– Smażyłam naleśniki w swoim mieszkaniu, kiedy nagle wszedł obcy mężczyzna powtarza teraz wszystkim Jadwiga Wojciechowska.
W tamtej chwili wcale jej nie było do śmiechu. Wyobraźcie sobie sami jesteście sami w domu. Absolutnie nikt inny nie powinien się tam znajdować. A tu nagle ktoś idzie prosto na was! Tak właśnie się czuła.
Z mężem, Stanisławem, rozwiodła się pięć lat temu. Sama dobiegała sześćdziesiątki. O nowych związkach choćby nie myślała. Dzieci wyjechały za pracą daleko.
Prowadziła spokojne życie. Z sąsiadami żyła jak z rodziną. Dlatego mimo niepewnych czasów miała taki zwyczaj: czasami nie zamykała drzwi na klucz. Bo kto wie, sąsiadka Basia lubiła wpadać z niespodziewaną wizytą. Tym razem jednak Basi nie było w okolicy. Jadwiga wyszła tylko do śmietnika, potem umyła ręce, nakarmiła kota Felka i zapomniała o zamku. Poza tym nie bała się nikogo. Przecież był dzień, blok tętnił życiem. To nie ciemny las, by bać się wyjść sama.
Postanowiła usmażyć sobie naleśniki. I właśnie, gdy kończyła kolejną porcję, zauważyła w kuchni nieznajomego. Jakby znikąd się pojawił!
Przysięgam, całe życie mi przeleciało przed oczami. Od przedszkola aż po dziś. To się naprawdę zdarza. Pomyślałam: no to po mnie. Nie mam za wiele, ale telewizor nowy, komputer, wypłatę dostałam pieniędzy trochę w torebce w przedpokoju. Pomyślałam pewnie już je wziął, a teraz szuka, co jeszcze zabrać. Szeptem powiedziałam: Proszę, bierz pan wszystko, tylko mnie nie ruszaj. Mam wnuki, chciałabym jeszcze się nimi nacieszyć. Nikomu o tym nie powiem!. I wtedy mężczyzna zaczął mnie przepraszać. Coś próbował tłumaczyć. Ja ledwo go słyszałam, wszystko brzmiało jak przez watę. Zerknął na kuchenkę i poradził, żebym wyłączyła gaz. Bezmyślnie się posłuchałam. Usiadłam. On naprzeciw mnie. Zaczął opowiadać. Że szedł spokojnie przez ulicę, nikomu nic nie robił. Jakaś grupka podpitych zaczepiła go, zaczęli się domagać pieniędzy. Nie chciał się wdawać w awanturę, więc zaczął uciekać. Akurat ktoś wychodził z mojego bloku wskoczył do środka, oni za nim. Nie było czasu by zadzwonić po pomoc. Najpierw dobijał się do innych drzwi nikt nie otworzył. Zaczął próbować klamki i moja się otworzyła. Nic dziwnego nie zamknęłam. Poprosił, żebym spojrzała przez okno. Rzeczywiście na dole kręciła się wątpliwa grupka. Chwilę stali, potem poszli dalej opowiada Jadwiga z przejęciem.
Przedstawił się: Andrzej Leszczyński. Kiedy strach minął, przyjrzała mu się uważniej. Wysoki, niezgrabny, ale oczy miał łagodne. Gdyby ubrać go w kożuch wypisz, wymaluj święty Mikołaj.
Przepraszam, a poczęstujesz mnie naleśnikiem? Nie jadłem już z rok, odkąd żona zmarła poprosił cicho Andrzej.
Buty już zdjął. Siedział tylko w kurtce.
I co, nakarmiłaś go? Odważna jesteś! Ja bym tak nie potrafiła! Wywaliłabym go od razu! śmiała się potem sąsiadka Basia.
Ale Jadwiga zdobyła się na gest. Poprosiła tylko, by umył ręce. Zaraz pobiegł do łazienki. Potem długo pili herbatę. Opowiedział jej o sobie. Wdowiec, dzieci się nie doczekali. Samotny.
Potem się żegnali. Przeprosił raz jeszcze i wyszedł.
Jadwiga poczuła się niczym bohaterka serialu na TVP. Miała w sobie tyle emocji, iż musiała zadzwonić do wszystkich znajomych, serce aż jej pękało z przejęcia. Ale… nagle poczuła pustkę. Może jednak… Może trzeba było zostawić numer telefonu? Jeszcze raz go na ciasto zaprosić? Z jabłkami zawsze jej wychodzi doskonale.
Ale co teraz? Za późno. Następnego dnia postanowiła jednak upiec ciasto. I wtedy pukanie. Delikatne, nieśmiałe. Myślała, iż to Basia. Spojrzała przez wizjer aż zakręciła się po mieszkaniu. gwałtownie poprawiła włosy, zdjęła wysłużony szlafrok, wskoczyła w swój dzianinowy kostium. Psiknęła się perfumami, o których już prawie zapomniała. Otworzyła drzwi.
Andrzej stał na progu. W ręku miał kwiaty.
Przyszedłem… No, żeby przeprosić za tamten strach. Proszę, to dla pani, tylko… już pójdę wyjąkał.
Gdzie ty się wybierasz? Upiekłam ciasto, musisz spróbować! uśmiechnęła się Jadwiga szeroko.
Już na klatce poczułem, iż pachnie jak w cukierni! Pomyślałem pewnie u pani. Ktoś ma szczęście do żony! rozmarzył się Andrzej.
Ale ja nie mam męża. Proszę, wejdź! odpowiedziała Jadwiga.
Od tej pory mieszkają razem. On jest pierwszym pomocnikiem w ogródku. Dzieci Jadwigi zaakceptowały go, wnuki już nazywają dziadkiem Jędrkiem. Zajmuje się nimi, jakby byli jego własnymi.
Przeżył swoje, rozmarzł przy nowej rodzinie. Tak obcy Andrzej stał się dla niej kimś bliskim, rodziną.
Koleżanki Jadwigi nie kryją zazdrości.
Tyle lat i proszę, taki porządny facet! I w dodatku sam przyszedł! wzdychają.
Jadwiga przytakuje. Ale od tamtej pory drzwi zawsze zamyka na dwa spusty.












