Mój telefon zadzwonił o 6:12 rano. Dzwoniła Irena, a Irena nigdy nie dzwoni o takiej porze, bo wie, iż pracuję do późna. Wiedziałam od razu, iż coś się stało. Nie odebrałam od razu — patrzyłam na ekran, jak wibruje na blacie kuchennym obok niedopitej herbaty z melisą. Za oknem było jeszcze ciemno, grudniowy Wrocław leżał pod mokrym śniegiem, a tramwaje na Legnickiej dzwoniły jakoś głośniej niż zwykle.
Odebrałam.
— Marek zmarł w nocy — powiedziała. — W szpitalu na Borowskiej. Musisz przyjechać.
Marek. Mój mąż od dwudziestu trzech lat. Mój mąż, z którym nie mieszkam od siedmiu. Mój mąż, który trzy lata temu przepisał nasze wspólne mieszkanie na swoją siostrę, a mi zostawił umowę najmu. Taką zwykłą, na rok, z czynszem wyższym, niż wynosiła moja pensja w bibliotece osiedlowej.
W szpitalu było cicho, tylko aparatura na korytarzu piszczała co kilka sekund. Przy łóżku Marka siedziała Grażyna, ta siostra. Siedziała i trzymała go za rękę, chociaż on już nie żył od czterech godzin. Zauważyłam, iż na szafce przy łóżku leżał jego telefon, a ekran był rozbity od tygodni — Marek nigdy go nie wymieniał, mówił, iż nie ma sensu, dopóki działa.
— Co teraz będzie z mieszkaniem? — zapytała Grażyna, nie podnosząc na mnie wzroku.
Tak po prostu. Nie „jak się czujesz”, nie „przepraszam”, nie „zostań chwilę”. Co będzie z mieszkaniem.
— Nie wiem — odpowiedziałam. — Pochowajmy go najpierw.
Pogrzeb był trzynastego. Mały, skromny, na cmentarzu przy Bardzkiej. Przyszli sąsiedzi z klatki, dwóch kolegów Marka z warsztatu i pani Halina z warzywniaka, która dała mi reklamówkę mandarynek, żebym miała co postawić na stypie. Grażyna stała po drugiej stronie grobu, w nowym czarnym płaszczu, i co chwilę zerkała w telefon. Nie płakała.
Stypa była w małej restauracji na końcu ulicy. Zamówiłam barszcz i krokiety, bo Marek to lubił. Grażyna przyszła spóźniona, usiadła obok mnie, zdjęła rękawiczki i położyła na stole klucz.
— To od mieszkania — powiedziała. — Masz czas do końca stycznia. Potem syn się wprowadza, wiesz, Kuba. On i tak jest dorosły, a ja nie mogę trzymać tego lokalu wiecznie.
Klucz leżał na obrusie, zwykły, z wygrawerowanym numerem „7”. Mieszkanie numer siedem, drugie piętro, okna na podwórze. Osiemdziesiąt dwa metry, wysoki sufit, kuchnia z oknem na wschód. Moje mieszkanie. Nasze. Kupione za pieniądze, które zarabiałam przez dwadzieścia lat jako bibliotekarka, i za resztę spadku po mojej matce z Opola.
— Do końca stycznia — powtórzyła Grażyna i wstała. — Kuba jest w Gdańsku, ale wraca w lutym. Nie chcę robić problemów.
Nie chciała robić problemów.
Kiedy odchodziła, zauważyłam, iż kelnerka patrzy na mnie zza lady. Miała taki wyraz twarzy, jakby słyszała wszystko i nie wiedziała, czy podejść, czy udawać, iż nie słyszy.
—
Wróciłam do mieszkania o ósmej wieczorem. Winda nie działała — szósty grudnia, a na drzwiach windy wisiała kartka, iż naprawa „w ciągu dwóch dni roboczych”. Wchodziłam po schodach i na drugim piętrze minęłam sąsiadkę, panią Jankę, która wyprowadzała psa na wieczorne siusiu. Pies, stary kundel z jednym okiem, zatrzymał się przy mnie i polizał mi dłoń.
— Wszystko dobrze, dziecko? — zapytała pani Janka.
— Dobrze — skłamałam.
W mieszkaniu było zimno, kaloryfer ledwo ciągnął. Powiesiłam płaszcz, zdjęłam buty, przeszłam do kuchni i usiadłam przy stole. Wtedy dopiero zobaczyłam, co leży na podłodze. Kartka, ktoś wsunął ją pocztą szczelinową. Wypowiedzenie umowy najmu. „Z dniem 31 stycznia 2025 roku umowa zostaje rozwiązana. Podstawa: zgon właściciela.”
Podpisała Grażyna. Data: jedenasty grudnia. Ona to napisała, zanim jeszcze Marek został pochowany.
To był ten moment, kiedy człowiek przestaje być grzeczny. Kiedy przestaje myśleć: „może się dogadamy”, „może to nieporozumienie”, „może ona nie rozumie”. Ona rozumiała wszystko. Rozumiała, iż nie mam dokąd pójść. Rozumiała, iż to mieszkanie było jedyną rzeczą, jaką miałam po dwudziestu trzech latach małżeństwa. Rozumiała i dlatego przyspieszyła.
Zadzwoniłam do Krzysztofa, mojego brata, który mieszka w Ząbkowicach. Odebrał po drugim sygnale.
— Pamiętasz tę teczkę? — zapytałam.
— Tę z aktami? — powiedział. — Myślałem, iż już nie żyjesz.
— Ja myślałam, iż nie będzie potrzebna.
To on, Krzysztof, dziesięć lat temu powiedział mi: „Ela, zrób kopie. Zawsze rób kopie. Nigdy nie wiesz, kiedy ci się przydadzą”. Byłam wtedy młodsza i nie rozumiałam, po co mi kopie aktu notarialnego z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego. Ale zrobiłam. Trzy komplety.
—
Następnego dnia poszłam do kancelarii notarialnej na Świdnickiej. Notariusz nazywała się Maria Szczepanik i wyglądała na zmęczoną, jak wszyscy w grudniu. Położyłam przed nią teczkę.
— Chcę sprawdzić, czy to jest wciąż ważne — powiedziałam.
Otworzyła akta, przerzuciła kilka stron. Potem zdjęła okulary i popatrzyła na mnie.
— To jest akt notarialny darowizny z 1998 roku. Pani mąż przekazał pani połowę udziału w mieszkaniu. To nie zostało nigdy odwołane.
— Czy to znaczy, iż połowa tego mieszkania jest moja?
— Tak. I to znaczy, iż o ile właścicielka wypowiedziała pani umowę najmu, to zrobiła to w stosunku do współwłaścicielki. A to znaczy, iż ta umowa najmu jest nieważna.
Wyszłam z kancelarii z kopią aktu i z notatką od notariusz. Na ulicy padał deszcz ze śniegiem. Przystanęłam przy kwiaciarni na rogu, popatrzyłam na donice z wrzosami. Kobieta w środku układała czerwone poinsecje. Pomyślałam, iż kupię jedną. Do mieszkania, które jest w połowie moje.
Wieczorem zadzwonił telefon. Grażyna. Odebrałam w kuchni, mieszając zupę.
— Ela, musimy porozmawiać o mieszkaniu. Kuba potrzebuje się wprowadzić.
— Wiem, dostałam wypowiedzenie.
— To nie jest nic osobistego. Po prostu Marek by chciał, żeby Kuba miał gdzie mieszkać.
— Marek by chciał — powtórzyłam powoli. — A ty wiesz, co Marek zrobił w 1998 roku?
Cisza. Słyszałam, jak po drugiej stronie tyka kuchenny zegar. Grażyna miała ten zegar od trzydziestu lat, pamiętam go z pierwszej wizyty u nich.
— Co zrobił? — zapytała w końcu.
— Dał mi połowę mieszkania. Aktem notarialnym. To nigdy nie zostało odwołane. Twoja umowa najmu jest nieważna, Grażyna. A twoje wypowiedzenie to świstek papieru.
Nie czekałam na odpowiedź. Rozłączyłam się i wróciłam do zupy. Ale ręce mi drżały, gdy kroiłam pietruszkę.
—
Trzy dni później w mieszkaniu rozległ się dzwonek do drzwi. To była Grażyna, stała na klatce z reklamówką w ręku, w środku coś brzęczało. Słoiki. Przywiozła mi słoiki z ogórkami, żeby było po sąsiedzku.
— Porozmawiajmy spokojnie — zaczęła.
— O czym?
— Możemy podzielić mieszkanie. Ty bierzesz kuchnię i łazienkę, Kuba weźmie pokoje. Albo odwrotnie. Da się mieszkać.
Patrzyłam na nią i czułam, jak narasta we mnie coś, co dawno powinno się pojawić. Nie był to gniew. Było to coś znacznie gorszego — pewność.
— Grażyna. Ty napisałaś do mnie wypowiedzenie, zanim twój brat ostygł w kostnicy. Do końca stycznia miałam się wynieść, żeby twój syn wprowadził się z Gdańska. I teraz chcesz, żebyśmy razem mieszkali?
— Nie powiedziałam, iż razem. Powiedziałam, iż można podzielić.
— A wiesz, ile jest wart mój udział? — zapytałam. — Połowa tego mieszkania to dwieście czterdzieści tysięcy złotych. To nie są ogórki, żeby je dzielić słoikami.
Zamknęłam drzwi. Potem poszłam do kuchni, wyjęłam z torby dokumenty i położyłam na stole. Akt notarialny. Wypowiedzenie umowy. Zawiadomienie o śmierci Marka. I czwarty dokument, nowy, którego Grażyna jeszcze nie widziała: wniosek o zniesienie współwłasności przez sąd.
Wypełniłam go poprzedniego wieczoru, przy herbacie z melisą. Dwieście czterdzieści tysięcy. To jest kwota, którą Grażyna będzie musiała mi zapłacić, o ile chce zatrzymać mieszkanie dla Kuby. A o ile nie zapłaci, sąd zarządzi sprzedaż lokalu na wolnym rynku. I wtedy nikt nie dostanie go za darmo.
—
Zima przechodziła powoli. Styczeń był szary, luty mokry, a w marcu już inaczej pachniało powietrze na Legnickiej. Kuba z Gdańska dzwonił dwa razy, adekwatnie z grzeczności, bo nie wiedział, jak się do mnie zwracać. Grażyna wysłała list poleconym, w którym było siedem zdań, i żadne nie zaczynało się od „przepraszam”. Nie odezwałam się.
W sądzie na Kromera pierwsza rozprawa odbyła się czwartego kwietnia. Sędzia, mężczyzna koło pięćdziesiątki, z taką twarzą, jakby sądził już tysiąc podobnych spraw, zapytał, czy możliwa jest ugoda.
— Możliwa — powiedziałam. — Dwieście czterdzieści tysięcy złotych spłaty udziału i mieszkanie zostaje przy pani Grażynie.
Pełnomocnik Grażyny poprosił o przerwę. Wyszedł na korytarz z telefonem przy uchu. Widziałam przez uchylone drzwi, jak Grażyna siedzi na ławce i obgryza naskórek przy paznokciach, a potem zerka na syna. Kuba przyjechał z Gdańska, siedział obok niej, miał na sobie marynarkę o numer za dużą. Wyglądał jak chłopiec, któremu kazano udawać dorosłego.
Po przerwie pełnomocnik wrócił.
— Moja klientka proponuje osiemdziesiąt tysięcy.
— Nie — powiedziałam.
— Sto dwadzieścia.
— Nie.
Sędzia przerwał, zapowiedział, iż wyznaczy biegłego do wyceny lokalu, i zamknął posiedzenie. Grażyna wyszła na korytarz pierwsza. Minęła mnie w drzwiach i powiedziała tak cicho, iż prawie tego nie usłyszałam:
— Przecież nie masz dokąd iść.
To było najśmieszniejsze. Ona naprawdę myślała, iż od lat zostaję w tym mieszkaniu, bo nie mam dokąd pójść. Nie rozumiała, iż zostawałam, bo to była moja połowa. Moja łazienka z oknem na wschód. Moja kuchnia, w której przez dwadzieścia trzy lata gotowałam obiady, zanim Marek znalazł sobie lepsze towarzystwo i wyprowadził się do swojej siostry.
Nie odpowiedziałam. Schowałam dokumenty do torby, zeszłam po schodach, minęłam zamknięty sklep z telefonami i wsiadłam do tramwaju. W tramwaju był tłok, ktoś nadepnął mi na but. Jakaś dziewczyna słuchała muzyki tak głośno, iż rozpoznawałam refren. Banalny refren o tym, iż wszystko się ułoży.
—
Biegły wycenił mieszkanie na czterysta osiemdziesiąt tysięcy. Połowa to dwieście czterdzieści — to samo, co mówiłam od początku. Ale sąd nie musiał już ustalać spłaty, bo Grażyna sama zgłosiła się do kancelarii z czekiem. Widziałam ten czek na rozprawie, leżał na stole przed pełnomocnikiem, wypełniony długopisem, z pieczątką jej firmy. Mój podpis na ugodzie był prosty, odręczny, nic specjalnego. Pod spodem data: siódmy maja.
Tego samego dnia po południu poszłam do banku na Oławskiej. Podałam dowód, podałam czek, pani w okienku poprosiła o potwierdzenie. Patrzyłam, jak palce jej wędrują po klawiaturze, i myślałam o tym, iż jutro rano chcę pojechać do Opola.
— Wszystko się zgadza — powiedziała pani z banku. — Dwieście czterdzieści tysięcy złotych. Środki zaksięgowane.
Zadzwoniłam do kwiaciarni na rogu. Wciąż mieli tam te czerwone poinsecje, bo nikt ich nie kupił od grudnia. Zabrałam dwie. Jedną zostawiłam pani Jance, która akurat wracała ze spaceru, a pies znów polizał mi dłoń. Drugą położyłam na parapecie w mieszkaniu, które opuszczałam.
Właściwie to nie opuszczałam. Zostawiałam je. To jest różnica.
Wieczorem zawiozłam poinsecję na cmentarz przy Bardzkiej. Postawiłam ją na grobie Marka, w słoiku po dżemie, bo nie było wazonu. Obok leżał jeszcze wieniec od Grażyny z napisem „Od żony”, chociaż ona nigdy nią nie była.
Wróciłam do pustego mieszkania. Kartonów prawie nie było, cały dobytek zmieścił się w jednej torbie i dwóch reklamówkach. Ale na stole w kuchni zostawiłam tę teczkę z aktami. Otworzyłam ją, żeby wyjąć jedną rzecz: klucz z wygrawerowanym numerem „7”. Położyłam obok niego kartkę.
„Kuba może się wprowadzać. Winda znowu nie działa, klucze zostawiam na parapecie w kuchni.”
Rano zjechałam schodami po raz ostatni. Na dole, przy skrzynkach pocztowych, spotkałam panią Jankę. Pies machał ogonem.
— Przeprowadzka? — zapytała.
— Nie — powiedziałam. — Jadę do Opola.
Pociąg odchodził o 9:47. Siedziałam przy oknie, a Wrocław znikał za szybą, brzydki i piękny jednocześnie. W Opolu czekała na mnie kawalerka, którą kupiłam miesiąc wcześniej. Trzydzieści osiem metrów, okno na zachód, balkon, na którym latem mieści się jedno krzesło i donica z pelargoniami. Zapłaciłam za nią sto dziewięćdziesiąt tysięcy, a reszta poszła na lokatę roczną w banku. Grażyna dzwoniła potem siedem razy, nie odebrałam ani razu.
Została jej cała reszta. Syn, którego może wpuszczać do kuchni. Akt notarialny, którego nie znała. A mnie zostało dwieście czterdzieści tysięcy złotych i jedna poinsecja. Ta na cmentarzu, która do maja zdążyła przekwitnąć.









