Jestem Kuba, mam dwadzieścia lat i pracuję jako DJ w klubie „Kaskada" w Radomiu. Jedenaście miesięcy temu poznałem Weronikę na osiemnastych urodzinach jej koleżanki i od tamtej pory wiem jedno: to ona. Nie potrzebowałem roku, żeby to zrozumieć. Wystarczyła jedna rozmowa przy barze, kiedy poprosiła mnie o piosenkę Sanah, a ja zamiast puścić następny kawałek, usiadłem obok niej na całą przerwę. Wtedy skończyła osiemnaście lat trzy tygodnie wcześniej — mówiła o tym z dumą, jakby dorosłość była medalem, który właśnie dostała.
Dziś przyjechali jej rodzice — Barbara i Tomasz — z Wrocławia, gdzie pracują od dwóch lat na kontrakcie. Babcia Weroniki, pani Halina, od rana smażyła kotlety i ustawiała na stole wazon z goździkami, bo „gości się godnie przyjmuje". Ja stałem pod jej blokiem przy ulicy Grzybowskiej z bukietem tulipanów, w białej koszuli, bez kolczyka w uchu — wyjąłem go specjalnie, żeby nie robić złego pierwszego wrażenia. Dłonie miałem wilgotne od zdenerwowania. Kupiłem jeszcze dodatkowy bukiet dla babci, bo pomyślałem, iż mama zawsze mówiła: do domu nie wchodzi się z pustymi rękami.
Weronika otworzyła drzwi w tej samej sukience, w której chodziła na studniówkę — niebieskiej, pasującej do jej oczu. Uśmiechnęła się tak, iż zapomniałem, co miałem powiedzieć.
— Cześć — wydusiłem w końcu. — Ja jestem Kuba.
Podałem rękę jej ojcu. Uścisk był mocny, sprawdzający.
— Tomasz. Ojciec Weroniki.
Zjedliśmy razem kolację, rozmawialiśmy o studiach, o tym, iż Weronika za miesiąc zdaje maturę i chce potem iść na pedagogikę do Wrocławia. Wypiłem odrobinę wina — „tylko na powitanie", jak zaznaczyła jej mama. Dopiero przy herbacie Weronika wyciągnęła rękę i wszyscy zobaczyli pierścionek.
Zapadło milczenie tak gęste, iż słychać było, jak w telewizorze w kuchni leci jakiś program kulinarny, którego nikt już nie oglądał. Babcia postawiła filiżankę tak niezdarnie, iż rozlała herbatę na obrus.
— Co to znaczy? — spytał Tomasz, patrząc to na mnie, to na córkę.
— Tato, my się pobieramy. Piętnastego lipca. Złożyliśmy papiery w urzędzie.
Wtedy wstałem, bo uznałem, iż skoro już zacząłem, trzeba to zrobić jak człowiek.
— Panie Tomaszu, pani Barbaro — proszę o rękę Weroniki.
Wiem, jak to zabrzmiało. Wiedziałem to już wtedy, kiedy wypowiadałem te słowa — iż zabrzmi jak grom. Ale przecież nie planowaliśmy tego z zaskoczenia po to, żeby kogoś zranić. Po prostu baliśmy się, iż jak poczekamy, to ktoś nas rozdzieli.
— Zwariowaliście? — Barbara odsunęła krzesło z takim hukiem, iż aż podskoczyłem. — Weronika ma osiemnaście lat, dopiero co je skończyła! Ona za miesiąc zdaje maturę!
— Właśnie dlatego czekaliśmy do jej urodzin — powiedziałem. — Nic nie robimy na siłę.
— Ile ty w ogóle masz lat? — zapytał Tomasz, nie podnosząc głosu, co było gorsze niż krzyk.
— Dwadzieścia.
— I gdzie pracujesz? Na stałe, poważnie?
— DJ-em w „Kaskadzie". Dorabiam jeszcze przy nagraniach, obsługuję wesela, komunie. Mieszkam z mamą, ona pracuje jako malarka pokojowa. Ojca nie mam, wychowała mnie sama.
Widziałem, jak twarz Tomasza tężeje — nie ze wzgardy, wtedy tak myślałem, choć teraz rozumiem, iż to był strach. Strach ojca, iż córka powtórzy jego własne błędy sprzed lat, o których nigdy nie mówił wprost.
— Weronika ma iść na studia. Ma zdać maturę spokojnie, bez tego całego zamieszania. Ślub poczeka.
— Nie poczeka — odezwała się Weronika, a jej głos drżał, ale nie ustępował. — Kocham go. I jestem pełnoletnia, mam prawo sama decydować o swoim życiu.
— Prawo to ty masz robić głupstwa, jak każda osiemnastolatka zakochana pierwszy raz w życiu! — Barbara niemal krzyczała. — A kto będzie gotował, prał, wychowywał dzieci, jak ty jeszcze zdajesz maturę?
— Nie planujemy dzieci od razu — wtrąciłem. — Będę pracował, wynajmiemy mieszkanie, damy sobie radę.
— Dawać sobie radę to nie znaczy przetrwać na dyskotekach! — rzucił Tomasz. — Posłuchaj mnie dobrze, Weroniko. jeżeli teraz się uprzesz, to studia we Wrocławiu opłacamy tylko na naszych warunkach. Chcesz ślubu wbrew nam — radzisz sobie sama, bez naszej pomocy. Bez mieszkania, które ci załatwiliśmy, bez pieniędzy na czesne za akademik.
Babcia siedziała cicho, ściskając serwetkę, jakby to ona miała się bronić.
— Weronika, kochanie — powiedziała w końcu — mówiłaś mi, iż spotykałaś się kiedyś z Michałem. Tym starszym, poważnym, co przynosił ci kwiaty na imieniny. Może warto się zastanowić, zanim…
— Babciu, to było dawno, jeszcze w liceum, zanim poznałam Kubę — odparła Weronika, biorąc babcię za rękę. — To zamknięty rozdział. Nie ma czego przywoływać.
Babcia pokiwała głową i już nic nie dodała, jakby to jej wystarczyło.
— Dosyć — przerwał Tomasz, unosząc dłoń. — Żadnego ślubu w lipcu. Możecie się spotykać, ale bez pośpiechu. To nieprzemyślana decyzja, Weronika. Nie jesteś gotowa, a my nie będziemy finansować czegoś, na co się nie zgadzamy.
— Mam dwadzieścia lat i się nie zgadzam na ultimatum! — odpowiedziałem, czując, jak krew napływa mi do twarzy. — Będziemy mieszkać osobno i wszystkiego się nauczymy sami, bez waszych pieniędzy, jeżeli tak ma być.
Weronika siedziała czerwona, z rękami splecionymi na kolanach. Widziałem, jak w niej coś pęka — ten sam strach, który miałem ja: iż jeżeli teraz ustąpi, wszystko się rozpadnie.
— Mamo, my już zdecydowaliśmy — powiedziała w końcu, głosem twardszym, niż się po niej spodziewałem. — Obiecałam Kubie, iż zostanę jego żoną, i nie zmienię zdania. choćby jeżeli to znaczy, iż będę musiała sama sobie radzić.
Barbara wstała od stołu i wyszła do kuchni. Przez otwarte drzwi zobaczyłem, jak zapala papierosa przy oknie, mimo iż rzuciła palenie dwa lata temu.
— Rozumiem was, ale trzeba myśleć głową — powiedział Tomasz spokojniej. — Gdzie w ogóle chcecie mieszkać?
— Na razie u mnie, potem może wynajmiemy coś w centrum — odparłem.
— A jak stabilna jest twoja praca? Musisz jeszcze skończyć technikum. A jeżeli będzie dziecko?
— Damy radę, wyżywię nas. Mam odłożone trochę pieniędzy, dorabiałem przy przeprowadzkach i nagraniach przez cały rok.
— W ogóle twoja mama wie o ślubie?
— Wie, iż się spotykamy. Poznali się z Weroniką już wcześniej. O ślubie jeszcze jej nie powiedziałem.
Tomasz pokiwał głową, jakby to potwierdzało wszystkie jego obawy.
— My jesteśmy rodzicami i mamy prawo powiedzieć, na co się zgadzamy, a na co nie. Niech skończy maturę tutaj, w Radomiu, i pojedzie na studia do Wrocławia, jak planowaliśmy od dawna. Potem porozmawiamy o ślubie. Nie wcześniej niż za rok. Inaczej nie liczcie na nas — ani na grosz, ani na nic.
Chciałem się odezwać, ale spojrzenie Weroniki mnie powstrzymało — prosiła bez słów, żebym już nie zaostrzał sytuacji.
Zjedliśmy resztę kolacji w niemal całkowitym milczeniu, przerywanym tylko brzękiem sztućców. Barbara wróciła z kuchni z twarzą stwardniałą jak maska, ale przynajmniej usiadła.
Kiedy wyszedłem, Weronika odprowadziła mnie do klatki schodowej.
— Przepraszam za to wszystko — powiedziała cicho, zwijając brzeg rękawa sukienki w palcach. — Wiedziałam, iż będzie awantura.
— Nie zmienisz zdania? — spytałem, biorąc ją za ręce.
— Nigdy. Jestem już twoja. Ale… chyba będę musiała pojechać na te studia. Sama nie udźwignę czesnego, jeżeli mi nie pomogą, a nie chcę zostawiać cię z długiem na karku.
— Znajdę nam mieszkanie. Skończę technikum, będę pracował na dwa etaty, jeżeli trzeba. Ty tylko skup się na maturze, a potem zrobimy to po swojemu.
Tego wieczoru, wracając do siebie, minąłem sklep nocny na rogu, w którym zawsze kupowałem colę po zmianie w klubie. Sprzedawczyni, pani Grażyna, spytała mnie jak zwykle, czy dziś coś świętuję, bo miałem taką minę. Powiedziałem, iż tak, ale iż jeszcze nie wiem, czy to się uda.
Minęło jedenaście miesięcy. Nie ożeniliśmy się w lipcu, jak planowaliśmy — Weronika zdała maturę i pojechała na studia do Wrocławia, tak jak chcieli rodzice, licząc na ich pomoc w opłaceniu akademika. Ja zrezygnowałem z dorywczych zleceń, które przynosiły szybkie pieniądze, ale wiązały się z ryzykiem, jakiego już nie chciałem brać na siebie — wystarczyło jedno wezwanie na policję do kolegi z warsztatu, żebym zrozumiał, iż to nie jest droga, którą chcę iść, mając na głowie przyszłą żonę. Zostałem tylko przy DJ-owaniu i weselach, dorabiałem też przy przeprowadzkach, odkładałem każdą złotówkę do koperty schowanej w szufladzie u mamy. Przez pół roku dzwoniliśmy do siebie codziennie. Barbara i Tomasz myśleli, iż odległość zrobi swoje. Nie zrobiła.
W maju Weronika przyjechała do Radomia sama, bez zapowiedzi, z jedną walizką. Zastałem ją pod moim blokiem, siedzącą na schodach obok kontenerów na śmieci, z telefonem w ręce, na którym widniało dwanaście nieodebranych połączeń od matki.
— Zdałam pierwszy rok. I już nie chcę czekać dłużej — powiedziała. — Powiedziałam im, iż wyprowadzam się do ciebie. Że biorę ślub, niezależnie od tego, czy dadzą pieniądze na studia, czy nie. Poradzę sobie na zaocznym, będę pracować.
Pojechaliśmy razem do jej rodziców tego samego wieczoru. Tomasz otworzył drzwi i przez chwilę patrzył na nas bez słowa. Potem zobaczyłem coś, czego się nie spodziewałem — opuścił ramiona, jakby przegrał coś, co przegrywał już od jedenastu miesięcy.
— Wejdźcie — powiedział tylko.
Weronika położyła na stole swój dowód osobisty, obok wazonu z goździkami, tego samego, który stał tam rok wcześniej.
— Idę na urząd stanu cywilnego jeszcze w tym tygodniu, żeby złożyć nowe zgłoszenie. Ślub będzie dwudziestego lipca. Możecie przyjść. Możecie nie przyjść. Ale to się stanie, z waszą zgodą czy bez niej, bo jestem dorosła i to jest moje życie.
Barbara zapłakała, ale inaczej niż wtedy — nie ze złości, tylko jakby wreszcie coś w niej puściło.
— Skończ te studia — powiedziała cicho. — Zaocznie, jeżeli trzeba. Ale skończ. I wróćcie do nas czasem, dobrze? Nie chcemy cię stracić przez własny upór.
— Skończę. Obiecuję. I nigdy nas nie stracicie, mamo. Po prostu musicie mnie puścić.
Ślub odbył się dwudziestego lipca w Urzędzie Stanu Cywilnego przy placu Konstytucji 3 Maja, w upalne popołudnie, kiedy w mieście pachniało rozgrzanym asfaltem i kwitnącymi lipami przy alei. Przyszli wszyscy — Tomasz, Barbara, babcia Halina z bukietem goździków, moja mama w nowej sukience, którą kupiła specjalnie na tę okazję. Tomasz podał mi rękę przed salą i powiedział tylko: „Dbaj o nią". Nie powiedziałem mu, iż przecież od jedenastu miesięcy tylko to robię.










