Zostać samą w wieku pięćdziesięciu lat
Tęsknię za tobą, kocie. Kiedy znowu się zobaczymy?
Anna usiadła ciężko na brzegu łóżka, trzymając w dłoni telefon swojego męża. Marek zostawił go na szafce nocnej, a ekran rozbłysnął od nowej wiadomości. Imię nadawcy zupełnie obce. Kobieta. Anna przeglądała rozmowę, a trzydzieści lat wspólnego życia rozpadało się na kawałki z każdym słowem, które czytała. Słodkie słowa, fotografie, plany na weekend, gdy rzekomo jeździł z kolegami na ryby.
Ostrożnie odłożyła urządzenie na miejsce, przez chwilę siedziała nieruchomo, patrząc w pustkę. W kuchni rytmicznie cykał zegar, zza ściany słychać było telewizor sąsiadów, a Anna wiedziała już, jak wszystko się potoczy. Każde słowo, każdy gest przerabiała to już wcześniej. I to kilkukrotnie.
Marek wrócił przed północą, zmęczony, poirytowany. Rzucił torbę w przedpokoju, wszedł do kuchni, gdzie Anna właśnie zalewała sobie herbatę.
Cześć, Anka. Coś do jedzenia jest?
Bez słowa przesunęła w jego stronę telefon, leżący ekranem do góry. Marek sięgnął po niego odruchowo, ale wtedy zrozumiał. Twarz mu pobladła w jednej chwili.
Ania, ja
Tylko błagam, nie mów, iż to służbowa korespondencja, odwróciła się do garnka. Przynajmniej tym razem daruj mi to.
Milczał, usiadł ciężko przy stole, potarł nasadę nosa. Anna po chwili też się obróciła, plecy opierając o blat.
Kim ona jest?
Nikim. To nic… Marek urwał, szukając czegoś wzrokiem na podłodze. Dałem się ponieść. To głupota, Ania.
Głupota, powtórzyła cicho. Jasne.
Dwa dni później Marek przyszedł do domu z wielkim bukietem czerwonych róż, starannie owiniętych w szary papier. Ustawił je na stole, a Anna zauważyła, iż dłoń mu drży.
Anka, proszę porozmawiajmy spokojnie.
Nalała sobie wody, usiadła naprzeciwko.
Mów.
Ja wiem, zawaliłem. Wiem, trzeci raz, Ty liczysz. Ale przecież tyle już razem przeżyliśmy: rodzina, dzieci dorosły. Naprawdę to wszystko nic nie znaczy?
Anna milczała, obracając w ręku szklankę.
Przysięgam, wszystko się skończyło. Przecież kocham Cię, tylko czasem ja sam nie wiem, jak do tego doszło, Marek zbliżył dłoń do jej ręki, ale Anna odsunęła się. Anka, gdzie Ty pójdziesz? Zostaniesz sama, masz prawie pięćdziesiąt lat. Po co Ci to? Dajmy sobie jeszcze jedną szansę. Zacznijmy od nowa.
Patrzyła na czerwone róże. Na Marka. Na obrączkę na jego palcu. Te same obietnice słyszała dwa lata temu. I cztery lata temu. Jeszcze wciąż, za każdym razem, łudziła się, iż może tym razem naprawdę się zmieni.
Pomyślę powiedziała w końcu, żeby po prostu zamknąć temat.
Dni mijały w tej dziwnej zawiesinie wspólnego życia. Marek zaczął się starać: wracał wcześniej, sprzątał, gotował z nią obiady. Ale Anna zaczęła dostrzegać detale. Jak układał telefon ekranem w dół, kiedy przychodziła do pokoju. Jak drgał przy sygnale sms-a. Jak wzrokiem śledził młode kasjerki w Biedronce.
Co tak patrzysz? spytała pewnego dnia, stojąc z nim przy kasie.
Ja? Nic… rzucił i pospiesznie odwrócił wzrok. Chodź, bo samochód stygnie.
Z czasem coraz częściej irytował się bez powodu. Burczał, kiedy wchodziła, gdy pisał na telefonie. Korespondencja pewnie trwała, ale teraz bardziej ostrożnie. Anna nie kontrolowała go już. Nie potrzebowała, wszystko było jasne.
Noce spędzała na czuwaniu, wsłuchując się w równy oddech męża obok, myślała o sobie, nie o nim. Co ją trzyma w tym małżeństwie? Miłość? Nie pamięta, kiedy ostatni raz czuła przy Marku szczęście. Przyzwyczajenie? Trzy dekady razem, wspólne wspomnienia, dorosłe dzieci. Strach? Tak. Przede wszystkim właśnie strach. Ma czterdzieści osiem lat. Jak wygląda życie samotnej kobiety pod pięćdziesiątkę?
Pewnego wieczoru nabrała odwagi i wybrała numer córki.
Mamo? Co się stało?
Nic, a może właśnie wszystko… Anna zamknęła oczy. Kingo, możemy szczerze pogadać?
Jasne, mamo. Mów.
Anna opowiedziała. O zdradzie. O kolejnej, tej trzeciej. O różach, o obietnicach. O tym, iż nie wie, co dalej.
Kinga wysłuchała spokojnie.
Mamo, a Ty czego chcesz?
Nie wiem, przyznała szczerze Anna. Naprawdę nie wiem.
Ale nie musisz tego znosić. Zrozum to. Nie jesteś mu nic winna. Trzydzieści lat wspólnego życia? To nie powód do wiecznego upokarzania.
Ale dokąd…
Do mnie przerwała jej Kinga stanowczo. Mam wolny pokój. Zamieszkasz, ogarniesz się, odpoczniesz. Pracę znajdziesz, przecież jesteś świetną księgową. Mieszkanie wynajmiemy. Mamo, to nie jest koniec. To początek czegoś nowego, choćby tutaj, w Krakowie. jeżeli tylko chcesz.
Anna milczała, ściskając słuchawkę.
Przemyśl to, mamo. Wiesz, iż zawsze będę za Tobą dodała Kinga.
Kinga nie naciskała na szybką decyzję. Opowiedziała, iż piętro niżej jest kawalerka do wynajęcia, niedrogo, gospodyni miła. Że wnuki będą szczęśliwe, widząc babcię codziennie, nie od święta. Że przychodnia na osiedlu szuka księgowej dokładnie takiej z doświadczeniem.
Mamo, Ty też zasługujesz na spokój. Bez tych ciągłych upokorzeń, dobrze?
Anna poczuła, jak w jej sercu coś się rozżarza po raz pierwszy od lat ktoś powiedział jej, iż ma prawo do szczęścia. Nie do wybaczania, do zapominania, do walki za wszelką cenę. Do szczęścia.
Ostateczną rozmowę z Markiem odwlekała trzy dni. Próbowała ćwiczyć w myślach słowa, które chciała mu powiedzieć, budziła się w nocy z bijącym sercem. A potem, przy śniadaniu, między jajecznicą a kawą, zwyczajnie powiedziała:
Składam pozew o rozwód.
Marek znieruchomiał z filiżanką w ręku. Patrzył na Annę jak na osobę, której języka nie rozumie.
Co? Anka, żartujesz?
Nie, mówię poważnie.
Daj spokój… Sprzeczka, jak zawsze. Po co od razu rozwód?
To nie zwykła kłótnia, Marek. To była trzecia zdrada w ciągu pięciu lat. Mam dość.
Masz dość? A ja? Trzydzieści lat znosiłem ciebie, myślisz, iż to było łatwe? rzucił ze złością.
Anna nie odpowiedziała, dopiła herbatę i wstała od stołu.
Czekaj! Marek zagrodził jej drogę, stanął naprzeciw, prawie krzycząc. Co Ty wyprawiasz? Komu Ty w ogóle będziesz potrzebna?!
Sobie.
Sobie! Zarechotał nerwowo, ten śmiech był karykaturalny. Widzisz siebie w lustrze? Pięćdziesiątka na karku. Co, myślisz, iż ustawią się do Ciebie w kolejce?
Nie potrzebuję kolejki.
Marek przysunął się bliżej, głos mu się załamał.
Czego Ci w ogóle trzeba? Ja Cię utrzymywałem, karmiłem, dawałem dom. A Ty? Co zrobiłaś, żebym miał ochotę tu wracać?
Anna spojrzała na niego, widząc jego czerwone policzki, żyłę na skroni, pianę w kącikach ust.
To ja jestem winna Twoim zdradom?
A kto?! Zobacz na siebie! Szlafrok, kapcie, zupa. Nuda. Nie da się rozmawiać, nie da się urwał, machnął ręką. Sama tego chciałaś. Teraz robi się z siebie bohaterkę!
Anna cofnęła się krok. Pięć lat czekała na skruchę, na prawdziwe przeprosiny. Ale ich nigdy nie było. Marek nie był smutny, iż straci żonę, tylko iż utraci wygodę uprasowane koszule, ciepły obiad, wypucowane mieszkanie.
Wiesz co powiedziała cicho dziękuję Ci.
Za co niby?
Za tę rozmowę. Już nie mam wątpliwości.
Wyszła z kuchni, zostawiając go z krzykami o niewdzięczności, straconych latach i złamanych obietnicach. Nie słuchała. Pakowała rzeczy.
Miesiąc później stała pośrodku kawalerki na trzecim piętrze, dwie przystanki od mieszkania Kingi. Za ścianą buczała lodówka, pachniało świeżą farbą i jabłkami. Kartony piętrzyły się w przedpokoju. Nowe życie. Było dziwnie, obco, trochę strasznie. Ale po raz pierwszy od lat Anna poczuła, iż oddycha pełną piersią.
Wnuki przyszły jeszcze tego wieczoru. Pięcioletnia Marysia obiegła mieszkanie i oznajmiła, iż tu koniecznie musi być kot. Ośmioletni Janek przyniósł babci swój stary koc, żeby nie zmarzła. Kinga przyniosła garnek zupy i butelkę szampana.
Na nowe życie, mamo.
Anna śmiała się. Boże, kiedy ostatni raz śmiała się tak głośno, bez strachu przed marudzeniem męża?
Po pół roku do Krakowa sprowadził się syn Wojciech z żoną i małym synkiem. Dostał pracę, wynajął mieszkanie nieopodal. Od tej pory rodzinne obiady u Anny stały się tradycją. Zatłoczona kuchnia, gwar rozmów, tłum dzieci pod nogami, Kinga spierająca się z Wojtkiem o wybory.
Anna stała nad garnkiem, mieszając sos, myślała o własnych lękach. To, czego tak bardzo się bała samotność okazało się wymysłem. Była więźniem swojego strachu przez trzy dekady. Prawdziwa rodzina była tutaj, gdzie kochano ją za to, iż jest. Gdzie doceniło się obecność, nie usługi.
Marek czasem dzwonił. Prosił, by wróciła. Mówił, iż zrozumiał. Anna wysłuchiwała, życzliwie odpowiadała, po czym odkładała słuchawkę. Bez złości, bez żalu. Ten człowiek nie miał już do niej dostępu.
Marysia pociągnęła ją za spódnicę:
Babciu, pójdziemy jutro do parku? Wróciły kaczki!
Oczywiście, kochanie.
Anna uśmiechnęła się. Powoli wszystko nabierało sensu.











