Stanowczo za dużo pocałunków w twoich esemesach, Mario

polregion.pl 1 dzień temu

Czwartek, Lublin, drożdżówka z serem leżała na parapecie już drugi dzień i nikt jej nie ruszał. W kuchni śmierdziało wczorajszym bigosem, chociaż zdjęłam garnek z ognia zaraz po tym, jak matka wyszła. Całą noc wietrzyłam. Bez skutku. Bigos ma to do siebie, iż nie da się go wywietrzyć, trzeba go po prostu rozdać albo zjeść, a jedno i drugie wydawało mi się ponad moje siły. Siedziałam przy stole i patrzyłam na dwa bilety lotnicze do Bangkoku. Leżały obok solniczki, której nie używałam od lat.

Mateusz stał przy oknie i obierał jabłko jednym długim ruchem noża. Skórka zwisała jak serpentyna. Od trzech lat nie widziałam, żeby jabłko obierał inaczej. Od trzech lat nie wzięliśmy urlopu, bo każdy grosz szedł na konto oszczędnościowe, a ja w każde święto mówiłam wszystkim, iż nie mam prezentów, bo zbieramy na coś większego. I oto to większe leżało przede mną. Dwa kawałki twardego kartonu z nadrukiem linii lotniczych. Pachniały farbą drukarską i innym życiem, takim, w którym nie ma bigosu, matki ani telefonów z pytaniem, czy mogę pożyczyć do pierwszego.

Domofon zadzwonił o ósmej rano. Znałam ten dzwonek. Krótki, trzy razy po dwa sygnały, jakby osoba po drugiej stronie bała się, iż nie zdąży.

– Otworzysz? – zapytał Mateusz, nie odrywając wzroku od jabłka.

Nie odpowiedziałam. Nacisnęłam przycisk i wróciłam do stołu. Po minucie w przedpokoju rozległo się szuranie. Moja siostra Aneta zawsze wchodziła tak, jakby przepraszała podłogę za to, iż po niej stąpa. Stanęła w drzwiach kuchni, poprawiła włosy – świeżo wycieniowane, widziałam to po równych końcach, nikt w domu tak nie strzyże, tylko fryzjerka z salonu na rogu – i uśmiechnęła się tym swoim żałosnym półuśmiechem, od którego od lat robiło mi się gryząco w dolnej części pleców.

– Przyjechałam autobusem – powiedziała Aneta, jakby to miało cokolwiek tłumaczyć. – Mama dzwoniła w nocy. Powiedziała, iż wyjeżdżasz.

– Wyjeżdżam – odparłam.

– Do Tajlandii.

– Do Tajlandii.

Aneta przełknęła. Sznur cienkich srebrnych koralików na jej szyi uniósł się i opadł. Patrzyłam, jak palce zaciska na zniszczonym papierowym bilecie podmiejskiej komunikacji, który wystawał jej z kieszeni kurtki jak biała flaga. Nie cierpiałam tego u niej: przychodziła z drobiazgami, z których potem trzeba było ją ratować, a każdy drobiazg urastał do dramatu.

– Przecież wiesz, w jakiej jestem sytuacji – zaczęła. Głos celowo przyduszony, jakby od tygodnia nie jadła. – Ten kredyt na samochód, bo przecież do pracy muszę dojechać. Ten na pralkę. Ta chwilówka przez internet, którą wzięłam w zeszłym roku, bo zabrakło mi do wypłaty. Oni dzwonią do mnie codziennie. Codziennie, rozumiesz? W dzień, w nocy, w święta. Dzwonili w Boże Narodzenie. Ja już nie odbieram.

Mateusz przestał obierać jabłko. Nóż zawisł w powietrzu. Mój mąż ma taką cechę: nie znosi, kiedy ktoś płacze w naszym mieszkaniu. Ja natomiast znoszę to bardzo dobrze, bo znam ten płacz od dziecka. Aneta potrafiła uronić łzę na zawołanie już w podstawówce, kiedy chciała, żebym oddała jej kanapkę.

– Matka mówiła, iż nie masz już żadnych oszczędności – odezwał się Mateusz. Odwrócił się do siostry bokiem, jakby bał się, iż go ochlapie. – Mówiliśmy ci cztery lata temu: nie bierz chwilówek. Mówiłem osobiście, naucz się liczyć.

– Ale ja nie umiem! – Aneta złożyła ręce, jakby z wychudłych dłoni chciała zrobić coś na wzór czułości. – Wy macie pieniądze, pokaż mi na koncie, bo ja już nie mam na chleb. Tylko te dwanaście tysięcy. Dwanaście tysięcy czterysta złotych, sprawdzałam wczoraj. Oddam wszystko. Tylko jeden raz.

Bilety do Bangkoku kosztowały dziewięć tysięcy siedemset. Zostawialiśmy sobie dwadzieścia na trzymiesięczny wyjazd i jedną wizytę u dentysty po powrocie. Liczyłam to do złotówki w środę wieczorem przy herbacie z rumem, którą piłam, bo zmarzłam, nie dlatego, iż było mi smutno.

– Ona ci to zrobi – powiedziała wczoraj matka. Siedziała na tym samym krześle, na którym teraz wierciła się Aneta. Patrzyła na mnie z rodzajem pewności, jaką mają tylko kobiety, które urodziły cię i uważają, iż do końca życia mogą z tego czerpać. – Twoja siostra wpadła w tarapaty. Ty jesteś od tego, żeby jej pomóc. A nie latać po jakichś Tajlandiach. Ludzie w czwartki umierają samotnie, a ty się będziesz smażyć na plaży.

Zamknęłam oczy tylko na niecałe trzy sekundy. Ktoś za oknem zjechał ze skrzynką na wózku po chodniku i zaklął. Lublin w październiku śmierdział mokrymi liśćmi. Zauważyłam, iż drżę: z zimna, z podróży, która się oddalała, z tego, jak Aneta układała palce na krawędzi stołu – delikatnie, jakby chciała ich nie zostawić na zawsze.

Podeszłam do szuflady, tej samej, w której trzymałam rachunki. Wyciągnęłam notatnik, zwykły brulion w kratkę za siedem złotych, i długopis reklamowy z napisem „EURO-BUD”. Położyłam oba przed Aneta.

– Dobrze – powiedziałam. – Skoro mówisz, iż to sprawa życia i śmierci, potraktujmy ją poważnie. Przygotuj mi wyciąg z mBanku za ostatnie pół roku. Wszystkie kredyty, wszystkie umowy, łącznie z chwilówką. Chcę widzieć, ile spłaciłaś, ile zostało, jakie jest oprocentowanie. Do tego plan spłaty rozpisany na miesiąc: skąd weźmiesz pieniądze, z czego zrezygnujesz, co sprzedasz. I podanie o pożyczkę wewnętrzną, z podpisem, datą i kwotą.

Aneta otworzyła usta, zamknęła, otworzyła znowu. Wyglądała, jakby połknęła gwóźdź.

– Czy ty… czy ty żartujesz? – wychrypiała wreszcie. – Ja ci mówię, iż mi odetną prąd, a ty mi tu chcesz jakąś dokumentację kłaść?

– Tak. Właśnie dlatego, iż konkret. Bez tych papierów nie rozmawiamy.

Matka musiała ją przygotować na scenę. Powiedziała pewnie: „Uderz w biedę, w rodzinę, w krew”. Nie przygotowała jej tylko na to, iż ja w czwartek rano nie będę już nikogo ratować.

Mateusz skończył jabłko, ułożył skórkę w popielniczce. Spojrzał na mnie krótko. W jego minie nie było pytania, tylko zatwierdzenie: robisz, co trzeba.

Aneta próbowała jeszcze: iż to nieludzkie, iż przecież siostry, iż matka by tego nie przeżyła, iż przecież my mamy. Próbowała unieść głos, ale w kółko pękał jej w tym samym miejscu, więc wyszło z tego płaczliwe staccato, jakie słyszę od trzydziestu lat.

– Dam ci dwa tygodnie – powiedziałam, kiedy w końcu wstała, by pójść do drzwi. – Przynieś papiery, przejrzę, policzę, odezwę się. jeżeli nie przyniesiesz, bo nie da się zebrać, wiesz, iż nie musisz przychodzić.

Stanęła w przedpokoju. Poprawiła torbę z tym udawanym dostojeństwem, jakby wychodziła z banku, w którym odmówiono jej kredytu, a nie z kuchni młodszej siostry.

– Mama miała rację – rzuciła. – Ty masz kamień zamiast serca.

W południe zadzwonił kurier. Sąsiad z góry znów zapalił papierosa na klatce, nie znoszę tego zapachu, ale tego dnia prawie go nie czułam. Mateusz robił nam obiad, bo zawsze robi obiad, kiedy nie wiem, co z sobą zrobić. Siekał cebulę i kroił ziemniaki w grube talarki. Siedziałam na blacie kuchennym, nogi miałam zimne, piętami uderzałam o szafkę.

Pojutrze lecimy. Dwa bilety przez cały czas leżą na stole. Przyciskam je dłonią, kiedy obok przechodzi Mateusz. Nie pytam, czy uważa, iż dobrze zrobiłam. Wiem.

Wieczorem dostałam wiadomość od Anety: „Nie przyjdę po te papiery. Możesz sobie zatrzymać swoją kolonię karną”. Odpisałam: „9.00, termin obowiązuje”. I usunęłam czat, nie dlatego, iż byłam zła. Po prostu nie chciałam, żeby nad naszym wyjazdem wisiał jakiś stary tekst od kogoś, kto od dawna nie ma do nas prawa.

Idź do oryginalnego materiału