W śnie rozgrywającym się nad Wisłą, kręciliśmy się wśród cichych bloków Warszawy, złapani w letnim upale. Moja teściowa, pani Genowefa, odkąd przeszła na emeryturę, wydłużała swoje popołudnia w miękkich bamboszach, obiecała nam pomoc przy dzieciach na czas, gdy lato pchnie wszystkich do pracy i słońca jest za dużo. Zgodziłam się, choć miałam w ustach smak lipcowego deszczu i przeziębienia, bo trójka naszych dzieci Jagoda, Marcelina i Hania nie mogła przecież zostać sama w tej długiej, niewidzialnej przerwie między rokiem szkolnym.
Pracujemy z mężem (Krzysztofem) przez całe lato, bez oddechu wakacji, bo od trzech lat spłacamy kredyt hipoteczny na dwudziestoletnią podróż z wyobraźni bankiera, a każda rata, liczona w złotych polskich, zabiera nam marzenia tak cicho, jak krople deszczu z parapetu. Mieszkanie na swoim, choć droższe, jest jak schronienie przed wiatrem przeprowadzki i tańca czynszów. Na wyjazdy nas nie stać, zostaliśmy więc w własnych czterech ścianach, a najmniej ważne spokój dzieci w domu, bezpiecznych i śpiących jak w gnieździe, gdzie wszelkie hałasy miasta śpią poniżej.
Każdego lata, kiedy jedziemy do mamy Krzysztofa, ciągniemy ze sobą siaty z Biedronki jagody, ser żółty, śliwki z bazaru. Wkładamy do babcinego kieliszka trochę gotówki, czasem 100, czasem 200 złotych, by mogła kupić im lody lub szarlotkę z cukierni na rogu. Genowefa mówi zawsze: moja emerytura to nie roszpunka na złotym łańcuchu, więc nie wydaje na wnuki ani grosza więcej poza tym, co od nas dostaje. Tak jest taniej niż opłacanie obcej niani, a i babcia zdaje się być zadowolona.
Nagle morze snu rozstąpiło się: zjawił się brat Krzysztofa, Wojciech, ze swoimi trzema rozbrykanymi dziećmi Zosią, Małgosią i Bożeną. Przyszedł, jakby to letnie dziecięce stado po prostu należało do babci. Nie przyniósł ani bułki, ani zupy w słoiku, ani jednej złotówki każda kanapka, każda szklanka kompotu pochodziła z naszej siatki i naszej emerytury Genowefy. Dzieci Wojtka biegały po kuchni jak stado kotów, wywracając cukierniczki, a my z Krzysztofem ledwie łapaliśmy oddech między kolejną wypłatą a kolejnym obiadem.
Czułam żal rosnący jak trawa po burzy. Prosiłam Krzysztofa, żeby powiedział Wojtkowi, iż powinien przynajmniej przynosić chleb dla swoich ale on tylko wzruszał ramionami. Nie chciał kłótni; w tym śnie wszyscy bali się słów, które potrafią zamienić ognisko domowe w ugor. Wciąż wracało pytanie: czemu ja mam harować, a ktoś inny po prostu oddychać? Szukałam sposobu, jak rozmawiać, by nie rozbierać spokojnych murów rodzinnych, ale w świecie snów odpowiedź gubiła się wśród rozsypanych okruszyn na stole.














