Słowa napisane przez kogoś innego, list odesłany listem poleconym

newsempire24.com 4 dni temu

Ryszard Konecki kończy dziś siedemdziesiąt dwa lata, a w mieście, w którym mieszkał, wszyscy wiedzą, iż to adekwatny adres, żeby wysłać życzenia — ulica Winna w Sandomierzu, dom z pergolą i prawdziwą winoroślą, która rzuca cień na taras. Ale kto naprawdę znał tę historię, nie wysyła życzeń. Wysyła list, a do niego dziewięćdziesiąt jeden tysięcy złotych.

Wszystko zaczęło się dwa lata temu, kiedy Ryszard był znany głównie dzięki swoim piosenkom — tekstom, które śpiewali znani wykonawcy na Festiwalu w Opolu, piosenkom o tęsknocie, o zdradzie i o tej chwili, gdy kobieta mówi "nie", a myśli "tak". Pisał tam wiersze, fragmenty prozy, choćby jeden spektakl, który wystawiono w Teatrze Polskim. A potem, w wieku siedemdziesięciu lat, wydał zbiór wierszy pod tytułem "Winorośl, której nie zasadzono" — a w nim jeden wiersz, o którym mówili wszyscy: "Nie mów mi nie".

Ten wiersz nie był jego. Wziął go ze starego zeszytu swojej pierwszej żony, Krystyny Barteckiej, która zmarła osiem lat wcześniej i nigdy nie zdążyła niczego opublikować. Krystyna była nauczycielką polskiego w liceum w Nowej Dębie i w wolnych godzinach pisała. Ryszard o tym wiedział. Siadał przy niej, w latach ich małżeństwa, i czytał jej zeszyty nocami, kiedy ona już spała. Po jej śmierci schował pudło z papierami na strychu i nie otwierał go przez lata.

Aż otworzył.

Córka Krystyny z pierwszego małżeństwa, Monika Bartecka, odkryła to przypadkiem. Pracowała jako redaktorka w małym wydawnictwie w Krakowie, a przyjaciółka wysłała jej link do recenzji "Winorośli, której nie zasadzono" z dokładnym cytatem z "Nie mów mi nie". Monika przeczytała te wersy i kawa z kubka na chwilę zastygła jej w ręku na stole — rozpoznała każde słowo. Znalazła oryginalny zeszyt u siebie w domu, w kartonie, który matka jej zostawiła. Rękopis matki, niebieskim, wyblakłym atramentem, z małą poprawką w tym samym wersie, który później stał się słynny.

Nie zadzwoniła do Ryszarda. Napisała list, manualnie, bo tak nauczyła ją matka — iż ważne rzeczy trzeba pisać, nie krzyczeć. Do listu dołączyła zdjęcie oryginalnego zeszytu z datą: 1994, trzy lata przed ślubem Krystyny i Ryszarda — czyli wiersz powstał zanim ją poznał, nie dla niego, nie o nim. Zażądała, by publicznie się do tego przyznał i przelał jej dziewięćdziesiąt jeden tysięcy złotych — wszystko, co ten tom przyniósł mu z tantiem, występów i nagrody, którą otrzymał za "nowatorskie dzieło polskiej poezji".

Ryszard nie odpisał na list. przez cały czas przyjmował życzenia, udzielał wywiadów, a w jednym wywiadzie radiowym powiedział: "Kiedy człowiek pisze czterdzieści lat, nie zawsze pamięta, skąd wzięła się jakaś metafora." Monika słyszała ten wywiad, jadąc drogą krajową numer 9, i zjechała na pobocze.

To, co Monika zrobiła potem, nie było zemstą. Był to porządek.

Zwróciła się do prawniczki — nie by wnieść pozew, bo prawo autorskie do dzieła nigdy niepublikowanego wciąż chroni twórcę, to wiedziała — ale by zarejestrować prawa na nazwisko matki w urzędzie patentowym. Zajęło jej to siedem tygodni. A potem zrobiła coś, czego Ryszard się nie spodziewał: nie złożyła pozwu. Wysłała do jego wydawnictwa, Znak, formalne pismo z zaświadczeniem o odnowionych prawach i zażądała, by każda dalsza sprzedaż "Winorośli, której nie zasadzono" została zatrzymana do uregulowania sprawy. Wydawnictwo, nie chcąc skandalu, wstrzymało dystrybucję w ciągu trzech dni.

Ryszard przyjechał do Krakowa we wtorek w południe, prowadząc samochód zbyt rwanym tempem na siedemdziesiąt dwa lata, i stał przed drzwiami domu Moniki na ulicy Kazimierza Wielkiego, po tym jak dowiedział się od swojego redaktora, iż sprzedaż została zatrzymana. Zapukał. Monika otworzyła, w drugiej ręce trzymała kubek ostygłej herbaty, i nie zaprosiła go do środka.

"Co chcesz, żebym zrobił," zapytał, "oddam pieniądze?"

"Nie chcę pieniędzy dla siebie," powiedziała. "Dziewięćdziesiąt jeden tysięcy złotych przejdzie na stypendium pisarskie imienia Krystyny Barteckiej, w liceum w Nowej Dębie, gdzie uczyła. To już jest w toku, mam umowę z dyrektorką."

Zapytał, czy to opublikuje, tę historię.

"Nie," powiedziała. "Nie muszę, żeby wszyscy wiedzieli, iż napisała piękny wiersz, a ty go ukradłeś. Muszę, żeby jej imię było na następnym piórze, które dostanie za to dziewczyna z Nowej Dęby."

Zamknęła drzwi powoli, nie z hukiem — nie chciała, żeby pamiętał ją jako wściekłą kobietę. Chciała, żeby pamiętał ją jako tę, która zamknęła sprawę.

Ryszard wrócił do Sandomierza tego samego wieczoru, siadł na tarasie pod prawdziwą winoroślą, która dała nazwę jego ulicy, i nie napisał ani jednego wersu. Rano zadzwonił do wydawnictwa i zawiadomił, iż wycofuje wszelkie roszczenia wobec wstrzymania sprzedaży. Tom nie był już dodrukowywany. Wiersz "Nie mów mi nie" istnieje dziś tylko w jednej uznanej wersji — tej z niebieskiego zeszytu, z drobną poprawką w drugim wersie, przechowywanej teraz w archiwum liceum w Nowej Dębie, obok zaświadczenia o stypendium pisarskim imienia Krystyny Barteckiej, pierwszy rocznik, trzy uczennice.

Idź do oryginalnego materiału