Drzewo życia
Piętnaście lat pracy — i jeden numer telefonu, którego nie odebrała.
Marcin Kowalik wrócił do Bydgoszczy po miesięcznym kontrakcie w Norwegii. Autobus z lotniska jechał przez most Fordoński, za oknem mżył sierpniowy deszcz, na dworcu ktoś sprzedawał ostatnie truskawki z Kujaw — tanio, bo już przejrzałe. Marcin kupił kilogram, bo pomyślał o Ilonie, o tym, jak lubiła jeść je prosto z torebki, jeszcze zanim zdążył je umyć.
Klucz nie chciał wejść od razu — zamek był jakby zapchany. Otworzył w końcu i cofnął się o krok. Zapach uderzył go w twarz jak coś fizycznego: kwaśny, gęsty, z nutą czegoś słodkawo zgniłego.
W korytarzu na podłodze leżały trzy pary butów, jego kapcie ktoś zrzucił do kąta, a obok stała plastikowa reklamówka z Biedronki, z której coś kapało na panele. Nie zdjął choćby kurtki. Poszedł dalej, krok za krokiem, jakby wchodził do cudzego mieszkania.
Salon — ich salon, z fotelem po jego ojcu i regałem, który sam składał trzy lata temu — wyglądał jak magazyn odpadów. Kartony po pizzy piętrzyły się obok kanapy, na dywanie stały dwie puszki po piwie, jedna przewrócona, z zaschniętą już plamą. Telewizor grał coś bez dźwięku sensu, tylko migotał niebieskim światłem po ścianach.
A na kanapie, otulona kocem i workiem chipsów, leżała Ilona.
Nie wstała. Nie odwróciła się choćby w jego stronę od razu — dopiero po chwili, jakby musiała się przemóc.
— O, jesteś — powiedziała, głosem chropowatym, jakby od dawna nie mówiła nic głośniej niż do telefonu. — Zaraz zaczniesz marudzić, co?
— Ilona. — Głos mu się nie chciał ustawić na adekwatną wysokość. — Co się tu stało?
— Nic się nie stało. Odpoczywałam. Miesiąc byłeś, ja miałam mieć prawo nic nie robić przez ten czas, czy jak?
Poszedł do kuchni. Zlew zniknął pod stertą naczyń, na jednym z talerzy widać było zieloną obwódkę pleśni. Na blacie stał otwarty słoik ogórków, obok niego resztki czegoś, co kiedyś było prawdopodobnie kotletem. Z lodówki, którą uchylił odruchowo, buchnęło chłodem i smrodem zepsutego nabiału.
— Ja nie proszę o obiad na stole, Ilona. Proszę o to, żeby to nie wyglądało jak po powodzi. — Wrócił do salonu, stanął przy kanapie. — Pracowałem miesiąc w Norwegii, żeby to mieszkanie spłacić, a ty zrobiłaś z niego wysypisko.
Wtedy usiadła. Odsunęła koc gwałtownie, aż z kanapy posypały się okruchy.
— Widzę, iż stoisz i mi tu kazania prawisz. Nie jestem twoją sprzątaczką! Nie podoba ci się — masz ścierkę, tam jest zlew. Chcesz jeść — zamów sobie, kasę masz. Chyba iż już wszystko wydałeś na te swoje wyjazdy.
Coś w nim się wtedy zamknęło. Nie krzyknął. Nie trzasnął drzwiami. Powiedział tylko cicho:
— Ścierkę. I jedzenie z dostawą. Rozumiem.
Zoja — bo tak naprawdę nazywała się jego teściowa, Zofia Marek, i to ona zaraz miała wejść w tę historię jak burza — zadzwoniła dwa dni później, kiedy Ilona już jej wszystko po swojemu opowiedziała.
Tu Marcin, gdyby ktoś go dziś zapytał, powiedziałby wprost: nie jestem z tych, co lubią się tłumaczyć. Ale spróbuję.
Bo to nie było tak, iż wróciłem do domu i od progu zacząłem stawiać żonie ultimatum. Ja przez pierwszy wieczór w ogóle się nie odzywałem. Umyłem naczynia sam, wyrzuciłem osiem worków śmieci, otworzyłem okna na oścież, mimo iż na dworze było już chłodno jak na sierpień. Ilona przez cały ten czas leżała na kanapie i patrzyła w telefon. Nie powiedziała ani słowa. To mnie bolało bardziej niż bałagan.
Rano zastałem ją w kuchni, robiła sobie kawę, jakby nic się nie stało. Zapytałem spokojnie: co się z tobą dzieje od miesiąca? Bo to nie był bałagan jednego dnia, to była warstwa na warstwie, widziałem po plamach na dywanie, iż niektóre miały ze dwa tygodnie. Powiedziała, iż jestem drobiazgowy, iż zawsze byłem, iż wyjeżdżam na miesiąc i wracam jak kontroler z inspekcji sanitarnej.
Może i jestem drobiazgowy. Ale ja przez ten miesiąc spałem w baraku z trzema innymi facetami, myłem się w łazience, gdzie zawsze ktoś czekał pod drzwiami, i liczyłem dni do powrotu, bo wyobrażałem sobie, iż wracam do czegoś, co jest nasze. Nie do wysypiska.
Zoja przyjechała w niedzielę, bez zapowiedzi, z Torunia, skąd miała niecałą godzinę drogi. Wparowała do mieszkania, jakby to było jej terytorium — zawsze tak miała, odkąd ją znałem. Usiadła przy stole w kuchni, którą już zdążyłem doprowadzić do porządku, i zaczęła, zanim zdążyłem się przywitać:
— Marcin, co ty robisz mojej córce? Ona mi mówi, iż ją terroryzujesz od powrotu.
— Terroryzuję? — Postawił przed nią kubek herbaty, mimo wszystko. — Zosiu, ja wróciłem do mieszkania, w którym nie dało się oddychać. Osiem worków śmieci wyniosłem sam.
— Bo ona ma depresję! Ty tego nie widzisz, bo cię nigdy nie ma!
To zdanie zawisło w powietrzu. Bo może i miała rację — może to była depresja, a nie zwykłe lenistwo, którego się doszukiwał w pierwszym gniewie. Ale przez trzy tygodnie nikt mu o tym nie powiedział. Ani Ilona, ani jej matka. Zamiast tego dostał oskarżenie o terroryzowanie kobiety, która choćby nie próbowała zadzwonić do lekarza.
Sąsiadka z dołu, pani Basia, która od dwudziestu lat mieszka piętro niżej i zna ich odkąd się wprowadzili, powiedziała mu później na klatce, wynosząc worek ze śmieciami do zsypu: iż słyszała przez rurę wentylacyjną krzyki, iż telewizor grał noc w noc, iż raz widziała Ilonę na balkonie o trzeciej nad ranem, w samej piżamie, mimo iż było już zimno. Nic nie mówiła, bo nie jej sprawa. Ale zapytała, czy Marcin wie, iż żona nie wychodziła z mieszkania od trzech tygodni.
Nie wiedział. Nikt mu nie powiedział.
Wtedy zrobił coś, czego się po sobie nie spodziewał: zamiast się kłócić dalej, umówił wizytę u psychiatry — na NFZ, termin za trzy tygodnie, prywatnie w Bydgoszczy za sto osiemdziesiąt złotych, poszli prywatnie, bo nie chciał czekać. Zawiózł ją sam, w środę rano, siedział na korytarzu przychodni przy ulicy Gdańskiej, obok automatu z kawą, który nie działał, i czekał czterdzieści minut.
Diagnoza była taka, jakiej się spodziewał po rozmowie z panią Basią: epizod depresyjny, prawdopodobnie trwający już od wiosny, kiedy Ilona straciła pracę w biurze rachunkowym po redukcji etatów. Też mu o tym nie powiedziała. Dowiedział się od lekarki, w gabinecie, trzymając w ręku receptę na leki, których nazw nie potrafił zapamiętać.
To była kulminacja tej historii — nie kłótnia na kanapie, tylko ten korytarz przychodni, zapach środka dezynfekującego, plakat o szczepieniach na ścianie i on, siedzący ze skierowaniem w dłoni, rozumiejący nagle, iż przez miesiąc w Norwegii wyobrażał sobie zupełnie inny dramat niż ten, który naprawdę się rozgrywał w jego mieszkaniu.
Zoja przyszła na tę wizytę też, stała pod drzwiami gabinetu, nerwowo obracając w rękach chusteczkę, i kiedy wyszli, powiedziała tylko: przepraszam, iż na ciebie krzyczałam. Nie wiedziałam, iż to aż tak poważne.
Marcin nie odpowiedział od razu. Pomyślał o worku ze śmieciami, o plamie po piwie na dywanie, o słowach "masz ścierkę, tam jest zlew" — i o tym, iż gniew, który czuł tamtego wieczoru, był prawdziwy, ale niepełny, bo nie znał całej historii.
To, co zrobił dalej, było konkretne. Poszedł do notariusza przy ulicy Długiej — nie po to, żeby się rozwodzić, tylko żeby przepisać mieszkanie z majątku osobistego, który dostał w spadku po ojcu, na wspólność majątkową z Iloną. Wcześniej mieszkanie formalnie było tylko jego, kupione za pieniądze ze sprzedaży domu po rodzicach, jeszcze przed ślubem. Teraz, gdy zrozumiał, iż jego żona przez pół roku dźwigała chorobę sama, bo bała się, iż okaże się dla niego ciężarem — postanowił, iż nie będzie już nic, co jest "jego", a nie "ich". Akt notarialny kosztował dwa tysiące trzysta złotych, podpisali go we wtorek po południu, Ilona z drżącą ręką, ale bez łez.
Zapłacił też za dziesięć sesji terapii indywidualnej dla niej, po sto pięćdziesiąt złotych każda, z góry, żeby nie miała wymówki, iż im się nie opłaca. I zmienił grafik pracy — zrezygnował z długich kontraktów zagranicznych, przeszedł na krajowe zlecenia serwisowe, choćby jeżeli to oznaczało o jedną trzecią niższą pensję.
Kiedy trzy miesiące później wrócił z jednodniowego wyjazdu do Poznania, w mieszkaniu pachniało zupą pomidorową, telewizor był wyłączony, a na kanapie, tej samej, leżał złożony koc i otwarta książka. Ilona stała w kuchni, mieszała w garnku, i powiedziała tylko:
— Nie musisz nic mówić. Wiem, iż to jeszcze nie wszystko wróciło.
Usiadł przy stole, obok stały te truskawki z Kujaw, których wtedy, w sierpniu, nikt nie zjadł — zapomniane, zgniłe, wyrzucone razem z resztą worków. Kupił nowe, tego samego dnia, na targu przy ulicy Wełnianej. Postawił torebkę na stole, obok garnka z zupą, nie mówiąc nic więcej.










