, bo Marta uparła się, iż pies zasłużył na własną, osobną od reszty gospodarstwa.
Zofia Rak, ta, która napisała ostatni list, dostała zaproszenie na wesele jako pierwsza — i przyjechała, mimo iż nikt jej wcześniej na oczy nie widział. Usiadła przy stole, z talerzem pełnym schabowego, którego dokładka czekała jeszcze na kredensie, i patrzyła, jak Grzegorz tańczy niezgrabnie z Martą przy akordeonie sąsiada, a Krystyna klaszcze do rytmu, stojąc przy oborze z Ewą, obie jeszcze w gumowcach, bo krowy nie czekają choćby na wesele.










