Każdego wieczora o tej samej porze, chłopiec przemierzał ulicę przed ekskluzywną restauracją w Warszawie.
Nigdy niczego nie prosił.
Ani słowa nie wypowiadał.
Stawał tylko, wpatrując się przez szybę.
Obserwował suto zastawione talerze, lśniące sztućce, ludzi śmiejących się między kęsami.
Potem ruszał dalej… ze zniszczonym plecakiem na ramionach i pustym do bólu żołądkiem.
Pewnej nocy zauważył go z wnętrza szef kuchni.
I rzekł do kelnera:
— Następnym razem, gdy go zobaczysz, powiedz, iż chcę z nim porozmawiać.
Nazajutrz chłopiec pojawił się jak zwykle.
Zanim zdążył odejść, szef kuchni wyszedł mu naprzeciw.
— Głodny jesteś?
Chłopiec skinął głową bez słowa.
— Chcesz się czegoś nauczyć?
Jego oczy otworzyły się szeroko, niedowierzająco.
I tak się to zaczęło.
Podarował mu stary fartuch.
Wyznaczył kąt w kuchni do zmywania naczyń, obierania ziemniaków i odkrywania zapachów oraz smaków, o jakich choćby nie śnił.
Nie płacił mu wynagrodzenia.
Oferował wiedzę.
Z czasem chłopiec nauczył się kroić cebulę bez jednej łzy.
Ubijać jajka w równym rytmie.
Czekać na czas gotowania bez zniecierpliwienia.
I wkładać serce w każdą potrawę.
Mijały lata.
Dziś, ten chłopiec nazywa się Filip Kozłowski.
Ma 24 lata.
I jest szefem kuchni w tej samej restauracji, przed którą niegdyś sta jak widmo za szybą.
Każdego wtorku w karcie pojawia się danie specjalne:
„Wspomnienie sprzed okna”
Prosty posiłek złożony ze składników, jakie jadał w dzieciństwie.
I za każdym razem, gdy gość go zamówi, Filip uśmiecha się i mówi:
— To danie ma jeden składnik, którego brakuje innym:
głód… głód zmiany losu.