Szymon przywiózł narzeczoną Jagę do wsi. Tam odziedziczył po babci starą chatę, w której jeszcze pachniało wędzonym chlebem i wilgotną ziemią. Młodzi zaczęli gospodarzyć, trochę jak ptaki znoszące gałązki do gniazda kupili kozę, kilka kur i choćby owieczkę, chociaż czasami wydawało się, iż zwierzęta żyją własnym, równoległym snem.
Któregoś popołudnia do Szymona, niespodziewanie, przyjechała z dużego miasta jego siostra Bożena z trójką dzieci Zosią, Basią i Kacprem. Przecież ja też tu kiedyś mieszkałam! zawołała Bożena, stukając w szybę. Do babci przyjeżdżałam na wakacje. Teraz postanowiłam odpocząć nad morzem! Dzieci chyba zostawię wam tu na wsi.
A kto z nimi będzie? zapytał zdziwiony Szymon, bo przecież z Jagą oboje chodzili do pracy, Szymon na tartak, a Jaga do przedszkola.
Nagle usłyszeli wrzask, jakby ktoś rozlał mleko w deszczu. Przez zamglone okno Szymon zobaczył dwie beczące kozy, krzątające się dzieci i poroże świnki, która biegała między rabatami i ślady racic na ich grządkach. Warzywa wyglądały jak rozmazane zielenie na obrazie Beksińskiego.
Gdy świnka w końcu wróciła do swojej zagrody, połowa kapusty leżała już rozerwana na strzępy. Potem dzieci dobrały się do kur, których pióra błyszczały jak kolorowe guziki. Te jednak, zainspirowane ruchem, uciekły, gdacząc jak czajniki. choćby kogut, rubaszny i pstrokaty, rzucił się w pogoń za Basią, która otworzyła drzwi kurnika.
Co wy tu robicie?! krzyknęła Bożena Toż to wieś, a wy gospodarstwa przypilnować nie umiecie?
Kogut niewinny. Dzieci na terenach naznaczonych niech lepiej nie wchodzą odparł Szymon i rzucił okiem na sąsiadów, którzy jak borsuki wylegli spod płotów, obserwując przedstawienie.
Niech Jaga bierze urlop i pilnuje moich dzieci. Niech nie daj Boże nic im się nie stanie! syczała Bożena.
Sam/a się pilnuj odpowiedział Szymon i zaczął wymieniać: Psy sąsiada biegają po podwórzu, gęsi gęgały o świcie groźniej niż Hans Kloss, w stodole stary byk ryczy na widok czerwonego, a w ciemnościach choćby księżyc ucieka za chmury.
Wtem sąsiad przyprowadził najstarszego Kacpra który za stodołą rozpalił ognisko. Gdyby coś się stało, cały świat by się rozleciał jak porcelana! mówił poważnie sąsiad. Kim wy w ogóle jesteście?
Nie, siostro. Nie chcę żadnych przygód. Zabieraj dzieci nad Bałtyk, uważaj, by nie wystraszyły wieloryba odpowiedział lekko już sennym głosem Szymon.
Wy tu wszyscy jesteście dziwni! A przecież ci pomogłam, mieszkałeś u mnie w Łodzi zaperzyła się Bożena.
Przecież sam pamiętasz, przez rok musiałem ci oddawać całą pensję, a ty choćby kawę mi poskąpiłaś!
Wracamy, dzieci, do babci i dziadka! zdecydowała Bożena.
Nie chcemy! Z tobą chcemy być! protestowały dzieci, przemieniając się w stadko gęsi.
Nie powiedziała Bożena stanowczo i czas jakby się zatrzymał.
Następnego dnia, przed świtem, goście zniknęli jak mgła w majowy poranek. A Szymon z Jagą jeszcze długo wspominali ten sen o odwiedzinach siostry, czując, iż rzeczywistość na polskiej wsi czasami bywa dziwniejsza niż marzenia sennych ludzi.








