27 czerwca 2025 Dzień, w którym poczułem, jak samotność potrafi wcisnąć się w każdy zakamarek życia. Żona, Marzena, wyjechała w delegację do Frankfurtu, a nasza córka, Grażynka, zamieszkała u rodziców. Zostałem sam w domu, co wydawało się niecodziennym scenariuszem.
Marzena rzadko podróżuje, ale tym razem koleżanka z pracy zachorowała, więc musiała dopilnować ważnego kontraktu w biurze. Rozumie, iż już od kilku lat prowadzę własny warsztat samochodowy, więc odwieźć ją na dworzec i wrócić do domu nie było problemem.
W drodze powrotną przypomniałem sobie, iż dziś nie zorganizowałem kolacji. Marzena jest w drodze, więc musiałem sam zadbać o posiłek. Mógłbym wpaść do rodziców, ale wtedy Grażynka poprosiła byśmy wrócili, a ona ma lekcje i nieustanne bieganie po domu bez matczynej kontroli. Po pracy czułem się przytłoczony przedświątecznym natłokiem obowiązków.
Najpierw rozważałem zamówić jedzenie, ale ostatecznie zatrzymałem się przy supermarketu w centrum. Nie przepadam za gwarą sklepową, ona zawsze mnie drażniła. Ludzie pakowali wózki, pędzili do kas i niecierpliwie czekali na swoją kolej. W pewnym momencie znalazłem się w kolejce ze swoim półpełnym wózkiem, w którym stały pieczywo i dwie puszki ciemnego piwa.
Spokojny wieczór miał być okazją do leniwego nicnierobienia, czyli pasywnego odpoczynku. Przed kasą stała drobna, delikatna starsza pani w ciemnym płaszczu i pomarańczowej chustce, która ciągle zsuwała się z głowy, a ona cierpliwie ją podnosiła. Nadeszła jej kolej, a na taśmie pojawił się chleb, kostka cukru, topiony ser, dwa opakowania jakiejś kaszy i reszta zakupów.
Kiedy położyła na małym talerzyku pieniądze, kasjerka z wyraźnym zmęczeniem policzyła je i powiedziała:
Brakuje dwudziestu złotych!
Ręce starszej pani nerwowo szukały w kieszeniach, zmartwiona, coś mamroczyła:
Zaraz, proszę, gdzieś znajdę
Nie jestem panią misią, pośpieszmy się, blokujesz kolejkę!
Kasjerka wyprostowała się, lekko rozciągnęła ramiona i spojrzała na klientkę z lekkim pogardliwym wyrazem. Ja nie wytrzymałem i rzuciłem jej brakującą kwotę, mówiąc:
Skończmy już te rozliczenia, w końcu.
Sytuacja zdawała się rozwiązana, ale starsza pani, zabierając zakupy, odwróciła się do mnie:
Dziękuję, synku, ale mam jeszcze
Kasjerka podniosła głos, nakłaniając ją, by się pospieszyła:
Proszę już iść, panią!
Zraniona jej tonem i moją niecierpliwością, starsza kobieta nieśmiało ruszyła w stronę wyjścia, niezdarnie stąpając po białej, poobijanej podłodze. Poczułem żal do niej. Ach, ludzie! Czy naprawdę nie potrafimy okazać ani odrobiny współczucia? myślałem, a nastrój przygniotł mnie nieco.
Wyszedłem w końcu ze gniazdka, ale przy drzwiach czekała już ta starsza pani, szeroko się uśmiechając.
O, znalazłam trochę drobniaków w portfelu. Weźcie, wyciągnęła mi kilka monet.
Wina przeszyła mnie jeszcze mocniej, więc natychmiast odpowiedziałem:
Nie, naprawdę nie ma potrzeby. To drobne, proszę wybaczyć, iż byłem niecierpliwy i zmęczony.
Zabrałszy od niej niewielką, nieco nieporęczną torbę z lat siedemdziesiątych, zaproponowałem:
Czy mieszkacie daleko? Mogę was podwieźć pod dom.
Nie, tuż za rogiem mieszkam. Sam dotrę, synu.
Mimo to zaprowadziłem ją. Szliśmy pieszo, bo w drodze na parking i potem na skuterze spędzilibyśmy więcej czasu w korku niż idąc. Po drodze rozmawialiśmy.
Czy mieszka Pani sama? Czy ma Pani pomoc? zapytałem, idąc obok niej.
Sama. Zostałam sama, podniosła głos. Miałam syna, który był jak wy. Był inteligentny, dobry, pomagał mi we wszystkim. Pracował w warsztacie samochodowym, miał złote ręce. Wychowałam go od piątej klasy, kiedy rodzice zniknęli.
Zamilkła, najwidoczniej trudno jej było mówić. Wtedy w mojej głowie rozległ się dzwonek, tak jak wtedy, gdy przypomina mi się coś znajomego.
W zeszłym roku zginął mój syn, Sergiusz, na służbie. Dwaj jedynie przeżyli, a potem podobno zostali niepełnosprawni
Rozmowa ucichła, a dzwonek w mojej głowie stawał się coraz głośniejszy. Oczywiście, to był mój dawny kolega ze szkoły, Sergiusz Prokopowicz! Znałem jego los, był w naszym samorządzie i często odwiedzał dom swojej babci, kiedy zapraszała wszystkich na herbatę. Pamiętam tę pięciopiętrową kamienicę.
Wymusiłem wspomnienie i jakby podpowiedział mi ktoś:
Nadzieja Pawłowska! wykrzyknąłem.
Petrowna jestem, synu, Petrowna, odparła. Skąd to wiesz?
Opowiedziałem, iż byłem kolegą jej syna, który korzystał z usług mojego warsztatu i brał udział w pogrzebie.
A ja nie mogłam być w szpitalu, bo serce mi odmówiło, myślałam, iż nie przeżyję takiej tragedii dodała.
Doszliśmy do jej mieszkania, wchodząc na drugi piętro, gdzie Nadzieja Petrowna zaprosiła mnie do środka.
Chodźmy, napijmy się herbaty, jeżeli nie masz pośpiechu powiedziała.
Zgodziłem się, a ona poprowadziła mnie do przytulnej, staromodnej kuchni. Położyłem na stole wszystkie moje zakupy, oprócz napojów, i poprosiłem, by zabrała sobie to, co chce. Nie przyjmowaliśmy odmowy.
Na stole znalazły się kiełbasa, masło, słoik śledzi, paczka herbatników, banany i sok jabłkowy. To była pierwsza, ale nie ostatnia pomoc, którą jej złożyłem. Zaczynałem częściej zaglądać do Nadziei Petrownej, pytając, czy nie potrzebuje czegoś w domu, naprawy lub fachowca.
Opowiadała mi przy herbacie swoją historię:
Urodziłam się w 1938 roku. Miałam małego braciszka. Ojciec był na froncie, a matka samotnie nas wychowywała, aż odszedła z tego świata. Pamiętam, jak przyjeżdżała ciężarówka, zbierając tych, co oddali duszę Bogu. Naszą matkę zabrano, a ja biegłam za nią Nie rozumiałam jeszcze nic. Potem trafiłam do domu dziecka, skąd wziął mnie wuj i ciotka, przywieźli mnie tutaj, do tego miasta. Ojciec nigdy nie wrócił. Tu dorosłam i wyszłam za mąż.
A co z twoją rodziną? zapytałem.
Nie ma już nikogo. Najpierw zmarł mąż, ciężko chorował. Potem córka z synem męża pojechali nad morze. Nocą poszli popływać, ale przy lekkim sztormie Marja zaczęła tonąć, a synek nie uratował jej; fale zabrały ich daleko od brzegu. Zmarli, zanim ratownicy zdążyli przybyć. Ivanek został ze mną szepnęła drżącym głosem.
A brat?
Wyjechał dawno za granicę, regularnie przelewa na moje konto pieniądze, choć nie pamiętam numeru karty.
Zadzwońmy do niego zaproponowałem, by rozweselić zrozpaczoną kobietę. Masz jego numer?
Tak, gdzieś w notatniku.
Przeszukała szufladę starej kuchennej komody i podała mi zeszyt, w którym pod imieniem Olek był zapisany numer. Zadzwoniłem, a podniosły się jej oczy, gdy rozmawialiśmy. Po chwili podałem telefon jej bratu, a ona płakała ze szczęścia.
Powiedział, iż przyjedzie wkrótce! Dziękuję ci, Wojciechu. Jesteś dobrym człowiekiem. Nie rozmawiałam z bratem od lat, telefon był dla mnie ciężarem. Ale on czasem dzwoni do sąsiadki, a ja go wzywam. mówiła z radością.
To było jak inny świat, zupełnie obcy dla mnie. Ile cierpień niesie ta mała, delikatna kobieta! Czy los specjalnie przygotował jej taką drogę? myślałem.
Od tego czasu częściej odwiedzam ją, pytam o sprawy, pomagam w drobnych naprawach, a choćby kupiłem jej prosty telefon Samsung, w którym zapisałem swoje i brata numer, regularnie doładowuję kartę, ucząc go obsługi bankowości mobilnej, żeby nie musiała znosić niecierpliwych kasjerek liczących jej drobne.
Marzena chwali mnie za tę wrażliwość i kilkakrotnie zaprasza Nadzię na obiad. Przywożę ją, a starsza najpierw waha się, ale gwałtownie zaprzyjaźnia się z pogodną Marzeną. Niestety, przed dwoma laty jej przyjaciółka odeszła, a ja odczuwam jej brak.
Małe gesty, odrobina uwagi tego potrzebuje samotny senior. Wystarczy wiedzieć, iż ktoś jest blisko, gotów pomóc, wesprzeć, nie zostawić w potrzebie. Gdy odchodzę od domu Nadzi, często słyszę jej ciche błogosławieństwo:
Niech cię Bóg chroni, kochany. Dziękuję za wszystko.
—
Nadzieja Petrowna już nie żyje. Spisuję te wspomnienia, by uczcić jej pamięć i przypomnieć sobie innych samotnych ludzi. Czasem warto rozejrzeć się wokół być może ktoś potrzebuje naszej pomocy, a my nie dostrzegamy tego.















