Z życia wzięte. "Syn chciał oddać dziecko po odejściu żony przy porodzie": Ja nie pozwoliłem, żeby trafiło do sierocińca

zycie.news 18 godzin temu

Moja synowa leżała na szpitalnym łóżku, blada jak prześcieradło, z małym zawiniątkiem przy piersi. Uśmiechała się, choć w jej oczach było coś, co wtedy uznałem za zmęczenie. Ktoś mi wysłał tę fotografię z podpisem: „Urodziła. Wszystko dobrze”.

Dwie godziny później telefon zadzwonił drugi raz.

I wtedy usłyszałem w słuchawce głos mojego syna, który nie brzmiał jak głos dorosłego mężczyzny, tylko jak głos chłopca, którego ktoś właśnie wyrwał z życia.

— Tata… ona nie żyje.

Pamiętam, iż usiadłem na podłodze w przedpokoju, bo nogi przestały mnie słuchać. W pokoju stała cisza, jakby świat wstrzymał oddech.

— Co ty mówisz…? — wyszeptałem.

— Były komplikacje… krwotok… lekarze… — mówił szybko, nieskładnie. — Ja… ja zostałem z dzieckiem. Ja nie wiem, co robić.

„Z dzieckiem.”

To słowo zabrzmiało wtedy jak wyrok i cud jednocześnie.

Pojechałem do szpitala natychmiast. Na oddziale położniczym życie toczyło się normalnie — pielęgniarki chodziły, dzieci płakały, ktoś śmiał się w sali obok. A ja szedłem korytarzem jak w tunelu, bo mój świat właśnie się zawalił.

Syn siedział na krześle, zgarbiony, z rękami zwisającymi bezwładnie. Wpatrywał się w ścianę, jakby tam miała być odpowiedź.

— Gdzie jest… dziecko? — zapytałem cicho.

Podniósł na mnie oczy. Były czerwone, puste.

— W sali noworodków. Ja… ja nie mogę… — urwał.

Pomyślałem wtedy, iż to szok. Że minie. Że jak zobaczy córkę, jak ją weźmie na ręce, to zaskoczy w nim ten instynkt. Że serce zwycięży strach.

Myliłem się.

Wpuścili mnie na chwilę. Dali mi ją do rąk — małą, ciepłą, tak lekką, iż bałem się oddychać. Miała zaciśnięte piąstki i grymas, jakby już teraz wiedziała, iż świat nie jest sprawiedliwy.

Patrzyłem na nią i czułem, jak coś we mnie pęka i jednocześnie się składa.

— Cześć, maleńka — wyszeptałem. — Jestem dziadek.

A potem odwróciłem się do syna.

— Weź ją.

Nie ruszył się.

— Proszę cię… — powiedziałem, bo nagle nie byłem ojcem, tylko człowiekiem, który błaga.

Syn cofnął się o krok, jakby dziecko było gorącym żelazem.

— Nie potrafię — wyszeptał. — Ja… ja patrzę na nią i widzę ją. Widzę Anię. Widzę krew. Widzę, jak ją wynoszą. Ja… ja nie dam rady.

To był pierwszy raz, kiedy zobaczyłem, iż żałoba może sparaliżować człowieka tak, jak choroba.

Tego dnia go nie oceniałem. Mówiłem sobie: daj mu czas. Ale czas nie przyszedł.

Po pogrzebie syn zamknął się w sobie. Mieszkanie stało się muzeum: jej kubek, jej szal, jej kosmetyki. A w środku, w łóżeczku, dziecko, które nie rozumiało, iż jego świat właśnie został okradziony z matki.

Pierwszy tydzień byłem u niego codziennie. Przychodziłem rano, robiłem mleko, przewijałem, kołysałem. Syn siedział w drugim pokoju i palił papierosa za papierosem, patrząc w telefon bez patrzenia.

— Zjedz coś — mówiłem.

— Nie mogę — odpowiadał.

— Weź ją na chwilę. Tylko na minutę.

— Nie dotykaj mnie z tym — syknął raz. I zaraz potem się rozpłakał, jakby sam siebie przestraszył.

Widziałem, iż tonie. Ale nie wiedziałem, jak wyciągnąć go z tego, nie topiąc się razem z nim.

A potem przyszedł dzień, w którym powiedział to zdanie.

Siedzieliśmy w kuchni, dziecko płakało, ja mieszałem mleko, a syn patrzył w stół.

— Tata… ja ją oddam.

Zamarłem.

— Co? — zapytałem, choć usłyszałem go wyraźnie.

— Oddam ją do sierocińca. Albo… gdzieś. Nie wiem. Ja nie potrafię być ojcem. Ja nie potrafię choćby na nią patrzeć, a co dopiero… — głos mu się załamał. — Ja ją skrzywdzę, jak zostanę. Ja ją znienawidzę, bo przez nią Ania nie żyje.

To był moment, w którym poczułem, iż w mojej klatce piersiowej robi się pustka.

— Ona nie jest winna — powiedziałem twardo.

— Wiem! — krzyknął, uderzając pięścią w stół. — Wiem, do cholery! Ale ja nie umiem inaczej czuć!

Dziecko rozpłakało się jeszcze głośniej, jakby reagowało na tę złość.

Wziąłem ją na ręce, przycisnąłem do siebie i zacząłem chodzić po kuchni. Kołysałem ją, a w mojej głowie walczyły dwie siły: współczucie dla syna i przerażenie na myśl, iż ta mała trafi gdzieś, gdzie nikt nie będzie jej mówił po imieniu.

— Synu — powiedziałem w końcu cicho. — jeżeli ty ją oddasz, to ja ją wezmę.

Spojrzał na mnie jak na wariata.

— Ty? Tata, ty masz swoje lata. Ty nie dasz rady. To dziecko. To całe życie.

— Właśnie dlatego — odpowiedziałem. — Bo to całe życie. I ona nie może zacząć go od porzucenia.

— Ale ja… ja ją zabijam w sobie — wyszeptał.

— A ja jej nie zabiję — powiedziałem. I poczułem, iż mówię to jak przysięgę. — Ja mogę nie spać, mogę się bać, mogę się uczyć od nowa, ale jej nie oddam.

Syn zaczął płakać. Prawdziwie, bez kontroli.

— Ja jestem potworem — wyszeptał.

— Nie jesteś potworem — odpowiedziałem. — Jesteś człowiekiem po tragedii. Tylko iż tragedia nie daje prawa do kolejnej.

Nie wiem, czy wtedy zrozumiał. Wiem tylko, iż następnego dnia przyniósł mi małą w foteliku samochodowym. Stał w drzwiach, blady, z oczyma jak papier.

— Proszę… — powiedział. — Weź ją. Bo ja… ja nie mogę.

Wziąłem fotelik i poczułem, jakby ktoś włożył mi w ręce całe czyjeś życie.

— Jak ma na imię? — zapytałem.

Zawahał się.

— Ania chciała, żeby była Zosia — wyszeptał.

Zosia.

Wtedy pierwszy raz nazwałem ją głośno.

— Zosiu — powiedziałem do tego małego ciała. — Jedziemy do domu.

W domu rozłożyłem koc na kanapie, bo nie miałem łóżeczka. Pożyczyłem od sąsiadki wanienkę. Kupiłem mleko, pieluchy, smoczek. Wszystko było za duże, za nowe, za trudne. Nocą siedziałem z nią na rękach i liczyłem oddechy, bo bałem się, iż zniknie tak samo nagle jak jej matka.

I w każdej takiej nocy wracało do mnie jedno pytanie: czy mój syn wróci?

Bo to nie była tylko historia o dziecku. To była historia o tym, jak mężczyzna stracił żonę i razem z nią stracił siebie.

Pierwszy miesiąc syn nie przyjechał ani razu. Tylko dzwonił. Pytał o wagę, o zdrowie, o to, czy „wszystko okej”. Jakby Zosia była rośliną, którą podlewam.

Drugi miesiąc przyjechał. Stał w progu, niepewny, jak gość we własnym życiu.

Zosia leżała na macie i machała rączkami. Kiedy usłyszała jego głos, spojrzała i… uśmiechnęła się. Tak po prostu. Bez osądu. Bez pamięci o tym, iż on jej nie chciał.

Syn zamarł.

— Ona… ona mnie zna? — wyszeptał.

— Ona zna twój głos — powiedziałem. — Bo ja jej o tobie mówię. Każdego dnia.

Widziałem, jak jego twarz pęka. Jak wstyd miesza się z czymś, co dawno w nim nie żyło: z czułością.

— Mogę… mogę ją wziąć? — zapytał nieśmiało.

Podałem mu ją bez słowa. Bałem się, iż się cofnie. Że znowu ucieknie.

Ale nie uciekł. Wziął ją, nieporadnie, jak ktoś, kto boi się, iż dotyk będzie bolał. Zosia położyła mu głowę na ramieniu i westchnęła jak ktoś, kto wreszcie znalazł miejsce.

Syn rozpłakał się nad nią. A ja stałem obok i czułem, iż płaczę też — po cichu, ze zmęczenia i ulgi.

— Przepraszam — wyszeptał. — Ja… ja nie umiałem.

— Wiem — odpowiedziałem. — Ale ona cię potrzebuje. Nie idealnego. Obecnego.

Od tamtej pory przyjeżdżał częściej. Najpierw na godzinę. Potem na dwie. Potem na cały dzień. Czasem siedział i patrzył na Zosię, jakby próbował zrozumieć, jak można kochać kogoś, kto jest jednocześnie przypomnieniem o śmierci i o życiu.

Były też dni, kiedy wychodził na balkon i płakał cicho, bo nie potrafił udźwignąć wspomnień. Wtedy nie mówiłem mu: „weź się w garść”. Mówiłem: „zostań”.

Bo ja w tym wszystkim miałem swoją granicę: mogłem wziąć na siebie opiekę, zmęczenie, rachunki i noce bez snu.

Ale nie mogłem wziąć na siebie tego, żeby ona wychowywała się bez ojca.

Dlatego nie oddałem jej do sierocińca.

Bo w sierocińcu dziecko dostaje dach i jedzenie.

A ja chciałem, żeby dostała jeszcze jedno: poczucie, iż ktoś ją wybrał. Że ktoś powiedział „zostajesz”, choćby jeżeli świat powiedział „zabrakło”.

I czasem, kiedy Zosia zasypia na mojej piersi, myślę o jej matce. O mojej synowej, która oddała życie, żeby ona mogła je mieć.

Wtedy szepczę do małej:

— Twoja mama była odważna. A my… my będziemy dla ciebie domem. Dopóki się da.

Bo są rzeczy, których nie da się naprawić.

Ale są też takie, których nie wolno zostawić.

Idź do oryginalnego materiału