Dzień, w którym wzięliśmy ślub, dobił mnie dopiero wieczorem. Siedzieliśmy w mieszkaniu, które od miesięcy szykowaliśmy na nasze pierwsze wspólne lokum, a ja patrzyłem na Magdę i czułem, iż zaraz pęknie mi serce. Nie ze szczęścia.
Wynajęła to mieszkanie jesienią. Dwa pokoje, balkon od strony parku Skaryszewskiego, stara kamienica z grubymi murami. Mówiła, iż jak się wyprowadzimy z jej kawalerki na Gocławiu, to wreszcie zaczniemy normalne życie. Ja się nie mieszałem. Nie miałem za bardzo do czego się przyczepić.
Na stole stało wino z Biedronki za dwadzieścia dziewięć złotych, ale w kieliszkach wyglądało jak z restauracji. Świece. Kwiaty. Sernik zamiast tortu, bo wiedziała, iż nie znoszę biszkoptów. Prawie się popłakałem, jak to zobaczyłem.
— To co, mężu? — zapytała, podnosząc kieliszek.
Miała taką minę, jakby zaplanowała całe życie do przodu. Trzy lata czekania. Trzy lata, żebym uwierzył, iż może być inaczej.
A ja wypiłem, odstawiłem kieliszek i powiedziałem coś, czego nie powinienem był mówić nigdy.
— Muszę ci coś powiedzieć.
Zaśmiała się. Myślała, iż żartuję. Że powiem coś o kredycie albo o tym, iż zapomniałem kupić chleb.
— Magda. To mieszkanie nie jest nasze.
Przestała się śmiać.
— Jak to?
— Jest na siostrę. Zgodziła się nas wpuścić.
— I?
— Musimy płacić siedem tysięcy miesięcznie. Czterdzieści osiem metrów. Siostra mi zeszła z ceny, bo rodzina.
Magda odłożyła kieliszek. Nie krzyczała. Gorzej. Zapytała tylko:
— Od kiedy ty masz siostrę?
A potem wstała i poszła do przedpokoju. Wróciła z niebieską teczką. Położyła ją na stole obok sernika.
— Jak już rozmawiamy o pieniądzach, to może rzucisz okiem.
W środku był akt notarialny. Wypis z księgi wieczystej. Kwota: czterysta osiemdziesiąt tysięcy złotych. Nazwisko właściciela.
Moje nazwisko.
— Skąd to masz? — wyjąkałem.
— Miałam wątpliwości, bo za gruba księga jak na kawalerkę. Poprosiłam Basię z pracy, jej mąż robi w sądzie. Wystarczyły dwa tygodnie i sto złotych za ksera.
Nie patrzyłem na nią. Patrzyłem na te papiery i czułem, jak cała historia, którą układałem, wali się w jedną sekundę.
Kupiliśmy to mieszkanie razem z mamą jeszcze przed poznaniem Magdy. Ja niby w spadku, bo babcia zostawiła działkę pod Radomiem. Siedemdziesiąt tysięcy poszło z kasy rodzinnej jako mój wkład własny. Resztę, czyli czterysta dziesięć tysięcy, wzięła mama z kredytu na siebie. Miało być inwestycją. A potem pojawiła się Magda, przeprowadzka, ślub. I mama wpadła na pomysł, iż skoro Magda nic nie wie, to niech płaci czynsz najmu, jakby to było cudze mieszkanie. Nie na spłatę kredytu do banku — do naszej kieszeni.
— Ona i tak zarabia więcej od ciebie — powtarzała mi co niedziela przez telefon. — Ty nie masz nic. Chociaż z tego wyciągnij.
A ja się zgodziłem. Bo tak było łatwiej.
Wtedy zadzwonił telefon. Wyświetliło się: **Mama**. Odebrałem, zanim zdążyłem pomyśleć.
— Kuba, nie pokazuj jej żadnych papierów! — usłyszałem jej podniesiony głos. — Podobno ktoś w sądzie coś sprawdzał. Uważaj, bo cały plan pójdzie do piachu!
Telefon wyślizgnął mi się z ręki. Magda podniosła go z podłogi, popatrzyła na ekran, oddała mi.
— Dokończ rozmowę — powiedziała spokojnie. — Potem dokończymy naszą.
Skończyłem rozmowę. Mama krzyczała coś jeszcze o notariuszu, o tym, żebym nic nie podpisywał. Wyłączyłem się.
— To mieszkanie jest w połowie moje — powiedziałem cicho.
— W połowie — powtórzyła Magda. — Ale ty chciałeś, żebym płaciła czynsz za coś, co w połowie jest twoje. Siedem tysięcy miesięcznie. Tyle iż ja nie jestem najemczynią. Jestem twoją żoną.
— Mogłem ci powiedzieć.
— Mogłeś.
— Mama…
— Twoja mama wymyśliła, żeby okłamać mnie na dzień po ślubie. Co będzie za rok? Za dziesięć? Ile jeszcze rzeczy przede mną schowasz?
Nie odpowiedziałem. Bo nie było co.
Magda wstała. Podeszła do komody. Wyciągnęła z górnej szuflady pudełko z moimi dokumentami. Wszystkie akty, umowy, polisy. Położyła obok niebieskiej teczki.
— To mieszkanie jest twoje. W połowie. Twoja mama spłaca resztę swojego kredytu. Super. Ale ja nie będę za nie płacić. Wyprowadzam się.
— Magda, przecież to dzień naszego ślubu…
— Właśnie. Dlatego mam prawo wyjść. Pomyśl, Kuba, co byś zrobił na moim miejscu.
I wyszła. Zabrała torbę, którą jeszcze rano rozpakowywała, i zeszła po schodach. Na dole trzasnęły drzwi. Pies sąsiadki z parteru zaczął szczekać. Ktoś krzyknął: „Cicho, Baron!”.
Zostałem sam z sernikiem i niebieską teczką.
Usiadłem do kolacji sam, z widelcem w ręce, i pierwsze, o czym pomyślałem, było: „Trzeba przelać czynsz za wrzesień”. Odłożyłem widelec. Wstałem, poszedłem po telefon, otworzyłem aplikację banku i patrzyłem na numer konta mamy, który miałem zapisany jako „czynsz — mieszkanie”. Skasowałem tę nazwę. Wpisałem: „mama — pożyczka”. Nie przelałem nic. Zamknąłem aplikację i zjadłem zimny sernik prosto z formy, łyżką, stojąc przy blacie.
Mama przyjechała w środę. W progu od razu zaczęła:
— No i widzisz, co narobiła. To przez nią teraz wszyscy wiedzą.
— To ja narobiłem — odpowiedziałem.
Zamilkła. Pierwszy raz w życiu nie odszczeknęła się.
Pojechałem w piątek na Gocław. Czekałem przed jej starą kamienicą od czwartej do siódmej. Przyjechała rowerem, w słuchawkach. Zobaczyła mnie, zdjęła jedną słuchawkę.
— Czego chcesz?
— Podpiszemy coś — powiedziałem. — Chcę, żebyś miała to czarno na białym. Zrzekam się tej przebiegłej połowy. Przepisuję ci mieszkanie. Ty mi spłacisz sto tysięcy, jak zechcesz. W ratach po tysiąc pięćset. Albo nie spłacasz wcale. To też zniosę.
— Nie chcę twojego mieszkania, Kuba.
— A ja nie chcę być dłużny tobie i mamie. Te trzy czynsze, które zdążyłaś zapłacić od lipca — dwadzieścia jeden tysięcy — chcę ci oddać w całości. Wiem, iż przez to musiałaś wziąć pożyczkę na wesele.
— Skąd wiesz?
— Znalazłem umowę w twoich rzeczach. Przy przeprowadzce.
Stała na chodniku z tym rowerem, wypuściła kierownicę. W jej twarzy nie było już nic miękkiego. Była zmęczona. Po prostu zmęczona.
— Nie chcę tych pieniędzy z powrotem jako prezentu. Chcę jednego. Żebyś znalazł sobie notariusza i powiedział mamie, iż mieszkanie idzie do sprzedaży. A twoja połowa… zrób z nią, co chcesz. Ale nie ja mam ci to mówić. To ty masz coś zrobić. Sam.
Odtoczyła rower do bramy. Jeszcze raz na mnie popatrzyła.
— Jak to zrobisz, zadzwoń. Może pogadamy.
I zniknęła w klatce.
W sobotę sprzedałem mieszkanie. Nie moje. Wspólne z mamą. Za pięćset trzydzieści tysięcy. Znaleźliśmy kupca ze Świdra, który szukał czegoś dla syna. Z tej kwoty czterysta dziesięć tysięcy poszło od razu na spłatę kredytu mamy w banku — do zera. Zostało sto dwadzieścia tysięcy. Ze swojej połowy, czyli sześćdziesięciu tysięcy, oddałem Magdzie dwadzieścia jeden tysięcy zwrotu czynszu i dwadzieścia tysięcy na spłatę jej pożyczki na wesele. Resztę, dziewiętnaście tysięcy, zatrzymałem na start.
Mama usłyszała o sprzedaży przez telefon, na głośniku, przy ojczymie. Powiedziałem jej, iż jej połowa, po spłacie kredytu, zostaje przy niej w całości — sto dwadzieścia tysięcy, nic nie zabieram. Cisza trwała ze dwadzieścia sekund.
— Ty już nie jesteś moim synem — powiedziała w końcu.
— Jestem. Tylko nie jestem twoim wspólnikiem.
Rozłączył się ojczym, nie ona.
Magda zadzwoniła w niedzielę rano. Odebrałem po pierwszym sygnale.
— Podobno mam czterdzieści jeden tysięcy na koncie — powiedziała. — Sprawdź, czy nie zrobiłeś literówki.
— Nie zrobiłem. Dwadzieścia jeden za czynsz, dwadzieścia za pożyczkę.
— Kuba…
— Podpisz dokument u notariusza we wtorek o drugiej. Przywiozę ci potwierdzenie przelewu. Będziesz miała na papierze, iż to zwrot, a nie prezent.
— Po co to robisz?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć od razu. Milczałem chwilę, patrząc na plamę po winie na obrusie, której nikt jeszcze nie zdążył sprać.
— Zrób mi herbatę — powiedziałem w końcu. — Jak przyjadę, to mi opowiesz, co dalej.
Nie odpowiedziała, ale usłyszałem, jak w tle zaczyna gwizdać czajnik.
We wtorek spotkaliśmy się u notariusza na Saskiej Kępie. Przed wejściem Magda wręczyła mi kopertę. W środku był nasz akt ślubu. Przewiązany czerwoną wstążką.
— Nie zostawiaj tego u mnie — powiedziała. — Masz prawo.
Popatrzyłem na ten papier, na datę, na nasze nazwiska obok siebie, i schowałem go do wewnętrznej kieszeni marynarki, tam gdzie zwykle nosiłem portfel.
Weszliśmy do środka. Położyłem na biurku notariusza dwa egzemplarze umowy i potwierdzenie przelewu. Magda podpisała pierwsza.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, podszedł do nas obcy mężczyzna z plikiem ulotek i zapytał:
— Państwo szukają mieszkania? Mam w tej okolicy coś po renowacji. Czterdzieści dziewięć metrów.
Magda spojrzała na mnie, potem na ulotkę, potem znowu na mnie. Wyjęła mi ją z ręki, złożyła na pół i schowała do torebki obok koperty z aktem ślubu.
— Może obejrzymy — powiedziała. — Ale tym razem ja płacę połowę. I chcę to na piśmie.
I oboje zaczęliśmy się śmiać, tam, na chodniku przed kancelarią notarialną, tak głośno, iż jakiś przechodzień odwrócił się, żeby sprawdzić, co jest grane.














