Sprzedany przyjaciel. Opowieść dziadka
I on mnie wtedy zrozumiał!
Nie było mi do śmiechu, dotarło do mnie, iż to wszystko bez sensu.
Sprzedałem go. Myślał, iż to zabawa, a nagle zrozumiał zdradziłem go, sprzedałem.
Czasy, cóż, dla wszystkich inne. Jeden chciałby wycieczki na Malediwy, a drugi wystarczy pajda chleba z kiełbasą i już szczęście.
Tak i my wtedy żyliśmy, raz lepiej, raz gorzej.
Byłem wtedy jeszcze mały. Wujek Franek, brat mojej mamy, podarował mi kiedyś szczeniaka owczarka i świat nabrał barw. Szczeniak związał się ze mną, rozumiał na pół słowa, patrzył w oczy i czekał, aż coś powiem.
Leżeć mówiłem z powagą, a on natychmiast kładł się, patrząc mi w twarz, jakby był gotów oddać za mnie życie.
Stój wydawałem komendę, wtedy wstawał ciężko na pulchne łapki i zamierał, przełykając ślinę z niecierpliwości. Czekał, liczył, iż dam mu smaczka.
Ale nie miałem czym go nagrodzić. Sami wtedy głodowaliśmy.
Takie były czasy.
Wujek Franek, ten sam co podarował mi psa, kiedyś powiedział:
A nie martw się, chłopcze. Patrz, jaki wierny i oddany. Sprzedaj go na targu, a potem zawołasz, ucieknie do ciebie, przecież nikt nie zauważy. I pieniążki będą, może pączki mamie kupisz i sobie, i jemu. Posłuchaj, dobrze doradzam.
Spodobał mi się ten pomysł. Nie przyszło mi do głowy, iż to podłe. Starszy tak powiedział, pewnie żartuje, a ja kupię coś dobrego.
Szepnąłem Wiernemu do miękkiego, ciepłego ucha, iż oddam go, ale potem zawołam, żeby wracał do mnie, uciekał obcym.
I on mnie wtedy zrozumiał!
Zaszczekał, zgodził się na tę grę.
Następnego dnia założyłem mu obrożę i poprowadziłem na rynek koło dworca. Tam wszyscy coś sprzedawali i kwiaty, i ogórki, i jabłka.
Ludzie wychodzili z pociągu, kupowali, targowali się.
Wyszedłem trochę do przodu, ciągnąłem psa na smyczy. Ale nikt nie podchodził.
W końcu wszyscy przeszli, gdy nagle podszedł do mnie mężczyzna w ciemnym płaszczu z wąsem:
Co tu robisz, młody? Na kogoś czekasz czy psa sprzedajesz? Ładny, silny szczeniak, wezmę go od ciebie. I wsunął mi do rąk garść złotych.
Oddałem mu smycz, a Wierny rozglądał się zdziwiony i wesoło kichnął.
No idź, Wierny, przyjacielu, idź szepnąłem mu do ucha zawołam cię, wrócisz.
Odszedł więc z tamtym panem, a ja ukryty za rogiem, obserwowałem, dokąd zaprowadzi mojego przyjaciela.
Wieczorem przyniosłem do domu świeży chleb, kawałek swojskiej kiełbasy i landrynki. Mama zapytała surowo:
Ukradłeś to gdzieś?
Nie, mamo! Pomogłem zanieść zakupy ludziom na dworcu, dali mi w podzięce.
No, to dobrze, synku. Zjedz coś i pójdź spać, zmęczona dziś jestem.
Nawet nie spytała o Wiernego, pies był jej raczej obojętny.
Wujek Franek przyszedł rano. Szykowałem się do szkoły, choć wolałem pobiec do Wiernego, zawołać go.
No jak tam, sprzedałeś kumpla? zaśmiał się i poklepał mnie po głowie. Wywinąłem się i nie odpowiedziałem.
Całą noc nie spałem, chleb i kiełbasa stały na stole, ale nie mogłem przełknąć.
Nie było mi do śmiechu, zrozumiałem, iż to wszystko głupota.
Nie bez powodu mama nie znosiła wujka Franka.
Głupi on, jego nie słuchaj mawiała mama.
Złapałem tornister i wybiegłem z domu.
Do tamtego domu były ze trzy ulice, przebiegłem je, nie czując zmęczenia.
Wierny siedział za wysokim płotem, uwiązany grubym sznurem.
Wołałem go, ale tylko smutno patrzył na mnie, głowę na łapach, machał ogonem i próbował szczekać, głos mu się załamywał.
Sprzedałem go. Myślał, iż to zabawa, a zrozumiał, iż został naprawdę sprzedany.
Wyszedł właściciel, pogroził Wiernemu palcem, a ten podkulił ogon. Wiedziałem, iż przegraliśmy tę grę.
Wieczorem znowu poszedłem na dworzec, pomagałem dźwigać torby, zarobiłem odpowiednią kwotę. Bałem się, ale podszedłem do furtki i zastukałem. Drzwi otworzył mi znajomy mężczyzna:
O, co ty tu robisz, młody?
Wujku, oddaję pieniądze. Przemyślałem to, wolę mieć psa niż złote. Wyciągnąłem dłoń z monetami, które dostałem za Wiernego. Mężczyzna spojrzał na mnie, przyjął zapłatę, słowa nie powiedział, tylko odwiązał psa:
Bierz go, tęsknił cały dzień, stróż z niego żaden. Ale nie wiem, czy ci wybaczy.
Wierny patrzył na mnie smutno.
Zabawa zamieniła się w próbę, której obaj musieliśmy stawić czoła.
Wreszcie podszedł do mnie, polizał mnie po ręce i wcisnął zimny nos w mój brzuch.
Minęło od tego wiele lat, a ja wiem, iż choćby dla żartu nie wolno sprzedawać przyjaciół.
Mama wtedy się ucieszyła:
Wczoraj byłam taka zmęczona, dopiero w nocy myślę: a gdzie nasz pies? Przywykłam do niego, nasz, Wierny!
A wujek Franek później przychodził do nas coraz rzadziej. Jego żarty nie bawiły już nikogo.












