W samym sercu Krakowa, przy ulicy Batorego, istnieje sklep, który działa nieprzerwanie od prawie pięćdziesięciu lat. To miejsce, gdzie żarówki świecą nie tylko prądem, ale i wspomnieniami — o dawnym handlu, o ludziach, którzy znali się po imieniu, o czasach, gdy klient wracał, bo ufał sprzedawcy, a nie algorytmowi z internetu. Od pięciu lat prowadzi go pan Kotarba – z krwi i kości krakowianin z Kazimierza, który w branży elektrycznej jest jak ryba w wodzie.
Joanna Urbaniec: Jak zaczęła się historia sklepu przy Batorego?
Pan Kotarba: Sklep istnieje już jakieś 45–47 lat. Pierwszą właścicielką była pani Krystyna Cebula. Prowadziła go z bratankiem, a ja przez lata byłem ich dostawcą – dostarczałem im towar, znałem każdy kabel, każdą żarówkę i wiedziałem, jak to wszystko działa od kuchni.
Z czasem Krystyna chciała przejść na emeryturę, a ja – iż tak powiem – byłem naturalnym kandydatem, żeby ten biznes przejąć. Nie kupował go człowiek z ulicy, tylko ktoś, kto znał to miejsce, ludzi i branżę. Kiedyś sklep był naprzeciwko przychodni, dziś mieści się po drugiej stronie ulicy. Ale klimat został ten sam.
Czyli to było bardziej przejęcie pasji niż czysty biznes?
Zdecydowanie tak. Ja przez piętnaście lat ich zaopatrywałem, widziałem, jak to działa, co się sprzedaje, jakie są potrzeby. Wiedziałem, iż to nie tylko handel — tu się z ludźmi gada, doradza im, czasem po prostu ich wysłucha.
Nie planowałem zostać „panem od prądu”, ale w tym sklepie jest coś wyjątkowego. To nie jest zwykły punkt na mapie. To ma swoje DNA, historię i lojalnych klientów, którzy pamiętają jeszcze czasy Krystyny.
Jak to jest prowadzić sklep elektryczny w centrum Krakowa? Zaleta czy wyzwanie?
Dla mnie – zdecydowanie zaleta. Stare Miasto to klimat sam w sobie. Ja jestem z Kazimierza, więc wiem, jaką moc mają te stare ulice. Tu ludzie wracają, lubią pogadać, pożartować. Czasem tylko chcą kupić żarówkę, a wychodzą po pół godzinie rozmowy o życiu, polityce, zdrowiu, o kotach nawet! Batorego to taki mikroświat – każdy się zna, każdy ma swoją historię.
Jak zmieniła się branża w ostatnich latach?
Zmieniła się bardzo. W centrum coraz mniej sklepów – dużo się zamykało, zwłaszcza tych z długą tradycją. Kiedyś była choćby legendarna „Gracja” na Kalwaryjskiej, działała ponad 60 lat! A teraz? Nie ma.
To smutne, bo takie miejsca znikały po cichu, zostawały po nich tylko wspomnienia i puste witryny. Ale my się trzymamy. U nas wciąż jest ruch, wciąż przychodzą ludzie – bo wiedzą, iż tutaj nikt nie powie „proszę sprawdzić w internecie”, tylko faktycznie pomożemy.
Co dziś się najlepiej sprzedaje?
Klasyka – żarówki, baterie, przedłużacze, kable. Ludzie wciąż to potrzebują. Mamy też energooszczędne rozwiązania, trochę smart home, ale bez przesady.
U nas klient nie przychodzi po gadżety, tylko po to, co działa. A jak coś się zepsuje, to nasz serwisant „po cichu” naprawi. Bo to wciąż jest rzemiosło – nie każdy sklep to ma.
Konkurencja z marketami nie przeszkadza?
Nie. W Starym Mieście nie ma żadnej Castoramy czy Leroya. Ludzie wolą przyjść tutaj – do małego sklepu, gdzie ktoś doradzi, a nie tylko poda pudełko z półki.
Zresztą ceny mamy często niższe. Ostatnio klient kupił u nas kabelek za 3 zł, a w markecie ten sam był za 6,20. Ale choćby nie o to chodzi – my sprzedajemy też relację, zaufanie. Tego się nie da włożyć do koszyka online.
Ulica Batorego ma naprawdę swój klimat…
Ogromny. Tu wszyscy się znają – od piekarza po aptekarkę. Przychodnie obok to też nasz punkt życia. Ludzie wychodzą od lekarza, wchodzą do nas: „Aaa, żaróweczka mi się przepaliła!”.
My tu funkcjonujemy trochę jak punkt społeczny. Rozmawiamy, żartujemy, czasem posłuchamy, co komu leży na sercu. Mało takich miejsc zostało w Krakowie – takich z duszą.
A zdarzyło się coś zabawnego w ciągu tych lat?
Dużo! Raz pani kupiła lampę za 400 zł i żartowałem, iż ceny mamy takie, iż można się posikać ze śmiechu. No i… niestety dosłownie tak się stało chwilę później. (śmiech). Tak się śmialiśmy, iż nie wytrzymała. Był też pan, który przyszedł zapytać, czy mamy… kieliszki elektryczne. Albo taki, co chciał, żebym mu paczkę w sklepie przyjął, bo „on nie ma gdzie”. Ludzie są różni, ale za to ich lubię – z nimi nie ma nudy.
Jak się układa kooperacja z klientami z Krakowa? Mają jakiś swój charakter?
Oj, mają! Krakowianin lubi pogadać. Czasem długo. Porównają ceny z internetem, pożartują z tego. Ale jak się już przekonają, to wracają – i to przez lata.
Tu chodzi o więzi. My znamy rodziny naszych klientów. W Krakowie jest coś takiego jak „patriotyzm lokalny” – ludzie wolą pójść do „swojego” sklepu niż do marketu
Jak wygląda Wasz dzień pracy?
Idealny dzień? Wstajesz o 12, dzwonisz, patrzysz, czy wszystko gra… a potem możesz iść spać dalej. A tak naprawdę – pracujemy od rana. Jesteśmy tu w trójkę: ja, mój szwagier i jeszcze jeden kolega. Tworzymy zgraną ekipę, znamy się od lat. To taka druga rodzina. Myślę, iż właśnie to trzyma ten sklep przy życiu – zaufanie, humor, dobre relacje między nami.
Gdyby można było przenieść sklep w inne miejsce Krakowa…?
Nigdy. Ani do Bronowic, ani do galerii. To byłoby jak wyrwać drzewo z korzeniami. Tu jest klimat, ludzie, historia. Parkowanie może niełatwe, korki też, ale Batorego to Batorego. Jak ktoś tu przychodzi od 30 lat, to nie zmieniasz mu tego adresu.
Jakie trzy słowa najlepiej opisują Was jako sprzedawców?
Trzy razy: zajebiści. (śmiech) A jak poważnie: uczciwi, cierpliwi i… z poczuciem humoru. Bo bez tego w handlu nie da się żyć.
A elektryka – to bardziej pasja czy sposób na życie?
Dla mnie to sposób na życie. Ale im dłużej tu siedzę, tym bardziej to też pasja. Bo to nie jest tylko sprzedaż kabli. To kontakt z ludźmi, to opowieści o mieście, które się zmienia, ale wciąż bije w nim ten sam prąd.
Jaką radę dałbyś młodym, którzy myślą o swoim biznesie?
Trzeba mieć jaja. Serio. I trochę pieniędzy. Ale przede wszystkim – trzeba wierzyć w to, co się robi. Nie bać się ryzyka i umieć gadać z ludźmi. Bo biznes to nie tylko Excel, tylko człowiek. Jak ktoś przyjdzie po żarówkę, a wyślesz go uśmiechniętego, to wróci. I przyprowadzi znajomego. Tyle trzeba.
No i na koniec – gdyby prąd miał kolor, jaki by miał?
Jak moje oczy – niebieski. (śmiech) Bo prąd to energia. A energia w takim miejscu jak Batorego ciągle płynie – mimo zmian, mimo internetu, mimo nowych czasów.









Czytaj także:
- “Trochę baliśmy się Nowej Huty. Ale ludzie tutaj to petarda”
- Pracuje w korporacji. Otworzył pizzerię. To jak terapia
- Strażnik czasu z Kazimierza
- Piekarnia Mojego Taty: chleb piecze się z nadzieją, iż z ciepła powstanie coś dobrego
- W pracowni TON instrumenty odzyskują głos. Od 1978 roku
















