Zaczęło się od tego, iż Wanda nie poczuła, jak parzy ją woda pod prysznicem. Stała w tej wodzie, myślała o jutrzejszej rozmowie z kierowniczką przychodni, i dopiero kiedy spojrzała w dół, zobaczyła, iż skóra na łydce zrobiła się czerwona jak ugotowany burak. Nic. Zero pieczenia.
— Cukrzyca od dwunastu lat — powiedziała potem lekarce, jakby to wszystko tłumaczyło. — Pani myśli, iż ja nie wiem, co to neuropatia? Wiem. Tylko iż do tej pory to było takie… dalekie. Wie pani, jak pogoda w telewizji. Mówią, iż będzie wiało, a człowiek i tak wychodzi bez czapki.
Lekarka, młoda, z włosami ściągniętymi w ciasny kucyk, nie odpowiedziała. Wypisała skierowanie na badania i kazała wrócić za tydzień. Wanda wyszła na korytarz przychodni przy ulicy Chmielnej w Lublinie, usiadła na ławce obok automatu z kawą i zrobiła coś, czego nie planowała: zdjęła but. Prawy. Potem skarpetkę. Obejrzała stopę, jakby widziała ją pierwszy raz w życiu. Pięta sucha, popękana. Palce blade. Na spodzie, pod dużym palcem, małe zaczerwienienie, którego wcześniej nie zauważyła. Otarcie? Pęcherz? Nie wiedziała. Nie czuła.
Wanda miała czterdzieści osiem lat, mieszkała sama, pracowała jako księgowa w hurtowni artykułów papierniczych. Od rozwodu minęło siedem lat, od wyprowadzki córki do Gdańska — trzy. W jej mieszkaniu wszystko stało na swoim miejscu: kubek na suszarce zawsze uchem w lewo, pilot na podłokietniku, ładowarka podpięta do listwy choćby wtedy, gdy telefon był naładowany. Porządek, który Wanda myliła z kontrolą.
Tej nocy nie mogła zasnąć. Leżała, na suficie od sąsiada z góry migotał odblask jego telewizora. Myślała o stopie. Potem o tym, iż od pół roku nie była na cmentarzu do matki. Potem o tym, iż jutro trzeba zapłacić prąd. I wtedy, około trzeciej nad ranem, coś przeszło jej przez lewą nogę. Jakby ktoś przeciągnął gorącym drutem od kolana w dół. Zacisnęła zęby, wbiła pięści w kołdrę i policzyła do dziesięciu. Przeszło. Zostawiło po sobie strach, ale to już znała.
Rano zadzwoniła do córki.
— Mamo, nie możesz teraz — powiedziała Magda. W tle płakało dziecko. — Wiesz, co mam z tymi badaniami w pracy…
— Nie chcę, żebyś przyjeżdżała — przerwała Wanda. — Chcę tylko, żebyś wiedziała.
— Wiedziała co?
Nie odpowiedziała od razu. Spojrzała na swoją stopę. Zaczerwienienie było większe niż wczoraj.
— Że jak coś się stanie, to klucze do mieszkania są u Ireny spod siódemki. I iż polisa jest w szufladzie w biurku, w niebieskiej teczce.
— Mamo, do jasnej cholery, co ty wygadujesz? — głos Magdy się załamał. — Jedziesz na SOR, rozumiesz? Dzwonię po taksówkę.
— Nie trzeba. Mam autobus za dwanaście minut.
— To nie jest rozmowa o autobusie!
Wanda słuchała, jak córka krzyczy do telefonu, a dziecko zanosi się płaczem. W końcu powiedziała cicho:
— Dobrze. Jadę.
I odłożyła słuchawkę, zanim Magda zdążyła coś dodać.
Na SOR-ze w szpitalu przy al. Kraśnickiej siedziała cztery godziny. Obok niej młody mężczyzna z rozbitą wargą trzymał w ręku reklamówkę z Biedronki, z której wystawała puszka piwa. Naprzeciwko staruszka w chustce liczyła paciorki różańca. Pachniało środkiem do dezynfekcji i oknem, którego nikt nie otwierał. Wanda patrzyła na swoje stopy w starych trampkach i myślała, iż kiedyś, dawno temu, tańczyła w tych samych butach na weselu kuzynki. Czternaście godzin na parkiecie. Nic ją nie bolało.
Kiedy w końcu weszła za parawan, pielęgniarka zdjęła jej opatrunek założony na izbie przyjęć i zamarła na chwilę za długo. Potem powiedziała, iż zaraz przyjdzie lekarz, i wyszła szybciej, niż to konieczne. Wanda została sama, z gołą stopą wystawioną na zimne powietrze sali, i wtedy zrobiła to, czego się bała najbardziej: przesunęła paznokciem po zaczerwienieniu pod palcem, mocno, tak iż powinno zapiec.
Nic. Kompletna, głucha cisza w ciele.
Poczuła, jak robi jej się gorąco w karku, a ręce same zaczynają szukać czegoś do trzymania — chwyciła krawędź leżanki i trzymała się jej, jakby to ona miała odpłynąć spod niej, a nie stopa gdzieś przestać być jej częścią. W głowie zapaliło się jedno słowo, które od dziecka kojarzyło jej się z sąsiadem z dawnego bloku, panem Tadeuszem, który wrócił kiedyś ze szpitala bez połowy nogi i już nigdy nie zszedł sam po schodach. Amputacja. Nie powiedziała tego słowa na głos. Ale poczuła je w gardle jak połkniętą kość.
Lekarka, z ostrym makijażem i zmęczonymi oczami, weszła dopiero po kwadransie, obejrzała stopę pod lampą, przycisnęła nogę uciskiem specjalnego czujnika w kilku miejscach i za każdym razem pytała: "czuje pani?". Wanda cztery razy z rzędu powiedziała "nie". Za piątym razem, na łydce, powiedziała "trochę" i o mało się nie rozpłakała z ulgi, iż jest choć to jedno "trochę".
— To może być zaawansowana neuropatia cukrzycowa — powiedziała lekarka. — Zostawiam panią na obserwację. Zrobimy USG naczyń, sprawdzimy ukrwienie.
— Czy ja stracę stopę?
Pytanie zawisło w powietrzu jak smród. Lekarka nie spuściła wzroku.
— Dzisiaj nie ma takiego ryzyka. Ale jeżeli pani to zignoruje tak, jak ignorowała pani cukrzycę przez dwanaście lat — to jest droga donikąd. Prosta droga.
Zapadła cisza, w której słychać było tylko pikanie aparatury za ścianą. Wanda patrzyła na swoją stopę, leżącą na białym prześcieradle jak coś obcego, wypożyczonego, co w każdej chwili mogą jej odebrać.
Wróciła do domu taksówką następnego dnia po południu, z workiem szpitalnych papierów i skierowaniem na kontrolę za trzy tygodnie. W przedpokoju stał worek ze śmieciami, którego nie wyniosła, i pachniało zepsutym mlekiem. Otworzyła balkon, wpuściła chłodne, kwietniowe powietrze. Usiadła na podłodze, oparła się plecami o kaloryfer.
Przez następne dni pilnowała się jak nigdy w życiu. Co wieczór siadała na brzegu wanny z lustrem na podłodze i oglądała stopy pod światło lampki kupionej specjalnie w internecie. Kupiła krem z mocznikiem i skarpety bezuciskowe. Mierzyła cukier rano, przed jedzeniem, po jedzeniu, przed snem, a w zeszycie na stole rosły kolumny liczb: 164, 158, 149, 142.
Do Magdy dzwoniła codziennie o dziewiętnastej. Krótkie rozmowy, w których nie było ani słowa o stopie, ani o strachu, który budził ją w nocy tym samym snem: stoi na przystanku, autobus odjeżdża, a jej nogi są z betonu i nie chcą się ruszyć.
W drugim tygodniu Magda zadzwoniła sama, wieczorem, i od razu, bez "cześć", powiedziała:
— Dzwoniła do mnie Irena. Powiedziała, iż byłaś na SOR-ze i nic mi nie powiedziałaś.
— Nie chciałam cię straszyć.
— Nie chciałaś mnie straszyć?! Mamo, ja się dowiaduję od sąsiadki, iż moja matka mogła stracić nogę! — głos Magdy się łamał, w tle znowu płakało dziecko, ale tym razem nikt go nie uciszał. — Cały czas robisz to samo. Zamykasz drzwi i mówisz "poradzę sobie". A ja mam czekać, aż ktoś zadzwoni i powie mi, iż już za późno?
Wanda milczała, bo pierwszy raz nie miała gotowej odpowiedzi. W końcu powiedziała, cicho, jakby to był jej najtrudniejszy rachunek w życiu:
— Bałam się, iż jak powiem "boję się", to stanie się to naprawdę.
Po drugiej stronie było długo cicho. Potem Magda powiedziała, już spokojniej, ale twardo:
— Chcę, żebyś do mnie pisała co wieczór. Jedno zdanie. choćby "żyję, noga cała". Ale codziennie. Bez wymówek.
— Dobrze.
— Obiecujesz?
— Obiecuję.
Od tego dnia pisała. Czasem tylko: "Noga bez zmian". Czasem więcej.
Trzy tygodnie później w przychodni była kolejka do podawania wyników. Wanda siedziała obok chłopaka słuchającego muzyki na słuchawkach i kobiety, która rozmawiała przez telefon tak głośno, iż słyszeli wszystko: "Powiedziałam mu: jak ci się nie podoba, to wyprowadź się. A on? Zabrał pralkę. W środę. W biały dzień".
Kiedy weszła do gabinetu, lekarka długo pisała coś na komputerze, potem przesunęła w stronę Wandy wydruk.
— Ma pani poprawę — powiedziała. — Cukier stabilniejszy. Proszę tak dalej.
— A noga?
Lekarka spojrzała na nią uważnie.
— Rana pod palcem zaczęła się goić. Czucie wróciło, ale nie w pełni. Codziennie oglądać stopy. Do końca życia. Nie ma innej drogi.
Wanda wyszła z gabinetu, zeszła po schodach. Przy rejestracji stała waga. Weszła na nią, patrzyła, jak wskazówka zatrzymuje się na osiemdziesięciu sześciu kilogramach, zeszła. Podeszła do automatu, wyjęła z portfela trzy złote, zamówiła czarną kawę bez cukru. Piła ją przy oknie i patrzyła, jak po ulicy idą ludzie: kobieta z wózkiem, mężczyzna w kurtce za dużej o dwa rozmiary, para nastolatków. Wszyscy szli normalnie. Stawiali stopy na ziemi i szli, nie myśląc o tym.
Tego dnia zadzwoniła do Magdy nie o dziewiętnastej, tylko od razu, z ławki pod przychodnią.
— Wiesz co — powiedziała. — Byłam dzisiaj u lekarki. Rana się goi.
— To dobrze, mamo.
— I wiesz, co jeszcze. Umówiłam się do podologa. Na stałe, co sześć tygodni.
Magda milczała chwilę, a potem, cicho, tak iż Wanda ledwo usłyszała:
— Przyjadę w sobotę. Zobaczę tę twoją nogę na własne oczy.
— Nie musisz.
— Wiem, iż nie muszę. Chcę.
Wanda odłożyła telefon i przez chwilę siedziała nieruchomo, patrząc na wydruk wyników, który zaczynał się gnieść w jej dłoni.
W sobotę Magda przyjechała pociągiem, sama, bez dziecka, z torbą pełną jabłek z sadu teściów. W kuchni, przy stole, kazała mamie zdjąć skarpetkę i obejrzała stopę tak, jak ogląda się coś, czego się boi i czego jednocześnie trzeba dotknąć, żeby przestało straszyć. Dotknęła palcem miejsca po ranie. Blizna była różowa, cienka.
— Czujesz to? — spytała.
— Trochę.
Magda kiwnęła głową i nic więcej nie powiedziała, tylko została na noc, choć planowała wracać tego samego dnia.
Wieczorem, kiedy córka już spała w pokoju obok, Wanda usiadła sama w kuchni. Za oknem zaskrzypiał hamujący na zakręcie tramwaj. Zdjęła skarpetki, postawiła lustro na podłodze, pochyliła się nad lewą stopą. Dotknęła miejsca pod palcem opuszkiem, potem drugim, mocniej. Czuła to. Nie ból, nie mrowienie — zwykły dotyk skóry o skórę, taki, jaki miała kiedyś, dawno temu, gdy stała boso w piasku w Mielnie i nie myślała o żadnej stopie, tylko o fali, która się cofa.
Nalała sobie herbaty, bez cukru, i usiadła przy stole. Otworzyła zeszyt z liczbami, znalazła wolne miejsce pod ostatnią kolumną i napisała krótko: "168 po obiedzie. Magda przyjechała. Czuję stopę." Zamknęła zeszyt, wypiła łyk gorzkawej herbaty i siedziała tak jeszcze chwilę, słuchając, jak w pokoju obok córka przewraca się przez sen, a za oknem odjeżdża kolejny tramwaj.














