Smażyłem naleśniki w swoim mieszkaniu, gdy nagle wszedł do środka obcy facet teraz opowiadam to wszystkim. Wtedy jednak nie było mi do śmiechu. Wyobraźcie sobie, jesteście samotni, nikogo poza wami nie ma i być nie może w domu, a tu nagle bach, ktoś idzie prosto na was! Dokładnie tak się stało.
Z Hanką, moją żoną, rozstałem się pięć lat temu. Mam już prawie sześćdziesiątkę. O nowych związkach choćby nie myślałem. Dzieci się rozjechały po Polsce, daleko mieszkają.
Żyłem sobie spokojnie. Z sąsiadami byłem w doskonałych stosunkach. Dlatego, mimo niespokojnych czasów, miałem taki nawyk drzwi wejściowych nie zawsze zamykałem na klucz. A nuż Basia zza ściany wpadnie na herbatę. Tego dnia nie przewidywałem jednak żadnej wizyty. Wyszedłem z kotem, Kicią, wyrzucić śmieci. Potem umyłem ręce, nakarmiłem kota, o zamku całkiem zapomniałem. W ogóle się nie bałem. W końcu przecież dzień, normalny blok, nie jakieś nocne wędrówki po lesie.
Postanowiłem usmażyć naleśniki. I gdy tylko ściągnąłem kolejną partię, zobaczyłem nieznajomego w swojej kuchni. Jakby się z powietrza pojawił!
W jednej chwili całe życie mi stanęło przed oczami. Od przedszkola począwszy. Takie historie naprawdę się zdarzają, uwierzcie mi. Myślę sobie to już koniec. Do zabrania nie mam zbyt wiele, ale telewizor nowy kupiłem, komputer w kącie stoi, wypłatę z ZUS-u właśnie dostałem. Portfel w torbie na korytarzu. Myślę, iż już je zabrał i teraz idzie po kolejne łupy. Powiedziałem więc tylko szeptem: Proszę, weź pan wszystko, byle mi nic nie zrobił. Mam wnuki, chciałbym je jeszcze pobawić. Nikomu o tobie nic nie powiem!. A wtedy ten facet zaczyna mnie przepraszać! I coś tłumaczy. W głowie miałem straszny mętlik, prawie nie słyszałem, co mówi. Radził mi tylko, żebym wyłączył palnik. Odruchowo wykonałem polecenie. Usiadłem na krześle, on naprzeciwko. Zaczął tłumaczyć. Że szedł ulicą spokojnie, nikogo nie zaczepiał. Do niego przyczepiła się jakaś podpita ekipa i zaczęli o pieniądze prosić. Nie chciał się wdawać w awanturę, więc uciekł. W tym czasie ktoś wychodził z mojego bloku, wszedł do środka, tamci za nim, bo też zdążyli wejść. Nie miał czasu, żeby wezwać pomoc. Pukał do drzwi, nikt nie otworzył. Zaczął szarpać za klamki. Moja otwarta. No bo nie zamknąłem. Poprosił, żebym wyjrzał przez okno. Zerknąłem i rzeczywiście, kilku podejrzanych typów kręciło się pod blokiem. Postali chwilę i poszli opowiadałem potem sąsiadom.
Mężczyzna przedstawił się jako Stanisław Maj. Kiedy już strach minął, przyjrzałem mu się bliżej. Wielki, trochę niezdarny, ale w oczach iskrzyła dobroć. Wystarczyło mu tylko doczepić brodę i mógłby robić za Świętego Mikołaja.
Przepraszam, może poczęstowałby mnie pan naleśnikiem? Sto lat nie jadłem, od kiedy nie mam żony zagadnął Stanisław.
Buty już zdjął, siedział tylko w kurtce.
No coś ty, naprawdę go częstowałeś? Odważny z ciebie chłop! Ja bym go od razu wyrzuciła! podziwiała mnie potem sąsiadka Basia.
Ja jednak postanowiłem zaryzykować. Poprosiłem tylko, żeby umył ręce. Facet od razu pognał do łazienki. Długo potem piliśmy razem herbatę. Opowiedział mi o sobie. Wdowiec, dzieci nie miał, samotny człowiek.
Na koniec przeprosił jeszcze raz i wyszedł.
Poczułem się jak główny bohater jakiegoś polskiego serialu. Rozpierała mnie energia. Gdy już opowiedziałem o tym wszystkim znajomym, nagadałem się przez telefon, ogarnęło mnie poczucie pustki. Może trzeba było… Poznać się lepiej? Zaprosić jeszcze na ciasto? Ze śliwkami, z grzybami, zawsze dobrze mi wychodzą.
No ale co teraz? Mleko się rozlało. Nazajutrz postanowiłem jednak upiec kilka placków. I wtedy pukanie do drzwi. Delikatne, nieśmiałe. Myślałem, iż to Basia. Zerknąłem przez judasza od razu nerwowo zacząłem krążyć po mieszkaniu. Przeczesałem gwałtownie włosy, stary szlafrok zamieniłem na swój lepszy dres, spsikałem się wodą kolońską, o której już niemal zapomniałem. Otwieram drzwi.
A tam Stanisław, stoi nieśmiało z kwiatami.
To ja Chciałem przeprosić za to zamieszanie. Naprawdę panią przestraszyłem. Proszę, oto kwiaty, już znikam wymamrotał speszony.
Jakie znikam? Placków napiekłem, trzeba się podzielić! uśmiechnąłem się szeroko.
Już wchodząc po schodach czułem zapach, jakbym do cukierni trafił! Pomyślałem, iż ktoś ma szczęście z taką gospodynią! rozmarzył się Stanisław.
Ja wciąż wolny, proszę wchodzić! zaprosiłem go do środka.
Od tej pory mieszkamy razem. Jest moją prawą ręką w ogrodzie. Dzieci go polubiły, wnuki już dziadek Staś wołają. Z nimi się bawi, jakby byli jego własnymi.
Najął się tęsknoty, a odtajał w nowej rodzinie. I tak obcy Stanisław stał się moim, bliskim człowiekiem.
Koleżanki mi zazdroszczą.
No popatrz, na stare lata znalazłeś przyzwoitego faceta! I do tego jeszcze w tak niecodzienny sposób sam przyszedł! zachwycają się.
Przytakuję, ale jednego się trzymam od tej pory drzwi zawsze na zamek!











