ROZDZIAŁ 5
Popycham drzwi i wchodzę do środka. Zapach starego piwa, dymu uderza mnie w twarz z siłą fizycznego ataku. To nie jest miejsce, w którym chce się zostać na dłużej, niż to konieczne. Wzrok od razu wyławia chudą sylwetkę w najdalszym kącie, pod niedziałającym automatem do gry.
Spooner. Mój pierwszy prawdziwy sukces szkoleniowy, choć większość moich kolegów z wydziału uznałaby go za spektakularną porażkę. Poznałem go cztery lata temu, kiedy był tylko przestraszonym dzieciakiem z trzęsącymi się rękami i kieszeniami pełnymi cudzych portfeli. Mógłbym go wtedy zamknąć i pozwolić, by system go przeżuł, ale zamiast tego zrobiłem z niego swojego „uchola”. Od tamtej pory Spooner balansuje na krawędzi – jest moimi uszami tam, gdzie odznaka parzy, a ja jestem jego jedyną szansą, by nie skończył w rzece z dziurą między oczami.
Podchodzę do stolika. Spooner podrywa głowę, a jego oczy – wiecznie rozbiegane, jakby śledziły niewidzialne muchy – przez ułamek sekundy lśnią paniką, by zaraz potem zgasnąć w wyrazie wymuszonej ulgi.
— Adam! Stary, nie strasz mnie tak. Myślałem, iż to ludzie od Bena przyszli po procenty — wyrzuca z siebie, poprawiając nerwowo brudną czapkę z daszkiem.
— Masz kłopoty, Spooner? Znowu?
— Kłopoty? Nie, to tylko... przejściowe trudności z płynnością finansową. Zainwestowałem w pewien system na wyścigach psów. Okazało się, iż psy miały inne zdanie na temat matematyki niż ja. Teraz Ben uważa, iż moje kolana są wartym rozważenia zastawem.
Patrzę na niego. Spooner jest ucieleśnieniem chaosu, przed którym Mark kazał mi chronić dom. Ale jest też jedyną osobą, która mówi do mnie po imieniu bez cienia litości czy strachu.
— Dam ci spokój z Benem na tydzień — mówię cicho, siadając naprzeciwko niego. — Ale potrzebuję czegoś o białej furgonce. Biały van kręcił się po Wzgórzach.
Spooner momentalnie poważnieje. To ta chwila, kiedy przestaje być ofiarą losu, a staje się profesjonalistą w swoim fachu.
— Wzgórza? Ooo, tam jest teraz gorąco przez tę babkę od architekta. Słuchaj, krążą plotki o gościu, którego nazywają Ratchet. Facet robi rzeczy, których nie ma w oficjalnych projektach. Ukryte sejfy, przejścia, instalacje, które nie przechodzą żadnych kontroli. Używa białego vana, który dymi jak elektrownia węglowa.
— Gdzie on trzyma ten wóz?
— Kręci się przy starych warsztatach w porcie. Ratchet twierdzi, iż ktoś mu wisi sporo kasy za „dodatkowe poprawki” w jednym z tych pałaców na górze. Ale Adam... — Spooner nachyla się nad stołem, a jego głos drży — uważaj na niego. On nie pracuje sam. Ma za sobą ludzi, którym nie wystarczą kwiaty na przeprosiny.
Wyjmuję z portfela kilka banknotów i kładę je na zalanym blacie.
— Spłać Bena. Choć część. I zniknij na parę dni.
Spooner zgarnia pieniądze ruchem tak szybkim, iż prawie niezauważalnym.
— Jesteś najlepszy, Adam. Serio. Gdyby nie ty, pewnie już dawno byłbym martwy. A jego oczy zaczynają świdrować moją twarz trochę zbyt długo. podnosze sie z koślawego krzesła kieruje się do wyjścia.
Wychodzę z baru, a chłód nocy przypomina o tym by wymienić tę kurtkę na płaszcz który wisi na tyłach szafy. Odpalam forda i ruszam w stronę doków. Słowa Marka wciąż odbijają się echem w mojej głowie: „Znajdź pęknięcie”.
Warsztat znajduje się na samym końcu ślepej uliczki, w cieniu potężnych żurawi wznoszących nowe imperium Franka. Biały Chevrolet Express stoi przed wejściem, blokując połowę przejazdu. To bezokienna, potężna bryła metalu, typowy „work van”, który w tym świetle wygląda jak martwy rekin wyrzucony na brzeg. Lewy błotnik jest wgnieciony, a pod przednim zawieszeniem widnieje świeża, ciemna plama oleju. To ten „błąd w krajobrazie”, o którym mówiła pani Gable.
Wchodzę do środka bez pukania. Zapach spawarki, benzyny i palonej gumy jest tu tak gęsty, iż niemal osiada na ubraniu. Zza sterty opon wyłania się mężczyzna. Jest niski, krępy, a jego twarz przypomina mapę drogową pełną blizn i śladów po oparzeniach. Na brudnym kombinezonie widnieje ciemna, lepka plama smaru technicznego.
— Ratchet? — rzucam w głąb hali, trzymając dłonie na widoku, ale blisko kabury.
Mężczyzna wyciera ręce w brudną szmatę. Jego oczy są małe i czujne.
— Kto pyta? jeżeli jesteś od Bena, to powiedz mu, iż Chevy nie jest na sprzedaż.
— Policja. Detektyw Adam.
Ratchet zastyga. Jego spojrzenie natychmiast ucieka w stronę tylnego wyjścia, ale wie, iż nie zdąży.
— Interesuje mnie biały van pod bramą rezydencji Hegry’ego dwa dni temu — mówię, robiąc krok w jego stronę. — I smar, który zostawiłeś na płatku storczyka, kiedy instalowałeś tam coś, czego nie ma w oficjalnych planach.
Ratchet opada na stary taboret, a jego ręce drżą tak mocno, iż musi je spleść na kolanach. Nie wie nic o broni — to widać w jego oczach. Ten facet boi się własnego cienia.
— Słuchaj, detektywie... ja tylko wykonuję zlecenia. Nie pytam o nazwiska — chrypi. — Zamontowałem schowek. Ale nie taki na biżuterię czy prochy. Katy kazała mi wyciąć wnękę w konstrukcji ściany, za dębowym panelem. Musiałem tam wstawić ognioodporną kasetę, taką starą, pancerną. Mówiła, iż musi tam schować coś ważnego.
— Co dokładnie widziałeś?
— Jakieś papiery, plany... rysunki techniczne. Stare, wyglądały jak śmieci — wzrusza ramionami, a jego głos odzyskuje obojętność kogoś, kto nie lubi myśleć za dużo. — Pomagałem jej to tam upychać. Widziałem rysunki, plany budynków, mnóstwo cyferek i pieczątek. Ale ona... ona trzęsła się nad tymi teczkami, jakby były ze złota.
— Coś jeszcze?
— Nie. Skończyłem robotę, ona dała mi kopertę z kasą i kazała spływać. Ale zanim wyszedłem, słyszałem, jak kłócili się na tarasie. Krzyczała.
— Gdzie to jest?
— Sypialnia. Lewa strona od okna — Ratchet spluwa na podłogę. — Pod oknem jest maskownica grzejnika. Listwa pod nią nie jest przykręcona. Trzeba ją po prostu podważyć czymś płaskim. Żadnych zamków, detektywie. Tylko dziura w murze, którą zakryłem kawałkiem dębu.
Patrzę na niego. Widzę strach wymieszany ze zniecierpliwieniem. Ten facet nie budował skrytek dla szpiegów, tylko chował graty przed mężem-pedantem.
— Zniknij, Ratchet — rzucam, odwracając się do wyjścia. — jeżeli Hegry dowie się, iż tu byłem, auto będzie twoim najmniejszym zmartwieniem.
Wychodzę z hali. Powietrze w porcie jest teraz jeszcze zimniejsze, śmierdzi zgniłą wodą i tanią ropą. Wiem już, gdzie szukać. Muszę wejść do tego domu i sprawdzić, co Katy ukryła za kawałkiem drewna. Zanim Owens wyśle tam ekipę sprzątającą, która „przypadkiem” wszystko przeoczy.
Odpalam forda. Głos Marka wciąż siedzi mi w głowie: „Znajdź pęknięcie”.
Patrzę na swoje dłonie na kierownicy. Są brudne od pyłu z warsztatu Ratcheta. To jest ten moment, w którym obraz Franka-ojca zaczyna się rozmywać, a pojawia się Frank-architekt. jeżeli Katy zleciła nielegalną skrytkę, żeby schować plany budowlane, to znaczy, iż dom na Wzgórzach nie był azylem. Był linią frontu. Prawdziwy detektyw nie szuka już łez wdowca, szuka tego, co te łzy miały przykryć.
Wrzucam bieg. Nie dzwonię do nikogo, nie proszę o wsparcie. Owens chce dowodów, to mu je dowiozę. Ale najpierw muszę być szybszy niż system, który Frank tak starannie zaprojektował. Skoro broń, z której zginęła Katy, była złomem z czarnego rynku, to nie był to profesjonalny wyrok. To była panika. Czy ktoś chciał tych papierów tak bardzo, iż nie zdążył kupić porządnego pistoletu?. Albo nie mógł ryzykować, iż broń zostanie powiązana z kimś „ważnym”.? Pytania nawarstwiły się pozostając bez odpowiedzi.deszcz zaczyna bębnić o dach z taką samą monotonią, z jaką ojciec stukał palcami o blat stołu, gdy czekał, aż skończę jeść. Silnik mruczy pod maską, ale ja nie ruszam.mrużę oczy.potrzebuje odpoczynku niéstety głos w mojej głowie.
— „Analizuj, Adam. Nie czuj. Analizuj” – głos Marka przebija się przez szum deszczu.
Wyciągam notes. Długopisem kreślę trzy punkty, mocno dociskając wkład do papieru, aż niemal go rozrywam:
NARZĘDZIE: Złom kalibru .38 lub 9 mm. Greg powiedział: „mechanizm, który ledwo zadziałał”. -To nie był profesjonalny wyrok .
SKRYTKA: Ratchet zamontował schowek za dębowym panelem. - Co Katy chciała ukryć?!
KŁÓTNIA: Ratchet słyszał krzyk na tarasie. - Frank twierdził, iż to były „drobiazgi”. Kłamstwo. Frank nie kłóci się o drobiazgi, jeżeli podniósł głos, to znaczy, iż stracił kontrolę.?
Owens chce mojej odznaki. Barnes chce mojej głowy. Sięgam ręką do twarzy. Moje palce są brudne od smaru i tuszu z długopisu. Brudny jest też ten notes, brudna jest ta sprawa i miasto za szybą. Ale w tej brudnej rzeczywistości wszystko nagle zaczyna do siebie pasować. Owens chce dowodów? Dam mu je, ale nie te, których szuka. Dam mu prawdę, której się boi.
Otwieram oczy i podnoszę wzrok na szybę. W odbiciu widzę swoją twarz, ale tym razem nie szukam w niej rysów matki. Nie szukam w niej też akceptacji ojca, która zawsze była poza moim zasięgiem. Szukam w niej detektywa. Człowieka, który potrafi patrzeć na krew i widzieć w niej mapę.
Owens chce mojej odznaki. Barnes chce mojej głowy.
Nie wiedzą tylko jednego: martwy detektyw to problem, ale żywy detektyw, który nie ma już nic do stracenia, to wyrok.
Wrzucam bieg. Nie dzwonię do nikogo. Nie proszę o wsparcie. Owens chce dowodów, to mu je dowiozę.
Silnik ryczy, a ja wyjeżdżam z cienia, zostawiając za sobą deszcz i ducha mojego ojca na tylnym siedzeniu. Jadę prosto do jaskini lwa, z rękami umazanymi smarem i umysłem czystym jak nigdy dotąd.









