Timer na stole
Znowu postawiłeś sól nie tam, gdzie trzeba powiedziała Barbara, choćby nie odrywając wzroku od garnka.
Zatrzymałem się z puszką w ręku, patrząc na półkę. Sól była dokładnie tam, gdzie stała zawsze, obok cukiernicy.
A gdzie powinna stać? spytałem ostrożnie.
Nie gdzie powinna. Tam, gdzie jej szukam. Przecież już tłumaczyłam odparła.
Tobie łatwiej wskazać miejsce, niż mi się domyślać rzuciłem, czując w sobie to znajome ukłucie irytacji.
Wyłączyła głośno palnik, zamknęła garnek i odwróciła się w moją stronę.
Mam już dość nieustannego powtarzania. Chciałabym choć czasem żeby coś stało tam, gdzie trzeba.
To znaczy, iż znowu robię wszystko nie tak podsumowałem, przestawiając sól na tę samą półkę, tylko trochę w bok.
Już otwierała usta, żeby odpowiedzieć, ale zatrzasnęła szafkę i wyszła z kuchni. Zostałem z łyżką w dłoni, nasłuchując jej kroków na korytarzu. Westchnąłem, spróbowałem zupy, odruchowo dorzuciłem jeszcze szczyptę soli.
Godzinę później jedliśmy już w milczeniu. W salonie telewizor mruczał wiadomości, ekran odbijał się w kredensie. Barbara jadła powoli, prawie na mnie nie patrząc. Ja rozgrzebywałem kotleta widelcem, myśląc, jak wszystko zawsze biegnie tym samym torem: drobiazg, zarzut, moja obrona, jej milczenie.
I tak już będziemy żyć? rzuciła nagle.
Podniosłem wzrok.
Słucham?
W sensie odłożyła widelec robisz coś, ja się denerwuję, ty się obrażasz. I w kółko.
A jak ma być? próbowałem zażartować. W końcu mamy swoje tradycje.
Nie uśmiechnęła się.
Przeczytałam ostatnio coś. O rozmowach, raz w tygodniu. Z timerem.
Zamrugałem.
Z czym?
Z timerem. Dziesięć minut mówię ja, dziesięć minut ty. Bez zawsze, nigdy, tylko ja czuję, dla mnie ważne, ja chcę. Druga osoba nie przerywa, nie broni się, tylko słucha.
Z internetu? spytałem powątpiewająco.
Z książki. Nieważne. Chciałabym spróbować.
Sięgnąłem po szklankę, pociągnąłem łyk wody, zyskując chwilę na zastanowienie.
A jeżeli nie chcę? spytałem, starając się zabrzmieć łagodniej niż czułem.
To będziemy się dalej kłócić o sól odpowiedziała spokojnie. Ja tego nie chcę.
Spojrzałem na jej twarz. Zmarszczki wokół ust się pogłębiły. Nie zauważyłem nawet, kiedy to się stało. Wyglądała na zmęczoną nie dniem, ale jakby całą codziennością.
Dobrze przytaknąłem. Ale uprzedzam, nie jestem mocny w takich technikach.
Tu nie trzeba być mocnym uśmiechnęła się słabo. Wystarczy być szczerym.
W czwartek wieczorem siedziałem na kanapie z telefonem udającym, iż czytam wiadomości. W brzuchu czułem znajome napięcie, jak przed wizytą u dentysty.
Na ławie leżał kuchenny timer, biały, okrągły, z cyframi na brzegach. Zwykle Barbara używała go, gdy piekła sernik. Dziś leżał między nami, obcy jak obcą bywa nowa zasada.
Przyniosła dwa kubki herbaty, usiadła naprzeciw w rozciągniętym swetrze, włosy spięte niedbale w kucyk.
No odezwała się zaczynamy?
Mamy regulamin? próbowałem żartować.
Mamy. Ja zaczynam. Dziesięć minut. Potem ty. Co nie zdążymy, przełożymy na następny raz.
Kiwnąłem głową, odłożyłem telefon na podłokietnik. Wzięła timer, ustawiła na 10, nacisnęła. Rozbrzmiało ciche tykanie.
Czuję zaczęła i zamilkła.
Przyłapałem się, iż czekam na znane ty nigdy albo ty znów, iż aż spiąłem mięśnie. Ale ona, zaciskając dłonie, ciągnęła:
Czuję, iż jestem jakby w tle. Że dom, obiad, twoje koszule, nasze dni to wszystko po prostu jest. Gdybym przestała, wszystko by się rozsypało, ale nikt by nie zauważył, póki nie byłoby naprawdę źle.
Chciałem powiedzieć, iż zauważam. Że tylko nie mówię. Że ona sama nie daje mi nic robić. Ale przypomniałem sobie zasady i ugryzłem się w język.
Dla mnie ważne zerknęła na mnie krótko, znów uciekła wzrokiem by to, co robię, było zauważalne. Nie chodzi o codzienne podziękowania, ale żebyś czasem powiedział nie tylko, iż zupa dobra, ale i iż wiesz, ile mnie to kosztuje. Że to nie robi się samo.
Przełknąłem ślinę. Timer tykał. Chciałem zaprotestować, powiedzieć, iż ja też się męczę, iż w pracy nie jest lżej. Ale zasady nie pozwalały wtrącać się w trakcie.
Chcę westchnęła. Chcę nie być zawsze tą odpowiedzialną. Za twoje zdrowie, za święta, za relacje z dzieciakami. Chcę czasem być słaba, a nie wiecznie silna.
Wpatrywałem się w jej dłonie. Na prawej ręce miała pierścionek, który jej kupiłem na dziesiątą rocznicę ślubu. Trochę już wbijał się w skórę. Pamiętam, jak wtedy przejmowałem się rozmiarem.
Timer zapiszczał. Drgnęła, nerwowo uśmiechnęła się.
Tyle powiedziała. Moje dziesięć minut.
A ja odchrząknąłem. Teraz ja.
Pokiwała głową, przekręciła timer na 10, przesunęła go bliżej mnie.
Zrobiłem się jak uczeń przy tablicy.
Czuję zacząłem i od razu wydałem się sobie głupi. Czuję, iż w domu często mam ochotę się schować. Bo jak zrobię coś źle, na pewno ktoś to zauważy. A gdy zrobię normalnie, to po prostu jest jak ma być.
Kiwnęła lekko, nie przerywała.
Dla mnie ważne mówiłem dalej, wsłuchując się w swoje słowa by kiedy wracam z pracy i siadam na fotelu, to nie było zaraz przestępstwem. Tam też się męczę, nie siedzę z założonymi rękami.
Złapałem jej spojrzenie: zmęczone, ale uważne.
Chciałbym zająknąłem się chciałbym, żebyś jak się złościsz, nie mówiła, iż nic nie rozumiem. Rozumiem. Może nie wszystko, ale nie jestem kompletnym ignorantem. Gdy tak mówisz, przestaję mówić, zamykam się w sobie. Wiem, iż każde słowo będzie złe.
Timer znów zapiszczał. Drgnąłem, jakby ktoś nagle wyciągnął mnie na powierzchnię.
Posiedzieliśmy w ciszy. Telewizor był wyłączony. Coś buczało w pokoju obok może lodówka, może kaloryfer.
Dziwne powiedziała. Jak próba.
Jakbyśmy byli pacjentami, nie małżeństwem podpowiedziałem, szukając słowa.
Uśmiechnęła się krzywo.
No to będziemy pacjentami, jeżeli trzeba. Umówmy się, iż próbujemy miesiąc. Raz w tygodniu.
Wzruszyłem ramionami.
Miesiąc to nie wyrok.
Pokiwała głową i wzięła timer, wynosząc go do kuchni. Spojrzałem za nią i pomyślałem z zaskoczeniem, iż mamy w domu nowy mebel.
W sobotę poszliśmy do Biedronki. Ona przodem z wózkiem, ja za nią, odhaczając z listy: mleko, kurczak, kasza.
Weź pomidory rzuciła przez ramię.
Podszedłem do skrzynki, wybrałem kilka, przełożyłem do torebki. Aż mnie naszła ochota powiedzieć na głos: czuję, iż pomidory są ciężkie. Uśmiechnąłem się do siebie.
Co takiego? odwróciła się.
Ćwiczę odpowiedziałem. Nowe formułki.
Przewróciła oczami, ale kąciki ust jej zadrżały.
Publicznie nie musisz rzuciła. Chociaż może czasem warto.
Mijaliśmy regał z ciastkami. Sięgnąłem po jej ulubione, ale przypomniałem sobie, jak ostatnio mówiła o cukrze i ciśnieniu. Ręka mi zawisła.
Weź powiedziała, widząc moje wahanie. Nie jestem dzieckiem. Jak nie zjem, zaniosę do pracy.
Wrzuciłem paczkę do koszyka.
Ja zacząłem i zamilkłem.
Co? spytała.
Wiem, iż dużo robisz wydusiłem, patrząc na ceny. To już na czwartek.
Spojrzała na mnie uważniej i kiwnęła głową.
Zapiszę na plus powiedziała.
Druga rozmowa była trudniejsza.
Wszedłem do mieszkania spóźniony piętnaście minut: korki, robota, telefon od syna. Ona już czekała, timer stał na stole, obok jej zeszyt w kratkę.
Gotowy? rzuciła bez powitania.
Chwila rozpiąłem kurtkę, powiesiłem na krześle, poszedłem po wodę. Usiadłem, czując jej wzrok na plecach.
Nie musisz tego robić powiedziała. jeżeli cię to nie obchodzi, powiedz.
Obchodzi odparłem, choć w środku wszystko się buntowało. Po prostu miałem ciężki dzień.
Ja też mruknęła. Ale przyszłam na czas.
Ścisnąłem szklankę.
No dobrze powiedziałem. Zaczynajmy.
Przekręciła timer na 10.
Czuję iż żyjemy jak sąsiedzi zaczęła. Rozmawiamy o rachunkach, zakupach, zdrowiu, ale rzadko o tym, czego w ogóle chcemy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio planowaliśmy urlop we dwoje, a nie pod zaproszenie.
Pomyślałem o jej siostrze z Mazur i o zeszłorocznej rehabilitacji z pracy.
Dla mnie ważne, żebyśmy mieli nie tylko obowiązki, ale też wspólne plany. Nie takie kiedyś pojedziemy nad morze, tylko konkret: tu i wtedy. I żeby to było nasze, nie tylko moje ciągnięcie.
Kiwnąłem, choć patrzyła gdzieś obok.
Chciałabym zawahała się żebyśmy o seksie rozmawiali nie tylko, jak go brakuje. Głupio to mówić, ale brakuje mi nie tylko samego, ale uwagi. Przytulenia, dotyku, nie według grafiku.
Poczułem, jak czerwienieją mi uszy. W głowie miałem na końcu języka, iż w naszym wieku to już nie pora na takie sprawy, ale nie powiedziałem nic.
Jak odwracasz się do ściany powiedziała cicho myślę, iż już cię nie obchodzę. Nie tylko jako kobieta, po prostu jako ktoś.
Timer tykał. Nie patrzyłem na niego, żeby nie wiedzieć ile jeszcze.
To tyle powiedziała po sygnale. Twoja kolej.
Sięgnąłem po timer, ale ręka mi zadrżała. Sama ustawiła, przesunęła.
Czuję zacząłem iż rozmowy o pieniądzach są tak, jakbym był bankomatem. Jak się na coś nie zgadzam, to znaczy skąpy, nie boję się o jutro.
Zacisnęła usta, milczała.
Ważne, żebyś wiedziała, iż ja się boję kontynuowałem. Boję się zostać bez rezerwy. Pamiętam, jak w latach dziewięćdziesiątych liczyliśmy każdy grosz. Kiedy mówisz: no co ty, przesadzasz, wszystko się we mnie zaciska.
Oddech.
Chciałbym, żebyśmy większe wydatki omawiali przed faktem. Nie: już zapisałam, już zamówiłam, tylko razem. Nie jestem przeciwny wydatkom, tylko niespodziankom.
Timer zapiszczał. Poczułem ulgę.
Mogę powiedzieć? nie wytrzymała. To poza zasadami, ale muszę.
Zamarłem.
Mów odparłem.
Jak mówisz bankomat głos jej zadrżał to czuję, jakbyś myślał, iż tylko wydaję. A ja też się boję. Boję się choroby, iż odejdziesz, iż zostanę sama. Czasem kupuję coś nie dla wydawania, a by poczuć, iż jeszcze coś planujemy.
Otworzyłem usta, by odpowiedzieć, ale zamilkłem. Patrzyliśmy na siebie przez stół, jak przez granicę.
To już poza timerem powiedziałem cicho.
Wiem odparła. Nie jestem maszyną.
Uśmiechnąłem się bez radości.
Może ta metoda nie jest dla żywych ludzi mruknąłem.
Jest dla tych, co chcą jeszcze spróbować odpowiedziała.
Opadłem na kanapę, wszystko mnie bolało.
Wystarczy na dziś zaproponowałem.
Spojrzała na timer, potem na mnie.
Dobrze zgodziła się. Ale nie uznawajmy tego za porażkę. Po prostu notatka na marginesie.
Kiwnąłem głową. Wzięła timer, ale zostawiła bliżej brzegu stołu jakby na wypadek, gdyby trzeba było wrócić.
W nocy długo nie mogłem zasnąć. Leżała obok, odwrócona plecami. Wyciągnąłem rękę, chciałem ją objąć, ale zatrzymałem się kilka centymetrów nad ramieniem. W głowie echo: czuję się jak sąsiadka.
Powoli zabrałem dłoń, przewróciłem się na plecy i patrzyłem w ciemność.
Trzecia rozmowa zaczęła się wcześniej, w autobusie.
Jechaliśmy do przychodni: mi EKG, jej badania krwi. Było tłoczno, staliśmy, trzymając się poręczy. Milczała, patrząc przez okno, a ja w jej profil.
Złościsz się? spytałem.
Nie odpowiedziała myślę.
O czym?
Że się starzejemy odpowiedziała dalej patrząc za szybę. I jeżeli teraz nie nauczymy się rozmawiać, potem już nie będzie sił.
Chciałem powiedzieć, iż ja czuję się jeszcze całkiem nieźle, ale język mi ugrzązł. Przypomniałem sobie, jak ostatnio dyszałem wchodząc na piąte piętro.
Boję się powiedziałem dość nieoczekiwanie. Że trafię do szpitala, a ty będziesz chodzić z paczkami i milczeć ze złością.
Odwróciła się do mnie.
Nie będę zła odpowiedziała. Będę się bała.
Kiwnąłem głową.
Wieczorem, gdy usiedliśmy na kanapie, timer już czekał na stole. Postawiła obok dwie herbaty, usiadła naprzeciw.
Zacznij dzisiaj ty zaproponowała. Ja już się wygadałam w autobusie.
Westchnąłem, przekręciłem na 10.
Czuję powiedziałem iż gdy mówisz o zmęczeniu, od razu czuję się oskarżony. choćby jeżeli nie masz tego na myśli. I zaczynam się tłumaczyć zanim skończysz mówić.
Kiwnęła.
Ważne dla mnie mówiłem dalej żeby nauczyć się ciebie słuchać, a nie tylko bronić. Ale nie potrafię. W dzieciństwie mnie uczono, iż jak jesteś winny, to dostaniesz karę. I kiedy ty mówisz, iż źle się czujesz, ja słyszę: to przez ciebie.
Pierwszy raz powiedziałem to na głos i sam się sobie zdziwiłem.
Chciałbym ciągnąłem żebyśmy się umówili: gdy mówisz o swoich uczuciach, to nie znaczy od razu, iż to moja wina. I jak coś źle zrobię mów mi konkretnie: wczoraj, teraz.
Timer tykał. Słuchała.
To tyle westchnąłem, gdy rozległ się sygnał. Teraz ty.
Przekręciła czas.
Czuję zaczęła powoli iż od dawna żyję w trybie trzymania wszystkiego. Za dzieci, za ciebie, za rodziców. A gdy ty się zamykasz w milczeniu, czuję się, jakbym sama dźwigała wszystko.
Przypomniałem sobie zeszły rok i pogrzeb jej matki. Wtedy rzeczywiście prawie się nie odzywałem.
Dla mnie ważne, byś czasem zaczynał rozmowę sam. Nie czekał aż wybuchnę, tylko sam podszedł i spytał: Co u ciebie? albo Pogadajmy. Gdy ciągle zaczynam ja, czuję się nachalna.
Kiwnąłem.
Chcę zawahała się żebyśmy ustalili dwie rzeczy. Po pierwsze: nie rozmawiamy poważnie, gdy ktoś z nas jest już zmęczony albo zły. Nie w biegu, nie między drzwiami a windą. jeżeli trzeba przesuwamy.
Słuchałem, wpatrując się w jej twarz.
Po drugie ciągnęła nie podnosimy głosu przy dzieciach. Wiem, iż czasem nie wytrzymuję, ale nie chcę, by patrzyli jak się kłócimy.
Timer zapikał, ale dokończyła szybko: To tyle.
Uśmiechnąłem się do siebie.
To już niezgodne z regulaminem zauważyłem.
Ale zgodne z życiem odpowiedziała.
Przekręciłem timer, wyłączyłem.
Zgadzam się powiedziałem. Na oba punkty.
Zauważyłem, iż jej ramiona trochę się rozluźniły.
Ja dodałem po chwili też chcę jeden punkt.
Jaki? zapytała czujnie.
jeżeli nie zdążymy wszystkiego omówić w te dziesięć minut, przenosimy na następny czwartek. Żadnego przeciągniętego frontu do nocy.
Zamyśliła się.
Spróbujmy powiedziała. Ale co jeżeli pali się grunt?
Jak się pali, gasimy odpowiedziałem. Ale nie benzyną.
Parsknęła cicho.
Umowa stoi powiedziała.
Między rozmowami życie płynęło jak dawniej.
Rano piłem swoją kawę, ona smażyła jajka. Czasem zmywałem, zanim zdążyła poprosić. Zauważała to, choć nie zawsze komentowała. Wieczorami oglądaliśmy seriale, kłócąc się o racje bohaterów. Czasem zaczynała zdanie: my też mamy tak, po czym przypominała sobie umowę i zostawiała temat do czwartku.
Pewnego razu stała przy garach, mieszając zupę, a ja podszedłem od tyłu i położyłem jej rękę na biodrze. Tak po prostu.
Coś się stało? spytała nie odwracając głowy.
Nic odparłem. Ćwiczę się.
W czym? zdziwiła się.
W dotyku odpowiedziałem. Nie tylko według harmonogramu.
Uśmiechnęła się półgębkiem, ale nie odsunęła.
Zapisuję na plus rzuciła.
Po miesiącu znów siedzieliśmy z timerem na kanapie.
Zostajemy przy tym? spytałem.
A ty jak myślisz? odpowiedziała.
Popatrzyłem na biały, okrągły zegarek, na jej ręce, na swoje kolana.
Myślę, iż tak odezwałem się. Jeszcze się nie nauczyliśmy.
I pewnie całkiem nie nauczymy wzruszyła ramionami. To nie egzamin, tylko jak mycie zębów.
Parsknąłem cicho.
Romantyczne porównanie.
Ale zrozumiałe odparła.
Przekręciła tarczę na 10, położyła timer na środku.
Dziś na luzie zaproponowała. Jak będziemy zbaczać z tematu, zawrócimy.
Bez przesady zgodziłem się.
Wzięła wdech.
Czuję, iż jest mi łatwiej. Nie zawsze, ale już nie znikam w tle. Sam zaczynasz mówić, pytać. Widzę to.
Poczułem zawstydzenie.
Ważne dla mnie, byśmy nie odpuszczali, jak zrobi się łatwiej. Nie wracali do starego przemilczania aż do wybuchu.
Kiwnąłem głową.
Chciałabym, żebyśmy za rok mogli powiedzieć: Jesteśmy szczerzy. Nie doskonali, nie idealni, po prostu bardziej uczciwi wobec siebie.
Timer wybijał czas. Słuchałem i choćby nie chciało mi się żartować.
Tyle powiedziała po sygnale. Teraz ty.
Wziąłem timer, ustawiłem czas.
Czuję, iż jest mi straszniej. Wcześniej mogłem schować się za milczeniem, a teraz muszę mówić. Boję się powiedzieć coś nie tak, zranić cię.
Słuchała przechylając głowę.
Ważne, byś pamiętała: nie jestem twoim wrogiem. Moje lęki nie są przeciwko tobie. Po prostu są moje.
Przerwa.
Chciałbym, żebyśmy trzymali się tej zasady. Raz w tygodniu, szczerze, bez oskarżeń. choćby jeżeli czasem się potkniemy. Po prostu, by to był nasz wspólny układ.
Timer zapiszczał. Wyłączyłem, zanim drugi raz zabrzęczał.
Posiedzieliśmy jeszcze w ciszy. W kuchni coś strzeliło wyłączył się czajnik. Za ścianą sąsiedzi się śmiali, ktoś zamknął drzwi na klatce.
Wiesz odezwała się myślałam, iż nam potrzeba jednego wielkiego przełomu. Jak w filmie. Ale wychodzi na to
Że robimy to po kawałku, co tydzień dokończyłem.
Tak przytaknęła. Po kawałku.
Patrzyłem na nią. Zmarszczki zostały, zmęczenie też. Ale coś jeszcze pojawiło się w jej spojrzeniu. Może uwaga?
Chodź na herbatę zaproponowałem.
Chodźmy zgodziła się.
Wzięła timer, zaniosła do kuchni. Postawiła go przy cukiernicy, nie chowała do szuflady. Ja nalałem wody do czajnika, postawiłem na gaz.
W przyszły czwartek po pracy mam wizytę u lekarza powiedziała, opierając się o stół. Mogę się spóźnić.
Przesuniemy na piątek zaproponowałem. Nie będziemy rozmawiać poważnie, jak jesteś zmęczona.
Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się.
Umowa stoi powiedziała.
Otworzyłem szafkę, wyjąłem dwa kubki, postawiłem na stole. Woda w czajniku zaczęła szumieć.
Sól gdzie postawić? zapytałem, przypominając sobie o naszym pierwszym rozmówce.
Odwróciła się, zobaczyła słoik w moich rękach.
Tam gdzie jej szukam odpowiedziała automatycznie, po czym dodała: Na drugiej półce, z lewej.
Postawiłem słoik dokładnie tam.
Przyjąłem do wiadomości powiedziałem.
Podeszła bliżej, dotknęła mojego ramienia.
Dziękuję, iż pytasz powiedziała cicho.
Kiwnąłem głową. Czajnik szumiał coraz głośniej. Timer czekał na stole na następny czwartek.
Zrozumiałem, iż to nie timer zmienia małżeństwo. To zwykła rozmowa, która nie zawsze wychodzi ale gdy staje się nawykiem, można czasem usłyszeć i samego siebie, i tę drugą osobę. Bez wielkich przełomów, bez patosu. Po kawałku. I iż warto próbować, choćby jeżeli nie wychodzi za pierwszym razem.












