Rozstanie, które uratowało mi życie

polregion.pl 7 godzin temu

Zapiski Jagody: Jak zerwanie dało mi życie
„– Jagoda, co ty wyprawiasz?!” – głos Marka rozlegał się po całym mieszkaniu. – „W co się tak wystroiłaś? Gdzie to?”
„– Do teatru idę, jeżeli pozwolisz!” – poprawiałam przed lustrem nową bluzkę, kupioną na wyprzedaży. – „Z Gosią umówiłyśmy się dawno temu na ten spektakl.”
„– Jaki teatr?!” – warknął. – „Pomieszanie w domu! Naczynia nieumyte, moich koszul nie wyprasowanych pełno! A ta w teatr się wybiera!” – chwycił mnie mocno za rękę. – „Natychmiast przebrać się i zająć domem!”

Szarpnęłam się, choć na nadgarstku został czerwony ślad od jego palców.
„ – Marek, mówiłyśmy wczoraj! Cały dzień przesiedziałam w domu, wszystko zrobiłam. Jeden wieczór dla siebie, cóż w tym złego?”
„ – Dla siebie?!” – prychnął z pogardą. – „A kto cię żywi, odziewa? Kto dach nad głową? Ja, proszę cię, wróciłem po robocie, chcę zjeść normalnie, nie jakieś kanapki!”
Przeszłam w milczeniu do kuchni, wyjmując z lodówki produkty. Ręce się trzęsły, serce ściśnięte. Tyle euforii rano – wieczór się zapowiadał, uczesanie zrobiłam, buty wypastowałam. A teraz…
„- No i dobrze!” – mruknął zadowolony Marek, podgłaśniając telewizor. – „Żeby szybko! Głodny jak wilk!”

Stojąc przy rozgrzanej patelni, zerkałam ukradkiem przez okno. Na podwórku kobieta w moim wieku wyprowadzała psa, śmiejąc się przez telefon. Taka wolna, lekka…
„– Jagoda! Zasnęłaś tam?!” – ryknął z pokoju.
„– Już, już robię!” – odjęknęłam, przewracając pośpiesznie kotlety.

Marek stanął w progu kuchni, oparty o futrynę.
„– Słuchaj, jutro wieczorem przyjdzie Robert, będziemy omawiać interesy. Żadnych twoich kumpelek, siedzisz cicho, herbatę podasz, jak poprosimy.”
„– Ale jutro sobota…” – zaprotestowałam nieśmiało. – „My z dziewczynami chciałyśmy na kawę…”
„– Jakie dziewczyny? Czterdzieści trzy masz, Jagoda, ocknij się! Pora rozum mieć. Dom, rodzina – oto twoje miejsce. Nie jakieś głupoty z koleżankami i kafejkami.”

Postawiłam przed nim talerz, siadając naprzeciwko. Jeść się nie chciało, gardło ściskało.
„– Marku, czemu tak ze mną? Dawniej nie byłeś taki… Razem chodziliśmy do teatru, kina, kwiaty mi dawałeś…”
„– Dawniej!” – machnął ręką. – „Dawniej młodsza byłaś, ładniejsza. A teraz co z ciebie zostało? Spuchłaś, postarzałaś, ubierasz się jak baba. Wstyd ze mną wyjść!”

Słowa bolały bardziej niż cios. Wstałam, sprzątając ze stołu. Łzy napływały, ale się powstrzymywałam. Nie chciałam dać mu kolejnej przyczyny do upokorzeń.
„– No nie becz!” – skrzywił się. – „Nie cierpię tych babskich chlipów. Lepiej pomyśl, jak się ogarnąć. Może na siłkę zapisać, dietę. Bo zupełnie się zaniedbałaś.”

Gdy wrócił do telewizora, sięgnęłam po telefon do Gosi: „Nie dam rady dziś, wybacz. Przełożymy.”
Odpowiedź natychmiast: „Jagódka, co znowu? tylko nie mów, iż on? To już trzeci raz w miesiącu! Tak nie można!”
„– Wszystko w porządku, ważne sprawy.” – napisałam i zaraz skreśliłam. Krócej: „Wszystko gra.”
Gosia nie odpuszczała: „Przyjedź do mnie już. Mówię poważnie.”
„– Nie mogę, Marek w domu.”
„– Jagoda, przyjaciółkami jesteśmy od dwudziestu lat. Widzę, co się z tobą dzieje. Dość tego znoszenia!”

Schowałam telefon do szuflady pod papiery. Gosia nie rozumie, rozwiedziona, sama żyje, łatwo jej radzić. A co z domem, z hipoteką, którą ciągniemy razem z Markiem? Dokąd pójdę? Co zrobię?

Następnego dnia, gdy mąż poszedł do pracy, postanowiłam odwiedzić ciotkę Halinę. Siedemdziesięcioletnia kobieta przywitała mnie szerokimi ramionami.
„– Jagódko! Jaka piękna jesteś!” – uścisnęła mnie mocno. – „Chodź, chodź, właśnie szarlotkę upiekłam.”

Przy herbacie ciotka wpatrywała się we mnie uważnie.
„– Coś ty blada, dziecko. I chudsza? Wszystko dobrze?”
„– Wszystko gra, ciociu Halinko.” – starałam się uśmiechać. – „Po prostu praca męczy.”
„– Praca…” – przeciągnęła ciotka. – „A w domu? Twój Marek jak tam?”
„– Dobrze. Dużo pracuje, stara się dla rodziny.”

Ciotka Halina długo milczała, wreszcie westchnęła.
„– Wiesz, Jagódko, całe życie byłam zamężna. Z twoim wujkiem Janem trzydzieści osiem lat ramię w ramię. I
Czuła jak lekkość w jej kroku przybiera na sile, bo choć droga samodzielności potrząsała nieraz gruntem pod nogami, każdy samodzielny oddech, każdy przejaw własnej woli, utwierdzał ją, iż rozstanie nie było końcem, ale bramą do życia, które wreszcie naprawdę należało do niej.

Idź do oryginalnego materiału