Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku Pan Pietrowicz wyszedł na balkon, zapalił papierosa i usiadł na niskim, drewnianym stołeczku. Gorzki, ciężki ucisk narastał w jego gardle, próbował panować nad sobą, ale jego własne dłonie drżały nieposłusznie. Czy kiedykolwiek pomyślałby, iż nadejdzie dzień, gdy zabraknie mu miejsca we własnym mieszkaniu… — Tata! Nie obrażaj się i nie denerwuj! — na balkon wbiegła Larysa, najstarsza córka pana Pietrowicza. — Przecież nie proszę o wiele… Po prostu zostaw nam swoją sypialnię i tyle! jeżeli mnie nie żałujesz, to pomyśl chociaż o wnukach. Zaraz pójdą do szkoły, a muszą przez cały czas spać z nami w jednym pokoju… — Larysiu, ja nie pójdę do domu spokojnej starości — spokojnie odpowiedział senior. — jeżeli wam wszystkim za ciasno w moim mieszkaniu, to zamieszkajcie u teściowej Michała. Ona mieszka sama w trzy pokojowym, będzie miejsce i dla was i dla dzieci. — Wiesz, iż nigdy się z nią nie dogadam! — odparła córka i z hukiem zamknęła drzwi balkonowe. Pan Pietrowicz podrapał starego psa, który wiernie służył mu i nieżyjącej już żonie, i wspominając swoją Nadzieję, rozpłakał się. Zawsze łzy cisnęły mu się do oczu, kiedy wspominał żonę. Odeszła pięć lat temu, zostawiając go samego. Po jej śmierci czuł się jak sierota. Przez całe życie szli razem przez świat, czy mógł przypuszczać, iż właśnie przy córce i wnukach czeka go samotna starość. Larysę wychowywali z miłością i troską, chcieli przekazać jej wszystkie najlepsze wartości. Widocznie jednak coś pominęli… Ich córka wyrosła na osobę samolubną i pozbawioną serca. Bartek, pies, cicho zaszczekał i położył się u nóg pana Pietrowicza. Zwierzę czuło stan duszy swojego pana i cierpiało razem z nim. — Dziadku! Ty nas w ogóle nie kochasz? — do pokoju wszedł ośmioletni wnuk. — Co ty mówisz, skąd takie głupoty? — zdziwił się senior. — Dlaczego nie chcesz się wyprowadzić od nas? Szkoda ci oddać mi i Kostkowi swój pokój? Czemu jesteś taki chytry? — chlopiec spojrzał na dziadka z pogardą i złością. Pan Pietrowicz zrozumiał, iż to nie są słowa wnuka, ale córki. Już mu podsunęła takie myślenie. — Dobrze, wyjadę — bez życia odparł starzec. — Oddam wam pokój. Już nie mógł dłużej znosić atmosfery w domu. Rozumiał, iż wszyscy go tam nienawidzą, począwszy od zięcia, który dawno z nim nie rozmawia, a skończywszy na wnuku, któremu wmówiono, iż dziadek zabrał mu sypialnię. — Tato! Naprawdę się zgadzasz? — wbiegła rozradowana Larysa. — Naprawdę — wyszeptał. — Obiecaj, iż nie skrzywdzisz Bartka… Czuję się jak zdrajca… — Przestań! Zadbamy o niego i będziemy wychodzić na spacery choćby kilka razy dziennie. W weekendy będziemy cię odwiedzać, razem z Bartkiem — obiecała córka. — Wybrałam ci najlepszy ośrodek, zobaczysz, spodoba ci się tam. Po dwóch dniach pan Pietrowicz trafił do domu seniora. Jak się okazało, córka wszystko dawno zaplanowała, czekała tylko aż ojciec się podda. Weszli do ciasnego, wilgotnego pokoju, w którym śmierdziało stęchlizną i pluskwami. Senior pożałował swojej decyzji. Larysa skłamała, mówiąc o wygodnych warunkach. Nie zamieszkał w prywatnym ośrodku, ale zwykłym domu opieki, pełnym samotnych i opuszczonych ludzi. Rozpakował się i poszedł do ogrodu. Usiadł na ławce, niemal się rozpłakał. Patrząc na samotnych staruszków, wyobrażał sobie, jak żałosne życie czeka go przez kolejne lata. — Nowy? — zapytała sympatyczna starsza pani, przysiadając się. — Tak… — westchnął ciężko. — Nie martw się… Na początku też ciągle płakałam, ale potem się pogodziłam. Nazywam się Waleria. — Ja jestem Wiktor — przedstawił się. — Pani też dzieci tu oddały? — Nie, to siostrzeniec. Dzieci Bóg mi nie dał, mieszkanie zapisałam siostrzeńcowi, ale chyba się pospieszyłam… Wziął wszystko, a mnie tu oddał. Dobrze, iż nie na ulicę… Rozmawiali do późnego wieczora, wspominali młodość i drugie połówki. Następnego dnia po śniadaniu znów poszli razem na spacer. Ta kobieta wnosiła odrobinę euforii w życie pana Pietrowicza. Nie mógł wytrzymać w pokoju, całe dnie spędzał na dworze. Posiłki były wstrętne, jadł tylko tyle, by nie opaść z sił. Pan Pietrowicz cały czas czekał na córkę. Miał nadzieję, iż Larysa zatęskni za ojcem i zabierze go do domu. Ale mijały tygodnie, a ona nie przyjeżdżała. Pewnego razu zadzwonił, by dowiedzieć się, co u Bartka, ale nikt nie odebrał telefonu. Przypadkiem, przed wejściem do ośrodka, spotkał sąsiada — pana Stefana Ilskiego. Stefan rozpoznał seniora i podszedł do niego zdumiony. — To tu pan jest! — wykrzyknął zaskoczony. — Czemu córka opowiada, iż wyjechał pan na wieś? Od razu coś mi nie pasowało. Wiem, iż nigdy nie porzuciłby pan Bartka. — O co ci chodzi? — nie rozumiał pan Pietrowicz. — Co z moim psem? — Proszę się nie martwić, oddaliśmy go do schroniska. Sam nie wiem, co się stało. Patrzę, Bartek całymi dniami siedzi pod klatką, a pana nie widać. Spotkałem Larysę, spytałem, czy nic się nie stało. Powiedziała, iż postanowił pan zamieszkać na wsi, a ona sprzedaje mieszkanie i przeprowadza się do męża. A psa oddaje, bo już stary i pan nie chciał się nim zajmować. O co tu chodzi? — zapytał Stefan, widząc jak senior blednie. Pan Pietrowicz opowiedział mu wszystko. Jak oddał wszystko dla córki, iż sam się pozbawił życia wśród bliskich, a jeszcze psa wyrzucono na ulicę. — Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku — wyszeptał. — To właśnie chciałem z pana porozmawiać. Jestem prawnikiem, często pomagam seniorom bronić ich praw. Teraz prowadzę sprawę starszego pana, którego sąsiedzi pozbawili domu. Proszę się nie martwić. Ma pan meldunek? — zapytał Stefan. — Mam. O ile ona sama nie wymeldowała mnie bez mojej wiedzy… Szczerze mówiąc, już nie wiem, czego się po własnej córce spodziewać… — Pakuj się, czekam na pana w samochodzie. Nie wolno tak postępować! Co za córka… Pan Pietrowicz gwałtownie się spakował i zaraz był gotowy. Przed wyjściem spotkał Walerię. — Walerko, wyjeżdżam. Sąsiad pomógł mi dowiedzieć się, iż Larysa sprzedała mieszkanie i oddała Bartka do schroniska. Takie sprawy… — powiedział. — Jakże to? — zdziwiła się kobieta. — A ja? — Nie martw się, gdy tylko wszystko załatwię, odbiorę cię stąd — obiecał. — Powiesz tak… Komu ja potrzebna? — powiedziała kobieta z żalem. — Wybacz, już muszę biec. Nie smuć się, dotrzymam słowa. Pan Pietrowicz nie mógł dostać się do mieszkania — nie miał kluczy. Stefan zabrał go do siebie. niedługo okazało się, iż Larysa już nie mieszka tam, przeniosła się kilka dni temu do teściowej, a mieszkanie wynajęła. Dzięki Stefanowi udało się obronić prawa seniora do mieszkania. — Dziękuję ci — powiedział — Ale co zrobić dalej? Ona nie spocznie, póki mnie nie wypędzi… — Chyba tylko jedno wyjście — stwierdził Stefan. — Możemy sprzedać mieszkanie, dać Larysie jej część, a za resztę kupić panu dom. Może choćby na wsi, niewielki domek. — Świetnie! — ucieszył się senior. — To idealne rozwiązanie. Po trzech miesiącach pan Pietrowicz przeprowadził się do nowego domu. Stefan pomagał mu przy wszystkim, choćby teraz oferował podwózkę z Bartkiem. — Tylko zajrzymy jeszcze w jedno miejsce — poprosił pan Pietrowicz. Z daleka zobaczył Walerię. Siedziała na ich ławce i patrzyła smutno w dal. — Walka! — zawołał. — Przyjechaliśmy z Bartkiem po ciebie. Teraz mamy dom na wsi. Świeże powietrze, ryby, jagody, grzyby — wszystko pod ręką. Jedziesz z nami? — uśmiechnął się. — Jak ja pojadę? — speszyła się kobieta. — Wstań tylko z ławki i chodź z nami — zażartował. — Decyduj się! Tu nie mamy już czego szukać. — Dobrze! Poczekasz dziesięć minut? — uśmiechnęła się, nie kryjąc łez. — Oczywiście! — odparł z uśmiechem. Wbrew złym ludziom, ci dwoje wywalczyli swoje szczęście. Oboje przekonali się, iż na świecie jest więcej dobra niż zła. Wiktor i Waleria przekonali się o tym na własnej skórze. Udało im się zawalczyć o siebie i odnaleźć upragniony spokój oraz szczęście…

naszkraj.online 8 godzin temu
Bardzo chcę wrócić do domu, synu Wiktor Poniatowski wyszedł na balkon, zapalił papierosa i usiadł na niskim stołku. W gardle poczuł gorzką gulę, próbował się opanować, ale ręce zaczęły mu bezwiednie drżeć. Nigdy nie przypuszczał, iż nadejdzie taki dzień, w którym zabraknie dla niego miejsca we własnym mieszkaniu… Tato! Nie obrażaj się i nie denerwuj! […]
Idź do oryginalnego materiału