Śmiech ponad złością

polregion.pl 10 godzin temu

**Śmiech przez łzy**

Jadwiga Stanisławówna postawiła przed wnuczką talerz z barszczem i usiadła naprzeciw, uważnie obserwując, jak Kasia miesza łyżką czerwone plamy na powierzchni.

— Nie smakuje? — zapytała babcia, choć doskonale znała odpowiedź. Wnuczka krzywiła się przy każdej łyżce od kilku dni.

— W porządku — mruknęła Kasia, nie podnosząc wzroku. — Tylko nie jestem bardzo głodna.

— Aha, nie głodna — przeciągnęła Jadwiga Stanisławówna. — A wczoraj widziałam, jak grzebałaś w lodówce, szukałaś czegoś. Chciałaś te mrożone pierogi, co nie? Z paczki, które specjalnie kupiłam?

Kasia westchnęła i odłożyła łyżkę.

— Babciu, no co ty znowu zaczynasz? Przecież mówiłam — wszystko w porządku. Po prostu jestem zmęczona po pracy, nie mam apetytu.

— Zmęczona ona… — Jadwiga pokręciła głową. — W twoim wieku ja po pracy jeszcze podlewałam ogródek, prałam manualnie, prasowałam. A ty cały dzień siedzisz przy komputerze i zmęczona się znalazła.

Wnuczka gwałtownie wstała od stołu, talerz zadźwięczał.

— Wiesz co, babciu? Już dość! Codziennie to samo. Albo jedzenie nie takie, albo praca nieodpowiednia, albo faceci ci się nie podobają. Mam już serdecznie dość!

— No, jak to się rozmawia ze starszymi! — oburzyła się Jadwiga Stanisławówna. — Twoja matka tak cię wychowała?

— Moja matka w ogóle mnie nie wychowywała! — wyrzuciła z siebie Kasia i natychmiast zakryła usta dłonią.

Zapadła cisza. Jadwiga Stanisławówna powoli wstała, zebrała talerze ze stołu. Jej ręce lekko drżały, ale głos był spokojny:

— Rozumiem. Więc to ja jestem we wszystkim winna. I to, iż wzięłam cię do siebie po rozwodzie rodziców — też źle. I to, iż karmię — też nie tak.

— Babciu, nie o to mi chodziło… — zmieszała się Kasia.

— A o co? — Jadwiga odwróciła się i wnuczka zobaczyła, iż oczy babci lśnią od łez. — Że jestem starą głupią, która ci przeszkadza? Pewnie tak jest. Młodym z nami trudno, rozumiem.

Kasia chciała coś powiedzieć, ale babcia już wyszła do kuchni. Słychać było szum wody, stukot naczyń. Dziewczyna stała chwilę zdezorientowana, potem poszła do swojego pokoju.

Jadwiga Stanisławówna myła naczynia i cicho płakała. Gorące łzy kapały wprost do mydlanej wody, a w piersi piekło od urazy. Naprawdę stała się ciężarem? Wszystko, co robiła dla wnuczki, było odbierane jako czepianie się i moralizowanie?

Przypomniała sobie, jak trzy lata temu Kasia przyszła do niej z jedną walizką i zapłakanymi oczami. Rodzice się rozwodzili, ojciec odszedł do młodej sekretarki, matka zaczęła pić. Gdzie miała iść dwudziestoletnia dziewczyna? Oczywiście, do babci. Jadwiga Stanisławówna przyjęła wnuczkę bez pytań, oddała jej najlepszy pokój, gotowała, prała, dbała.

A teraz wychodzi na to, iż to wszystko było niepotrzebne? Że swoją troską tylko irytuje?

— Jadwiga Stanisławno! — rozległ się głos z korytarza. — Jest pani w domu?

Babcia gwałtownie otarła twarz ręcznikiem i poszła otworzyć. W drzwiach stała sąsiadka, Halina Kazimierzówna, z paczką w ręku.

— Proszę wejść — zaprosiła Jadwiga, starając się mówić pogodnie. — Herbaty będzWnuczka objęła babcię mocno, a Jadwiga Stanisławówna, czując ciepło tej chwili, zrozumiała, iż ich miłość nie potrzebuje słów, by przetrwać każdą burzę.

Idź do oryginalnego materiału